galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt

 

Roman Wysogląd Absurd częściowo logiczny ( O Jerzym Skarżyńskim ) Prawdy, zmyślenia, sny

CZĘŚĆ 1, część 2

 

Jest rzecza niemozliwa opisac czlowieka. Nawet, jezeli dobrze sie go znalo. Mozna go sfotografowac, namalowac, narysowac, ale nie opisac. Znaczy zewnetrze tak. Jak sie ubieral, zachowywal, co mówil, w jaki sposób trzymal papierosa, jak ( i dlaczego) przygladal sie kobietom, dlaczego tak czesto patrzyl na zegarek.
Ale mnie idzie o wnetrze, i to kogos takiego jak Jerzy Skarzynski.
Przyjaznilismy sie 34 lata. Az, a z drugiej strony tylko. Wydawalo mi sie, iz Jerzy bedzie zyl zawsze. Ze jeszcze zdazę dowiedziec sie tylu rzeczy zwiazanych z jego zyciem. I pewnie tak by sie stalo, gdyby nie,... no wlasnie,... co ?
Nie poznałem go do konca. Szkoda, a moze na szczęscie ? Pozostala jakas tajemnica, której nie potrafie ( albo moze nie chcę) rozwazac..
By jednak nie wszystko, co przez te 34 lata zdarzylo sie ( lub wydaje mi sie, iz mialo miejsce ) uleglo zapomnieniu, postanowilem spisac co pamietam, co mi sie snilo albo wydawalo, a co zwiazane jest z Jerzym.
Bezposrednio nigdy nie namawiał mnie do tego, pewnie byl przekonany iz wiecznosc jest jego przeznaczeniem, dlatego z tak zewnetrznym spokojem znosił przeciwieństwa losu, oraz bóle fizyczne nie do opisania, dla kogos, kto nigdy ich niedoswiadczył.
Czasami tylko, pomiedzy czwartym kieliszkiem a siódmym podnosil wzrok, jakby swiat dookola nas nie za bardzo go interesowal i mówił : Pisz co chcesz, ode mnie dostajesz carte blanche, poniewaz jestem pewien, iz napiszesz prawde, jakaby ona nie byla. A ludzmi sie nie przejmuj, zawsze znajda sie zazdrosne mendy, gotowe zakwestionowac wszystko, w imie jakis swoich wyimaginowanych idei, prawd, czy Bóg wie, czego tam jeszcze.
Dla niektórych - to co napisze o Jerzym - bedzie niesmaczne, nietaktowane, nieetyczne, lub temu bliskie, ale mnie to nie interesuje. Byl czlowiekiem, w pelnym rozumieniu tego slowa, ze słabostkami, przyzwyczajeniami, nałogami, wadami. Nie tylko wielkim artysta i profesorem Akademi Sztuk uznawanych za Piekne.
Ale wszedzie czul sie, jezeli mozna tak powiedziec, na swoim miejscu. W obskurnej, nieistniejacej juz knajpie zwanej górnolotnie Trzy Rybki, jak i na zebraniu Senatu Akademii, chociaz nie jestem pewien, w którym z tych przybytków nie bylo mu bardziej wesoło i swojsko.
Poniewaz, jak juz wspomnialem, nie sposób opisac wnetrza czlowieka nie popadajac w romantyzm, melancholie, snobizm czy zwyczajne przekłamania, postanowiłem przypomniec kilkadziesiat sytuacji, zdarzeń czy chwil, których jezeli nie bohaterem, to przynajmniej głównym aktorem, byl Jerzy.
Nie bedzie to zadna, obowiazujaca prawda o panu Skarzynskim. Nie jestem do jej wygłaszania upoważniony. Nie za wiele bedzie także o jego sztuce. Od tego sa inni. Ale czy na pewno ? Bedzie to po prostu rzecz o Jerzym. Który byl. Soba.

 

Krzesla.

Nagle zdalem sobie sprawe, iz wiekszosc czasu, który spedzilismy w swoim towarzystwie po prostu przesiedzielismy. W kinach, domach, pociagach, samolotach, teatrach a przede wszystkim w knajpach.
Tylko czesc tego czasu przestalismy, wylacznie przy barach, i w starym ustroju na postojach taksówek, wiec przedmiotami, które odegrały jakby wielka role w naszej znajomosci byly krzesla.
Rózne, wygodne, i nie. Najlepiej zapamietalem dwa. W jego mieszkaniu przy Lea, wczesniej Dzierzynskiego, a drugie w Klubie Dziennikarzy przy Szczepanskiej. Mozna powiedziec, iz byly podobne. Masywne, szerokie, z wygodnymi oparciami na lokcie. Szczególnie u Dziennikarzy, gdzie przesiadywalismy godzinami, bylo to niesłychanie pomocne w zachowaniu jako takiej równowagi.
O podobnym krzesle znajdujacym sie pod koniec lat piecdziesiatych w mieszkaniu Marka Hlaski w Warszawie przy ulicy Czestochowskiej Jerzy opowiedzial mi tylko raz.
Bylo juz po wyjezdzie Hlaski z kraju, a Jerzy jako jeden z kilku przyjaciól, któremu Hlasko zostawil klucze od mieszkania i zanim lokatorami tego subtelnego przybytku sztuki nie zainteresowała sie Milicja, Jerzy czasami sypial tam..
I wlasnie krzeslo stojace pod sciana, tego bardzo rzadko, jezeli nie nigdy sprzatanego mieszkania przypomnialo sie kiedys Jerzemu, kiedy Pod Gruszka Lesni Lirycy, czyli poeci grupy Tylicz ( Warzecha, Ziemianin, Baran) odeszli lekko chwiejacym sie krokiem do swoich prozatorskich, rodzinnych zajec, a Lidia zakreslala w tygodniowym programie telewizyjnym, filmy które Jerzy musi koniecznie zobaczyc. Jakby nie widzial ich juz wczesniej.
Otwieram drzwi opowiada i pierwsze, co rzuca sie w oczy to krzeslo. Kobieta, która jest ze mna nie chce wejsc, przeraza ja widok niesprzatanego od lat pokoju, na dodatek nad lózkiem jeden ze wspówlascicieli kluczy od mieszkania ( Adam Pawlikowski) powypisywal na scianach swinskie wierszyki. To, nie moze byc mieszkanie pana Hlaski, przyprowadziles mnie do jakiejs meliny - kobieta juz chciala wyjsc, gdy nagle jej wzrok zatrzymal sie wlasnie na krzesle. Kompozycja doskonala smieje sie Jerzy jak z niderlandzkiego obrazu przedstawiajacego martwa nature. Na wpól oprózniona butelka wina owocowego, przepelniona popielniczka, jakiejs majtki, oraz przewieszone przez obrecz krzesla, nieaktualne – jakby kiedys bylo,zawsze wygladalo na spóznione o ponad sto lat, wydanie Trybny Ludu. Gdyby nie ta kompozycja doskonała spedzilbym samotnie kilka najblizszych nocy - Jerzy zapala nowego papierosa, chociaz dwa poprzednie wolno dogasaja w popielniczce, dziewczyna miala poczucie humoru. Oraz zmysl kompozycyjny. Skoczymy do Spatifu ? pytaja nagle a znajac odpowiedz wstaje z krzesla na którym w jakis tam sposób siedzial i Hlasko.

 

Papierosy.

Doslownie byl nimi przepełniony. I nie tylko on, Lidia zreszta takze. Przebywajac w ich towarzystwie nalezalo byc przygotowanym na sciane dymu. Co zabawniejsze palili i mówili jednoczesnie. Z jednej strony bylo to niesamowite, dwie osoby naraz opowiadajace ciekawe rzeczy, z drugiej nie wiadomo bylo kogo sluchac. Do tego popielniczka pelna niedopalków i nie pomordowanych petów. Zapominali, iz dogasajacy papieros jest ich, i siegali po nowego.
Nie wiem, jak to wytrzymywali. Dla niepalacych byla to katorga. Podobnie z ich jednoczesnym mówieniem.
W ksiazce o Konradzie Swinarskim rozmowe ze Skarzynskimi Józef Opalski rozpoczal od prosby : kochani, blagam, nie mówcie naraz. I byl to prawda, naraz palili, naraz mówili, razem zyli, stanowili niespotykana poza nimi jednosc.
Przez pewien okres Jerzy nie palil, patrzyl wtedy tesknym wzrokiem na pudelka z cygarami, które skrzetnie gromadzil i obiecywal sobie, iz kiedys tam, gdy nadejdzie jego chwila zapali sobie jedno z nich.
Ale któregos dnia, na nudnym, ale denerwujacym, posiedzeniu Senatu Akademii machinalnie siegnal po jeden z najwspanialszych wymyslów czasów psudo-komunizmu, czyli papierosa „ marki” Klubowy nalezacego do siedzacego obok profesora Firka, a kiedy wyszli z posiedzenia i znalazl sie w Zwisie z przerazeniem stwierdzil, ze znowu pali.
Palil papierosy o smaku mietowym. W latach poprzedniego ustroju smierdzialy – prawie jak wszystko - jak diabli i kiedys, kiedy zapalil przy mnie w restauracji na dworcu Centralnym w Göteborgu siedzacy obok nas mlodziency z podziwem dla odwagi i afiszowania sie w bialy dzien, zapytali jakiego rodzaj narkotyków uzywa. Takiego jeszcze nie znali.
Bez przerwy grzebał w kieszeniach marynarek szukajac papierosów. Zawsze mial przy sobie kilka paczek, pod koniec zycia czasami pozwalał sobie na palenie niby to słabszych, o 0003 promila czegos tam niby mniej trujacego, ale natychmiast poprawial go „ normalniejszym”. Podobnie jak papierosów zawsze szukal zapalniczki, której nota bene nie mógl znalezc, wiec Lidia ratowala go zapałkami. Podobnie znajomi.
Nie pamietam, i nie kojarze, go bez papierosów. Okres kiedy nie palił mieszkalem poza Krakowem.. Weekendowe zakupy Lidii, poniewaz to ona zajmowala sie gospodarstwem, chociaz ugotowac potrafila co najwyzej jajko, skadaly sie z : gazet, ryb dla kotów, alkoholu dla Jureczka, by w sobote i niedziele niepotrzebnie nie wychodzil z domu, i naturalnie z papierosów.
Mam przed oczami jak obladowana siatkami ( Jerzy nie powinien nic nosic, tak podobno zadecydowali lekarze) czekal przy placu Szczepanskim na taksówke, która nigdy nie przyjezdzala.
Nie wiem, jak radzili sobie z papierosowym winstwem w domu. Nie pytalem o to, palenie bylo przeciez w nich wpisane.
Podobnie jednoczesne mówienie. W towarzystwie, w pracy, podobno istnial scisle wyznaczony podział, kto o czym mówi i za co odpowiada, ale w to nie wierze. Nie da sie byc innym w towarzystwie, a innym w zawodzie.
Pamietam dzińn, kiedy opowiadali mi jednoczesnie ( kazdy swoja historie ), Lidia jak poznala Jurka, zakochala sie w nim, zdjela majtki ( jej slowa, doslowne ) i poleciala za nim, chociaz byla wtedy żona Kazimierza Mikulskiego, który nota bene zostal swiadkiem na ich slubie i jednym z najblizszych przyjaciól, a Jerzy o poznaniu przez Polanskiego Nastasji Kinski w Niemczech, podczas wspólnej pracy nad opera Pendereckiego Diably z Loudon.
W ich opowiesciach nie bylo cienia plotkarstwa. Potrafili tak dobierac slowa ( chociaz jednoczesnie), iz każda z opowiadanych przez nich historyjek miala wymiar malego dziela sztuki.
Kiedy dzisiaj slucham, jak obok mnie ludzie opowiadaja pierdoly wstaję i wychodzę, załujac, iz nie ma obok mnie Skarzynskich, chociaz to pewnie oni wymyslili stereofonie, nic o tym nie wiedzac.

 

Kryminały.

Był wielbicielem kryminałów, nie tylko tych z najwyższych półek, chociaż im był starszy, coraz mniej czytał. Ale to podobno normalne.
Miał ich setki, i kilka razy pomagałem mu zawieść taksówka, prawie że bagażową, wyselekcjonowane przez niego książki do antykwariatu, ponieważ nie miał ich gdzie trzyma?. Ale, o ile dobrze pamiętam, działo się to już po śmierci Lidii, jakby wcześniej nie przyszło mu do głowy pozbywać się z domu czegoś, co z takim mozołem gromadzili razem.
Jak każdy normalny i myślący człowiek kochał Chandlera, Hammetta i czysty, czarny kryminał amerykański.
W latach pięćdziesiątych podczas najstraszliwszego upału, kiedy leżeli na plaży w Jastarni odszukał ich listonosz ubrany w przepisowy mundur, i z poważną i zatroskaną miną wręczył żałobny telegram wyrażając przy tym swoje osobiste kondolencje. Jerzy rozdykotanymi dłońmi otworzył telegram : depeszował Eile z Przekroju : Hammett nie żyje.
Czasami spędzaliśmy czas rozmawiając o drugorzędnych książkach kryminalnych, czy filmach, wyszukując w nich nielogiczności, pomyłek, przeinaczeń, oraz zwykłych pomyłek autorskich. Była to niezła zabawa, przeważnie kończaca się przy barze.
Raz nawet wysłaliśmy do jednego z autorów rachunek za płyny skonumowane przy barze, podczas dyskusji nad jego wpadkami, ale nasze skromne żadanie za straty moralne pozostał bez odpowiedzi.
Jerzy posiadał nieprawdopodobny zmysł do snucia kryminalnych intryg, wymyślania zagadkowych sytuacji, ale niestety nie potrafił tego zapisywa?. Ani nawet mu się nie chciało. Denerwowały go polskie „osiągnięcia” w tej dziedzinie, chociaż dobrze wiedział, iż w tamtych czasach w Komendzie Głównej Milicji jeden z oficerów oddelegowany był wyłacznie do czytania polskich kryminaów i sprawdzania, czy śledztwo toczy się według sztywnych, regulaminowych norm i przepisów. Oraz kto może być tym złym.
Istniała specjalna lista zawodów, których bohaterowie mogli być przestępcami. Lub nie. Jaki kraj, taka jego literatura zwana kryminalną.

 

Poeci warszawscy.

Opowiadał mi o nich tylko jeden raz, i to podczas dość długiej biesiady alkoholowej, więc nie pamiętam szczegułów, ale jestem pewien, iż w czasie wojny do Krakowa przyjeżdżali i Gajcy i Borowski, i popijali z Jerzym.
Wspominał ich ciepło, chociaż twierdził, że osobiście dla niego byli jak z innego świata. Mieszkanie, w którym te libacje się odbywały mieściło się przy dzisiejszym Placu Biskupim. Nie wiem do kogo należało, ale pamiętam iz Jerzy opowiadał, że w tych dwóch było coś namacalnie śmiertelnego. Jakby już wtedy przesiąknięci byli sprawdzalną na samym sobie śmiercią, chociaż byli tacy młodzi. Jak wszyscy dookoła.
Opowiadał także o Sylwestrze w czasie wojny, gdzieś w okolicach dzisiejszego Teatru Kameralnego, na którym podobno był taki ścisk, że nie dało się rady nawet poruszyć, nie mówiąc już ani słowa o dostaniu się do łazienki.
Podobno nowowo pojawiający się goście po prostu wciskali się w tłum i tak pozostawali do rana ( godzina policyjna).
Czy byli tam Gajcy i Borowski ? Nie wiem, nie wiem także po co do Krakowa przyjeżdżali, pwnie nie tylko by popić. Konspiracja? Ale jaka ? Nie zapytałem o to Jerzego, na wszystko jeszcze mieliśmy przecież czas. Żyliśmy, i to było dla nas najważniejsze

 

Pieniądze.

Zarabiali bardzo dobrze, czasami nawet świetnie, szczególnie kiedy pracowali poza granicami kraju, ale zadłużeni byli permanentnie.
No cóż, życie kosztuje, szczególnie, jakie prowadzili. Po pierwsze Jerzy zawsze musiał być ( i był) doskonale ubrany. Czasami Lidia wyglądała przy nim jak uboga krewna, ale zupełnie się tym nie przejmowała.
Po drugie życie w knajpach, i do tego codziennie, po trzecie alkohol, taksówki, książki, gazety zagraniczne.
Jerzy zawsze pod pachą miał albo Paris Match albo Timsa lub Neesweka, podróże zagraniczne, życie na wysokim Z, brak jakielkolwiek polityki finansowej, lub przynajmniej chwilowego ograniczania się. Plus siedem kotów. Ich choroby, jedzenie. Śmialismy się, że kiedy Jerzy wyjeżdża zagranicę sam na dłużej, jeden z kotów zdycha. A w porywach mieli ich siedem.
Wszystkie rachunki zawsze płaciła Lidia. Jerzy posiadała pieniadze, ale na tak zwane swoje wydatki, ona jakkby trzymała rodzinną kasę. Czasami dla niewtajemniczonych wyglądało to trochę dziwnie, gdy nagle przy barze w hotelu Francuskim Lidia wyciągała pieniądze i płaciła za Jurka.
Ale oni nie przejmowali się drobiazgami, byli ponad nie. Tak zwana opinia publiczna, czy pseudo -mieszczański krakówek mało ich interesował. Mieli siebie. I to było w ich szaleńczym chociaż bardzo poukładanym związku, najważniejsze.
Na szczęście mieli od kogo pożyczać, obracali się przecież w towarzystwie ludzi jak na tamte czasy świetnie, chociaż bez szaleństw, zarabiających.
Po drugie w tamtych czasach pieniądze nie posiadały prawie żadnego znaczenia. Były potrzebne, naturalnie ułatwiały egzystencję, ale nie były, jak dzisiaj, najważniejsze.
Największe problemy finansowe pojawiały się u nich tuż przed, i zaraz po, wakacjach. Ale sobie z nimi radzili, a co najważniejsze nie robili z tego w twarzystwie sensacji. Zawsze byli nad wyraz skromni.

 

Lumpy.

Jerzy, ze względu na tryb życia, jak i bezgraniczną wiarę w ludzi i ich szeroko pojmowaną bezinteresowność bywał czasami otoczony lumpami.
Przeważnie jak on bwalcami zabitych deskami knajpek, w których wypijał te swoje przepisowe sto gram i leciał dalej. Ale zanim wypił to i czasami porozmawiał. Jeden raz, drugi i już lump posiadał nowego kolegę.
Jerzy był święcie przekonany - i pewnie miał rację - iż nawet od lumpa można dowiedzieć się czegoś ciekawego. Umiał słuchać i to zjednywało mu znajomych. Plus, że lubi wypić.
I nagle taki lump, jak zawsze niespodziewanie, pojawiał się w Spatifie, Francusie, Cracovii i jak w dym walił do stolika, przy którym przecież siedział jego przyjaciel.
Naturalnie Jerzy natychmiast wstawał od stolika, zapinał marynarkę i swoim niezmącenie spokojnym głosem obwieszczał : pozwól Lidio, iż przedstawię...
Były to jedyne chwile, w których widziałem Lidię złą i wkurzoną, ponieważ lump natychmiast dosiadał się do stolika, próbował coś powiedzieć, ale ponieważ jedyna kobieta w towarzystwie, czyli Lidia nie słuchała go, nachylał się nad nią, łapał za rękę i opowiadał o tonach węgla przerzuconych w ciągu dnia, lub setkach dolarów, które przeszły przez jego ręce, pod bankiem PKO.
Jerzy zupełnie nie potrafił sobie w takich sytuacjach radzić, więc rola tej złej spadała na Lidię, która w podobych przpadakach ze swoickim spokojem pozbywała się intruza. Kiedy taki był trzeźwy, a zuważył Lidię unikał jej jak ognia.
Bywała swoistym katalizatorem pomiędzy Jerzym, nami, a światem ze sztuką nie mającym za wiele wspólnego, no może jak my lubiącymi czasami wypić, ale przecież alkohol nie był nigdy przepustką do stolika i towarzystwa państwa Skarżyńskich. W większości przypadków wręcz przeciwnie.
Czasami przez obecność przy stoliku lumpów dochodziło do zabawnych sytuacji, kiedy na przykład Konrad Swinarski tłumaczył Jerzemu, jak wyobraża sobie scenografię do którejś ze scen z drugiego aktu Hamleta, a tutaj nagle znany waluciarz Zdzisław W. o twarzy radzieckiego boksera przerywa im opowiadając o swojej ostatniej nocy erotycznej. Słowami zmęczonego Jana Himilsbacha.
Kraków jest - mam nadzieje że w dalszym ciągu – mastem, w którym jak w żadnym innym sztuka mieszka się z szeroko rozumianą ulicą w sposób jaknajbardziej oczywisty, czyli sprawdzany na samym sobie.
Po drugie w Krakowie wszyscy się znają, przynajmniej z widzenia, i nie było jakiejś ściśle wytyczonej granicy pomiędzy nami a nimi.
Poza tym pod koniec lat sześćdziesiątych w godzinach uznawanych za nocne istniały jedynie dwa miejsca, do których można było bez noża sprężynowego w kieszeni spokojnie wejsć : Francuski i Feniks. Cracovia dopiero była w budowie, Spatif w planach. I tak oto lumpy bratały się z artystami.
Do tego dochodziła niespotykana w innym mieście łatwość nawiązywania rozmowy. W Warszawie musiałeś - na przykład do Bristolu, czy barze przy hotelu Europejskim - przyjść z listami uwierzytelniającymi, albo przynajmniej z Iredyńskim. W Krakowie wystarczał prosty fakt, że lubiłeś się napić. I już byłeś swój. Zawód, profesja, nie liczyły się. I to było wspaniałe.

 

Strzelanie.

Uwielbiał strzelać. Kiedy istniała jeszcze strzelnica przy sławnym Fotoplastikonie w bramie przy ulicy Szczepańskiej, jakby w połowie drogi pomiędzy Trzema Rybkami a Klubem Dziennikarzy bywał tam codziennie. A strzelał znakomicie. W domu miał niezły zbiór pistoletów z XIX wieku, dość znacznej wartości.
I kiedyś, już po śmierci Lidii, kiedy popadł w chwilowe kłopoty finansowe postanowił jeden z nich sprzedać, ale ponieważ transkacja nie doszła do skutku stanął przy Placu Szczepańskim na postoju taksówek, godzina była wieczorna, Jerzy lekko napity, pistolet niedbale włożony za pasek spodni, a sławny trencz jak zwykle niezapięty, więc naturalnie jakiś ubek, którzy zawsze są na służbie zauważył czego niepowinien, i Jerzy znalazł się na komisariacie.
Z bronią, bez pozwolenia na nią, do tego lekko na bani, a argumenty, że jest to broń zabytkowa, którą odziedziczył w spadku po ojcu, była jak przysłowiowe walenie grochem o ścian?.
Potraktowano go jak pospolitego przestępcę, próbującego, na szczęście dzięki czujności pracownika po cywilnemu bezskutecznie, obalić nowy ustrój Polski.
Dopiero nad ranem, po odsiedzeniu swojego w celi, dzięki pomocy zaprzyjaźnionego adwokata jakoś udało mu się opuścić areszt.
Ale i tak dostał zakaz wyjazdu z miasta, sprawa ciągnęła się ze dwa lata i w rezultacie pistolet przepadał.
A drugą sztukę amerykańskiej broni po prostu podwędził mu pseudo-przyjaciel, który podjął się jej sprzedaży.
Tak to bywa, kiedy człowiek umie posługiwać się bronią, ale nie wie, jak się z nią obchodzić. Kiedy w filmie czy sztuce, chociaż na moment pojawi się strzelba wiadomo, iż kiedyś wypali.

 

Znajomi.

Niby mieli ich bez liku, ale w gruncie rzeczy tworzyli parę bardzo oszczędnie - jeżeli można użyć takiego słowa - dopuszczając kogoś nowego do siebie.
Byli otwarci na świat, nowe idee, a z drugiej strony grono ich przyjaciół było wąskie, zamknięte, w praktyce ograniczazjące się do kilku nazwisk.
A już za szczyt przyjaźni uchodziło zaprosznie delikwenta przez Skarżyńskich do domu. Z bardzo prostej przyczyny : Lidia nie przepadała za kuchnią ( łagodnie powiedziane) a catering wtedy w Polsce był słowem całkowicie nieznanym, więc, kiedy potrafi się ugotować tylko jajka na twardo, bardzo trudno przyjmować gości, szczególnie, kiedy się tych gości szanuje, a to w Polsce oznacza zastawiony stół.
Ze sprawami zawodowymi sprawa była prosta, Butelka, może dwie i pan reżyser mógł spokojnie przychodzić.
Właściwie przez wszystkie te lata pamiętam tylko jedno „ przyjęcie ” u Skarżyńskich w domu ( o wiele prościej było zaprosić gości do knajpy, co też praktykowali ), imieniny Jerzego na których honorowym gościem - i jedynym, poza mną - był Tadeusz Różewicz.
Diametralnie sytuacja zmieniła się, kiedy Lidia odeszła a panią domu została Alina. Bankiety ( chociaż nie za często) stały się cześcią wpisaną w ich dom.

 

Przedostatnie urodziny Jerzego - 16 grudzie? 2002.

Odbywały się na Kazimierzu w nieistniejącej już dzisiaj knajpie, nazwanej Saragossa na cześć filmu, w którym Jerzy, jako scenograf, przeszedł sam siebie.
Na ścianie leciały obrazy z filmu, na szczęście bez głosu Sanatorium pod klepsydrą a przy barze sam mistrz Jan Nowicki cieszył oko swoją doskonałością. I nie tylko.
Pewnie było to ostatnie spotkanie zaaranżowane przez Jerzego, na które przybyło tylu jego znajomych. Wtedy także ostatni raz widziałem i rozmawiałem z Dorota Terakowską
Nie wiem, czy Jerzy lubiał takie spędy. W czasach dawnych pewnie nie, ale teraz mieliśmy rok 2002 i czasy się jakby zmieniły. I sam Jerzy trochę także.
Pewnie, podświadomie, odczuwać zaczął potrzebę bywania w centrum uwagi i zainteresowania. Prac scenograficznych prawie już nie wykonywał, czasami jakaś wystawa.
Nagle więc z człowieka rozrywanego przemienił się jakby w stan lekkiego bezruchu. A tego pewnie nie lubił, więc zaprosił na swoje imieniny wszystkich, których jeszcze cenił. Plus jedengo lumpa, ale z lepszego towarzystwa, Leszka Z.
Charmider był jak w ulu, na takich spędach wszyscy czują w obowiązku zamienić chociażby słowo z każdym. Poza tym ilość wypitego przez uczestników imienim alkoholu rozłożona była nierównomiernie, przez co naturalnie nie z każdym można było o wszystkim rozmawić?.
Nagle z przerażeniem zdałem sobie sprawe, iż przeciętna wieku na sali wynosi grubo ponad sześćdziesiąt lat, a ja dalej jestem jednym z najmłodszych, całe życie pod tym względem los sobie ze mnie pokpiwał ( na szczęscie ) lecz szbko te idiotyczne myśli zmyłem alkoholem.
Jerzy był jakiś przygaszony. Nie rozmawialiśmy wiele, pełnił honory gospodarza z właściwą sobie niby to nonszlancją, a jednak każdy z nas czuł się zadowolony. Że jeszcze raz spotkaliśmy się z Jerzym. W Krakowie wieści o czyims stanie zdrowia rozchodzą się szybciej niż wiadomości z giełdy, które z kolei właściwie nikogo nie interesują, myśmy już dawno zainwestowaliśmy. W bezcenność, czyli sztukę..
W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że wszystko, co się w okół mnie dzieje jest nierealne. Podzieliłem się tymi wątpliwościami z Jurkiem. Uśmiechnął się, i odpowiedział : dla mnie już od dłuższego czasu wszystko jest jakby nierealne, jestem, a jakby mnie nie było.
Wypiliśmy i od razu zrobiło się przyjemniej. Ale tylko na chwilę. Kiedy wychodziliśmy jako jedni z ostatnich, Jerzy w swoim słynny trenczu, nieświadomie odwróciłem się i sala na której odbywał się bankiket wygladała jakby przeszedł po niej huragan, albo ekipa przy kręceniu filmu pod tytułem Sanatorium pod klepsydrą miała chwilę słabości.

 

Plotki z wielkiego świata ( i małej Polski).

Wojciech Hass był wielkim przyjacielem Skarżyńskich, zrobili przecież razem niejeden film, ale do czasu. Tym punktem zwrotnym okazały się recenzje we francuskiej prasie po projekcji w Cannes ich filmu Sanatorium pod klepsydrą.
Były wyłącznie o scenografii i Hass tak zwyczajnie i po prostu się obraził. Jakby te recenzje pisał Jerzy, pod pseudonimem Lidia Minticz.
Jeżeli mnie pamięć nie myli w latach osiemdziesiątych Jerzy był w Rzymie i zaproszony na jakiś bankiet w amerykańskiej ambasadzie z przerażeniem przypatrywał się jak dystyngowane towarzystwo rzuciło się do stołów po kanapki i alkohole.
Sobie tylko znanym sposobem dorwał się do jakiegoś kieliszka, odszedł pod okno i obserwował, co będzie się działo dalej. I nagle wpadł mu w oko wielki pisarz, laureat nagrody Nobla, Ernesto Moravia z piękną, młodą żoną, który trzęsącymi się dłońmi przelewał do przyniesionej przez siebie piersiówki darmowy koniak.
Po co to robił pytał mnie po powrocie do kraju przecież nikt nie powie mi, iż Moravii nie stać nawet na kilka butelek alkoholu dziennie.
Zachłanność starości - odpowiedziałem. Popatrzył na mnie jakby nie rozumiał o czym mówię i nagle roześmiał Się.
Żeby przypadkiem nas coś podobnego nigdy nie spotkało, oznajmił z kpina w głosie chodźmy więc już teraz do najblizszego baru przygotowywać się na nadejście tej wiedźmy.
W Warszaie uwielbiał nocować u poety i satyryka Minkiewicza. Facynowało go, iż ten wielki, o niepowtarzalnym poczuciu humoru, człowiek wrecz nieznosił hałasów dzieci dochodzących każdego ranka z pobliskiego podwórka, zwlekał się więc z łózka ( co po kolejnej nocy w Spatifie nie było łatwe ) włączał odkurzacz, który skutecznie zagłuszał dzikie wrzaski socjalistycznej jakby nie było młodzieży, i spokojnie spał dalej. Tuż nad nim mieszkał Marian Brandys, ale ten podobno nie był upierdliwy jak dzieci. Pisał do cichu ?
Po latch Jerzy spotkał Minkiewicza w Nowym Jorku, gdy ten corocznie odwiedzał swoja córkę i wnuczki, ale rozmowa jakoś się nie kleiła. Pewnie brakowało odkurzacza.
Pan Skarżyński posiadał wspaniały dar opowiadania, często zdażało mi się słyszeć kilka tych samych opowieści o czymś tam, ale za każdym razem kolejna opowieść od poprzedniej czym tam się różniła.
Ale co dziwne nie, potrafił opowiedzieć ani jednego dowcipu, słyszał ich przecież tysiące, ale jakoś nie trzymały sie go kurczowo.
Historie, pewnie zawsze jakoś tam prawdziwe wytrzepywał z siebie jak sztukmistrz króliki z rękawa, ale dowcipu ani jednego.
Podobnie było z programowaniem filmów na video. Kompleta niemoc. Z jeden strony strach w oczach, zaraz przecież rozpoczyna się projekcja filmu Bunuela z 1924 roku, a tutaj pilot w dłoni i sto kartek na stole z drobnym maczkiem zapisanymi uwagami, w jaki sposób przycisnąć te kilka przycisków. I totalne nic. Zanim pojawiła się Alina i przejęła na siebie obowiązek wielkiej piloterki ( czy nagrywarki) Leszek i ja tysiące razy, powoli, punkt po punkcie tłumaczylismy Jerzemu które czynności ma wykonać, wszystko skrupulatnie zapisywał, rysował funkce pilota, opisywał je tysiącem odnośników, strzałek. I pustka..
Pewnego razu strach przed nienagraniem filmu plus alkohol o mało co nie zaprowadziły go do kryminału, ponieważ Jerzy w szale, iż nie nastawił video, a tu już za chwilę taki ważny film, półnagi wybiegł przed dom, i zaczął za rękę cignąć do siebie kilkuletnią dziewczynke, słusznie rozumując że dzieci potrafia takie rzeczy programować jakby od niechcenia, a tutaj środek upalnej niedzieli, nagi Jerzy, płacząca i drżąca się w niebogłosy dziewczynka.
Na szczęście wszystko dla Jerzego ( ale nie dla filmu) skończyło się pomyślnie i pan profesor nie został oskarżony o seksualne molestowanie małych dziewczynek.
Już widzę minę sędziego, kiedy Jerzy tłumaczy mu, że to wszystko przez film z 1934 roku w reżyserii...i tutaj podaje długą listę ludzi związanuch z produkcją tego filmu. A także z nieco późniejszymi remeykami. O filmach wiedział wszystko. Nawet tych nigdy nienakręconych.
Pod koniec lat pięćdziesiątych pojechał do Paryża i poszedł na sławny film z Gerardem Philiphem, który po powrocie natychmiast wszystkim spragnionym kulturalnych nowinek opowiedział ze szczegółami.
Pech chciał, iż kilka tygodni później Halina Kwiatkowska pojechała z teatrem na zachód i zobaczyła ten fim. Jakie było jej zdumienie, gdy skonfrontowała go z tym, co Jerzy opowiadał.. To był zupełnie inny film. Okazało się, że Jerzy po szalonej nocy w Paryżu poszedł do kina wcześnie rano, zobaczył tylko początek i zasnął. Ale od czego wyobraźnia. I tak oto Gerard Philip grał w dwóch podobnych filmach : rzeczywistym i tym nakręconym wyłącznie w wyobraźni Jerzego. I nie jestem pewien, który z nich był ciekawszy.

 

Brzoskwinia

Scenka jak z neorealistycznego włoskiego filmu, w którą do dzisiaj nie może uwierzyć Andrzej Warzecha, który mi ją zresztą opowiedział.
Nie znał jeszcze Jerzego osobiście, ale dobrze wiedział kim jest. Knajpa Trzy Rybki była wtedy spelunką godną najwyższego uznania, ponieważ znajdowała się w samym centrum miasta, zaledwie kilka kroków od Rynku.
Uwielbiali tm bywać prawie wszyscy, chociaż nikt do końca nie wiedział dlaczego, a prawda - po prostu by się napić – była zbyt dalekim uproszczeniem.
I właśnie tam Andrzej, wtedy student polonistyki UJ zauważył Jerzego, który w południe, jak to było w jego zwyczaju, podszedł do baru a kobieta stojąca za nim kobieta już wiedziała, co należy do jej obowiązków. Po prostu wzięła, jak to się ładnie w Krakowie nazywa - literatkę - i wlała do niej sto gram odpowiedniego płynu. O coś tam jeszcze zapytała, ale Jerzy przeczcąco pokręcił głową.
I teraz przechodzimy do czystej poezji w opowieści Warzechy, mianowicie Jerzy wypił zawartość szklanki i zakąsił.... brzoskwinią, co Andrzejowi w czasach słodkiej oranżady, wody mineralnej pachnącej siarką, czy polo cocty, czyli napoju mającego Amerykę rzucić na kolana, a rzucało nas na wymioty, nie mieściło się w głowie.
Wyobraź sobie opowiadał sok z tej brzoskwini spływał mu po brodzie, a mnie ślinka ciekła na samą myśl o takiej zakąsce. Nigdy więcej w życiu nie przeżyłem czegś podobnego, i chociaż w wiele lat później owoce z innych części świata stały się na naszym rynku czymś oczywistym, w tamte południowe chwile na początku lat siedemdziesiątych w knajpie Trzy Rybki po brodzie pana Jerzego płynęła czysta poezja. Prozę przełknął kilka sekund wcześniej.
Coż dodać ? Że wielkość, jak i ulotność, życia składają się właśnie z takich chwil Że lubili się napić ? Że później popijali czasami razem ? Wszystko to banał, może poza smakiem brzoskwini, który Andrzej sobie od czasu do czasu przypominał, szczególnie, kiedy spostrzegał Jerzego stojącego przy barze. Niekoniecznie w Trzech Rybkach.

 

Viagra.

Pewnej jesiennej niedzieli, mniej więcej rok i kilka miesięcy przed śmiercią, zadzwonił do mnie o ósmej rano. Jak na Jerzego, który zawsze z nadzwyczajną skrupulatnością przestrzegał godzin, w których wypada telefonowac, lub nie, była to pora niezwykła.
Zapytał, czy mogę do niego przyjechać ( Alina akurat bawiła na jednej z wielu zagranicznych wycieczek).
Istniała między mną a Jerzym niepisana umowa, że nigdy o coś osobistego nie pytamy, dopuki druga strona o to nie poprosi.
O pieniądze, podwiezienie do domu gdy noc miała się ku końcowi, pójściu do kina, kiedy samotność doskwiera bardziej niż kochana kobieta, jak i przy dziesiątkach innych sytuacji, pytać można było. O sprawy, nazwijmy to intymne, nigdy.
Siedział przy stole na swoim ulubionym krześle, przed nim stała butelka na w pół wypitego piwa, za nim na ścinie obok zdjęcia Ojca, Lidia. Obok jakaś lalka, w sypialni stale włączony telewizor ( ciągły głod informacji, nawet tych najbłahszych), a adapret kręcił się miarowo przetwarzjąc swoje obroty na ukochanego Elingtona.
Jak zwykle kilka naraz palących się papierosów, za oknami szary, deszczowy dzień, niedzielna pustka poranka, coś więcej można dodać ?
Przez chwilę milczał aż nagle zaczął opowiadać, dlaczego wczoraj późnym wieczorem zostawił Ewę, bedącego przejazdem w Krakowie Pawła Unruga i mnie, i zniknł.
Mianowice chciał zmienić lokal, a widząc jak dobrze się bawimy nie chciał nam psuć nam nastroju, więc zniknął.
Wylądował z jakąś panienką w Psie ( och Macieju Pruście, poeto, jak tak trywialnie można nazwać knajpę), ale ta po kilku kieliszkach panienka zmyła się, po prostu poszła do młodszych więc postanowił wracać do domu.
Wyszedł więc na ulicę i wtedy poczuł sie źle. Padając pomyślałem jak już odejść to z fantazją, więc już prawie leżąc na chodniku, ale jeszcze przez chwilę będąc świadomy tego, co robię, sięgnąłem do górnej kieszeni marynarki, w której jak zapewne wiesz, od pewnego czasu nosiłem pastylkę Viagry i połknąłem ją. Zabij mnie, ale nie wiem po co zrobiłem, pewnie na wszelki wypadek, widocznie chciałem przejśc na tamten świat, raz szybko, dwa w stanie pełnej gotowości, że się tak wyrażę, seksualnej, ale oprzytomniałem niestety nie w Piekle, czy Niebie, lecz w szpitalu Narutowicza, gdy jakaś pielęgniarka przebierała mnie w szpitalny strój, przypominający mi rekwizyt z Biesów. Przytrzymałem ją za rękę i ta doświadczona kobieta pewnie zrozumiała o co ją proszę, ponieważ...
Nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Siedziałem jak zahipnotyzowany. Elington skończył śpiewać, nawet telewizor w sypialni jakby przycichł.
Zapanowała cisza godna czeskiej literatury, ponieważ z pisarzy krajów słowiańskich tylko Czesi potrafia w tak doskonały sposób opisać pustkę.
Była to w naszych wieloletnich stosunka jedna najbardziej dziwnych chwil, ponieważ czułem, iż Jerzy stara się zrozumieć siebie, i nie za bardzo mu to wychodziło.
Tylko proszę, nie mów ani słowa Alinie że wylądowałem w szpitalu, nie chcę by niepotrzebnie się nie denerowała. Ale kiedy Alina tylko wróciła do Krakowa natychmiast wszystko jest opowiedział (o Viagrze wątpię ), już wtedy łaknął współczucia, co z mojego punku widzenia nie za bardzo do niego pasowało.

 

Koty.

W porywach mieli ich siedem. Nie wiem, jak Lidia to wszystko wytrzymywała, przecież to ona musiała zapewnić ( czyli donieść do domu ) im jedzenie ( wchodziła w konszachty ze sprzedawczyniami sklepów rybnych, mamiła je zaproszeniami do teatru) oraz piasek z najbliższej budowy. Ale Jerzy kocha? koty, więc musieli je posiadać..
Po mieszkaniu szwedały się wszędzie, a wolno im było wszystko. Nie posiadali dzieci, więc pewnie w jakiś tam sposób zastępowały je im.
Problemy zaczynały się, kiedy należało zdecydować się, gdzie jechać na wakacje. Naturalnie bez kotów się nie ruszali, więc całkowicie zrozumiałe jest, że co roku musieli poszukiwać nowej wsi.
Przeważnie Tadeusz Kwiatkowski jeździł z nimi na późnowiosenny rekonesans, szukając domu w pobliżu wody, (Jerzy nie wyobrażał sobie wakacji bez wody, odpowiednich pokoi, przeważnie dwóch, ten drugi oczywiście do pracy, czyli malowania.
Podczas wakacje Jerzy więcej malował niż rysował, a przede wszystkim warunków odpowiednich dla wypoczynku ich kotów.
Zawsze był to jeden wielki cyrk, ale jakoś dzięki pieniądzą i talentom agitacyjnym Lidiii udawało się coś załatwić..
W połowie czerwca samochód bagażowy Teatru Starego przerzucał wakacyjny dobytek państwa Skarżyńskich na miejsce, a w Krakowie gorączkowo poszukiwało się wariata, który przetransportuje samych Skarżyńskich z siedmioma kotami.
Jak zwykle padało na biednego Tadeusza. Skarżyńscy nie posiadali żadnych klatek, czy chociażby koszyków na te koty, po drugie Jerzy nigdy by się nie zgodził, by jego ukochane zwierzęta, i tak narażone na ogromny stres, podróżowały w zamknięciu, co przecież musiało odbić się na ich i tak kruchej psychice, więc tak po prostu wpuszczało się te koty do samochodu i jazda.
Że kierowca - i oni sami przeżyli - te podróze zakrawa na cud, przeciż koty w czasie podrózy jak oszalałe skakały z miejsca na miejsce. Bardzo często była to głowa kierującego pojazdem.
Na miejscu gospodarzy, którzy wynajmowali im przeważnie pół swojej chałupy czekała kolejna niespodzianka. Lidia nigdy nie zdardziła się, ile tych kotów posiadają naprawdę, po drugie wiadomo jak na wsiach polskich traktuje się koty. Kopa i niech dzieje się z nim co Bóg da.
A tutaj, nie dość że pół chałupy ( tej lepszej, niedzielnej, z poduszkami pod sufit) zawalone były, a to sztalugami, bjetramami, rozpoczętymi obrazami przedstawiającymi jakieś okropności lub sprośności, to jeszcze arystokratyczne koty z Krakowa miały żyć z nami pod jednym dachem ?
Na szczęście, przeważnie, gospodarz był trunkowy, więc pierwsza noc mijała spokojnie. Ale która kobieta ( poza Lidią) pozwoli by jej chłop pił codziennie ? Więc zaczynały sięęę schody, z kotami w roli głłównej i już za rok Skarżyńscy musieli szukać nowego, wakacyjnego adresu.
Aż do czasu, kiedy została tylko Alraune, a sami kupili na wpó? zrujnowaną chałuę? w pobliżu pałacu Kantora w Huciskach.
Alraune była ( był) kotem majestatycznym, najbardziej przez Jerzego kochanym, pewnie dlatego żył najdłużej. Imię odziedziczył chyba po jakimś romantycznym, niemieckim czy hiszpańskim bohaterze jakiejś opery. Uwielbiał wylegiwać się na nas onecznionym parapecie okna, wśród rysunków Jerzego, albo po prostu na jego piersi, na co Jerzy tylko czekał..
Nie pamętam kiedy, i na co zdechł, ale dla Jerzego żył wiecznie. Pod koniec życia często do opowieści o Alraune wracał, i zawsze opowiadał o nim coś nowego. Pewnie było to jego perpetum mobile.

 

Sylwestry.

Panicznie nie lubili na nie chodzić. Bale, na przykład Piwnicy, imieniny Skrzyni, bale Aktorów - proszę bardzo, ale Sylwestry - nie.
Naturalnie, w końcu szli, ale zarzekali się, iż w tym roku to już po raz ostatni. Odkąd zaprzyjaźniliśmy się, czyli od roku 1970, aż do końca lat siedemdziesiątych Sylwestry przeważnie spędzaliśmy w tym samym gronie, i w tych samych miejscach. Jakby święta tradycja.
Najpierw spotkanie w domu państwa Kwiatkowskich przy ulicy Batorego, wpół do jedenastej Związek Literatów, gdzie Halina tłukła w patelnię naśladując uderzenia zegara, a w kilka minut po północy Stefan Otwinowski trzymał wspaniałą mowę, nie pomijajac nikogo znajdującego się na sali, i każdemu przyczepiając jakże charakterystyczne, i zgodne z prawdą, łatkę.
Zaś koło drugiej w nocy, aż do rana - Spatif. Jedną z tych nocy lat wczesnosiedemdziesiątych pamiętam jakby miała miejsce wczoraj.
Andrzej Mrowiec z ówczesną narzeczoną Stanisławą Celińską, zakochani w sobie po uszy, Swinarski z Pszoniakiem jakby zakochani troszkę mniej, ja na progu pierwszego małżeństwa, którego nota bene Jerzy był świadkiem, państwo Kwiatkowscy, Anna Polony z mężem Markiem Walczewskim. I Skarżyńscy, jakby zagubieniw tym wszystkim, i Lidia, która wypiła wtedy 25 gramów alkoholu, jeden z dwóch przypadków, kiedy w mojej obecności dotknęła kieliszka. Wcześniej, podobno nie odmawiała, ale wysiadła jej trzustka, i allohol odstawiła do lamusa.
Co jakiś czas Jerzy mrugał do mnie i wychodziliśmy w ustronne miejsce, by pociągnąć z butelki, chociaż stoły uginały się od alkoholu.
Taki miał zwyczaj, mniej więcej raz na godzinę napić się w spokoju i samotności.

 

Kiedy pracowali ?

Nie wiem. Dzień mieli zajęty od rana do wieczora, więc pozostawały noce, weekendy, wakacje. Na szczęście Lidia była pracowita jak przysłowiowa mrówka, więc ślęczała nad projektami wspónie wcześniej zaprojektowanymi.
A Jurek musiał bywać, nawet w sobotę czy niedzielę wyrywał się z domu, pod pretekstem obejrzenia jakiegoś filmu, który pokazują tylko jeden, jedyny raz, wchodziłl do kina, wytrzymywał w nim z pół godziny i już go nie było.
Naturalnie opowiadał później Lidii cały film ze scenografa godną dokładnościa, ale pewnie większość obrazów było jego własnymi fantazjami..
Po drugie praca którą kochali tak ich pochłaniała, fascynowała. że nie robili z niej większego problemu, wiadomo było że o którejś tam wracają do domu, włączają telewizor i zabierają się do roboty. Kiedy „ normalny ” człowiek kład? się spać, oni siadali do stołu.
Zajęcia, jakby to powiedzieć ?, okołozawodowe, towarzyskie, bez których niewyobrażali sobie życia, czy Katedra Scenografii przy Akademii zajmowały im cały boży dzień. Więc, naturalnie na pracę pozostawały wyłącznie noce.
Często zastanawiałem się , jak Lidia może funkcjonować w takim reżimie ? Przecież to było ponad jej siły ( Jurek był nie do zdarcia), ale jakoś dawała sobie radę. Nigdy, ale to nigdy, nie wyrwały się z jej ust słowa : jestem zmęczona, niewyspana, nie chce mi się, czy coś podobnego. Powyższe słowa jakby nie istniały w jej słowniku, także Jurka.
Byli tytanami pracy, chociaż na takich nie wyglądali, ale na szczęście pozostały po nich stosy rysunków, projektów scenograficznych, obrazów Jerzego, projekty kostiumów i cała reszta, która niby z taką lekkością i łatwością, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kapała im z pędzla czy ołówka.
Masę czasu pochłaniała im praca dydaktyczna. Kochali ją, szczególnie, kiedy studenci okazywali się zdolni. Wtedy byli gotowi poświęcić im wszystko.
Czasami bywałem światkiem ich dyskusji ze studantami wwydziału scenografii. By nie tracić czasu umawiali się z nimi, naturalnie pojedyńczo, Pod Gruszką, z prostej przyczyny, ponieważ stoły były tam o wiele szersze niż na przykład w Spatifie.
Było to niesamowite przeżycie, przynajmniej dla mnie. . Z jednej strony wnikliwe aninalizowanie projektów studenta, z drugiej, jakby równolegle, pełne życie towarzyskie, ale tylko z wybranymi, wódeczki Jurka, jego częste spojrzenia na zegarek i słynne : Lideczko, muszę wyskoczyć na chwilę i już go nie było, ale za to pojawiał się w Trzech Rybkach, Konsulacie Amerykańskim by zobaczyć fragment filmu niedostępnego dla zwykłego śmiertelnika, w Emiku, by przeglądnąć nowego Paris Matcha, w końcu jeden Bóg wie gdzie, aż z powrotem zjawiał się Pod Gruszką i jakby się nic nie stało kontynuował rozmowę ze studentką, gdyż przeważnie ( nie wiem dlaczego, ale w 80 procentach kobiety były ich studentami).
Wtedy Lidia zamawiała mu kolejną wódeczkę, i tak do wieczora. Później już tylko chwila w Spatifie i koło dziewiątej taksówka do domu, Lidia obładowana siatkami, których nie wiem jakim cudem nigdy nie pogubiła.
I zabierali się do pracy. W takim tempie żyli przez wszystkie te lata. Co prawda czasami Lidia wyglądała nieszczególnie, ale nikt się tym nie przejmowa?. A już najmniej ona. Najważniejszy był Jurek, wszyscy o tym wiedzieli. A co on sam o tym myślał ? Nie wiem, nigdy go o to nie zapytałem.

 

Komiks.

Był wielkim animatorem tego rodzaju sztuki ( czego nie był ?, chyba tylko sportu) oraz jego aktywnym organizatorem. Co jakiś czas wyjeżdżał zagranicę na Kongresy Twórców Komiksów, chyba nawet zasiadał w jakichś władzach tego stowarzyszenia.
Czytywał komiksy, wiedział o nich wszystko, a i sam, razem z Tadeuszem Kwiatkowski wydali sławny komiks o Janosiku. Pierwszy raz na początku lat siedemdziesiątycyh na papierze gorszym niż toaletowy, ale już na przełomie wieków jak należy. Komiks wspaniały, szczególnie dzięki rysunkom Jurka.
Strasznie się zżymał i denerwował, kiedy słyszał, czy też czytał, opinie, iż komiks nie jest żadnym gatunkiem sztuki wyższej, ot, zwykła bajka dla dzieci, co niestety było bardzo rozpowszechnionym pogladem, i jest do dzisiaj.
Na całym cywilizowanym świecie twórcy komiksów traktowani są „ na powa?nie ”, ale nie w Polsce. Z drugiej strony, co w Polsce traktowane jest na poważnie ? Chyba tylko Kościół, aborcja i żarcie. Oraz związkowe przywileje.
Po drugie w latach siedemdziesiątych jaki mógł być komiks w Polsce ? Taki, jak rzeczywistość za oknami, czyli Kapitan Żbik na tropie, czy też inny Borewicz.
Jerzy nie mógł, i nie chciał, się tym pogodzić. Zaproponował mi, abyśmy wspólnie zabrali się za komiks ekologiczny, nawet jeden z miesięczników miał go drukować, ale jak wszystkie nasze wspólne plany artystyczne i ten rozszedł się na niczym.
Na jakieś dwa lata przed jego śmiercią, nagle zdałem sobie sprawę, iż Jerzy czuje się coraz gorzej, a tutaj tyle spraw które warto utrwalić leży odłogiem, ponieważ pamięć bywa ulotna, a Jerzy znał przecież tylu ludzi, dotykał tylu spraw, więc głupstwem byłoby, by wszstko to przepadło bezpowrotnie.
Zaproponowałem mu więc, że pojedziemy razem na wakacje, weźmiemy ze sobą magnetofon i popijajac, i nie tylko, rozmawiać, jak na przykład Miłosz z Watem.
Zapalił się do tego pomysłu, ale w jakiś czas później przyszło z jego strony opamiętanie. Nie powiedział mi tego wraźnie, ale w rozmowie z Ewą przyznał, iż boi się że będę pytał go o sprawy drastyczne, jego opinię o wybitnych dzisiaj ludziach, których postępowanie w przeszłości, delikatnie mówiąc, nie licowało z godnością cz?owieka.
Bał się, tak?e zwykłych plotek, czyli nie chciał w takiej rozmowie wyjść na kogoś, kto ma o ludziach takie, a nie inne zdanie.
Po prostu stał się w jakis tam sposób szlachetny, i opinie o znajomych chciał wygłaszać tylko pozytywne.
Jeszcze z dziesięć lat wcześniej podobne ograniczenia z jego strony nie wchodziły w rachubę. I wtedy należało te rozmowy nagrać, a nie w dniu, kiedy zdając sobie doskonale sprawę ze swojego stanu zdroowia, zastanawianie się, jak odbierze jego wypowiedzi za kilka lat, wzięło niestety górę nad prawdą dnia codzinnego.
Nie jestem na niego za to zły, wprost przeciwnie, wielu przyjaciołom dzięki milczeniu Jerzego udało się zachować twarz, i niech się cieszą, ale żal mi ogromnej wiedzy o czasach, w których żył i ludziach wśród których się obracał, wiedzy szczególnej, ponieważ opowiedzianej w tak szczególny - tylko dla niego – sposób.
Ironia, humor, tło, że tak powiem historyczno-erotyczne. Wszystko to przepadło, ponieważ było świadomym wyborym Jerzego. I należy wybór ten uszanować, chociaż żal,ponieważ mógł powstać jego najlepszy komiks, chociaż tym razem rysowany słowami.

 

Zdrada.

Mając zawsze szalone powodzenie u kobiet, a będąc od zawsze żonatym, powstawał delikatny problem, jak na to wszystko reaguje Lidia.
Zapytany przeze mnie o to wprost odpowiedział istnieje w moich stosunkach z innymi kobietami delikatna granica, której nie wolno mi przekroczyć. Jeżeli tak się - zdaniem Lidii - stało, mówi mi to wyraźnie w twarz i...wracam do rzeczywistości.
Kraków był, i jest nadal, niestety, grajdołkiem, więc nie da się w nim nic ukryć. Po drugie Jerzy nigdy się z niczym nie krył : ani ze swoim sympatiami politycznymi, alkoholem, a chyba najmniej z zamiłowania, że tak powiem, do kobiet.
Czyli siłą rzeczy bywał w ich towarzystwie widywany, a to już tylko krok, by ktoś szalenie usłużny doniósł o tym Lidii, ale ta zachowywała się po królewsku, udawała iż nie rozumie, co do niej mówią.
I tak ruletka toczyła się latami, Jerzy angażował się w coraz to nowsze romase, a Lidia trzymała rękę na pulsie, kiedyś zaprosiła do domu dziewczynę, ( dzisiaj żona reżysera filmowego M.) która za Jerzym przyjechała z Wrocławia, i miała zamiar spędzić noc na ich klatce schodowej.
Lidia najpierw kazała się jej wykąpać, następnie nakarmiła i w końcu wytłumaczyła, iz z Jerzym nie będzie miała wcale tak wspaniałego życia, na jakie pewnie liczyła. Później odprowadziła ją do taksówki i odwiozła na dworzec.
Kilka lat po śmierci Lidii poszliśmy z Jerzym do restauracji U Wentzla przepłukać usta maczanką po krakowsku, i wtedy – nie wiem po co - zapytałem Jerzego, czy znając jego stosunek do kobiet Lidia n igdy nie zdobyła się na rewanż.
Tak ci się tylko wydaje, raz odpowiedziała mi tym samym i tutaj padło nazwisko... Jerzy nie mógł się z tym faktem pogodzić przez całe życie.
„ Wypadek ” ten miał miejsce na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ale kiedy o tym u Wenzla wspominał znowu był zły i zdenerwowany. Ale jak to zawsze on, w każdej sytuacji potrafił znaleźć sobie w miarę logiczne wytłumacznie : ale rozumiem ją doskonale, ten pan był przecież szalenie przystojny.
Uśmiechnąłem się, Jerzy także, chociaż maczanka, jak czasami życie, bywa niejadalna. Ale za to kosztowała prawie tyle, co dziecinny rower.
Za to przy Alinie stosunek Jerzego do kobiet radykalnie się zmienił, znaczy dalej je uwielbiał, ale chyba tylko w marzeniach. Czas robi swoje, ale Jerzy, albo w to nie wierzył, albo czasami o tym zapominał, napił się i wydawało mu się, że znowu ma trzydzieści kilka lat, nachylał się więc nad kobietą i proponował chodź dziecko, pojedziemy do mnie i będzie wspaniale.
Ciężko mi o tym pisac, może nie powinienem, ale przecież opowieści te, jak sieć pająka, mają ddać jakiś tam wizerunek przyjaciela, więc ..
Co w tym wszystkim dziwne, to fakt, że Jerzy nie lubił, czy też nie umiał, tańczyć. Nie widziałem go tańczącego, a przeciez taniec ma w sobie tyle seksu. Widać Jerzy miał go więcej w sobie.

 

Partia. Polska, Zjednoczona, Robotnicza.

Członkiem Partii był przez całe życie. I do jej końca. Czasami Ldia pytana przeze mnie, gdzie akurat jest Jerzy odpowiadała z lekkim ironizmem : na tym swoim zebraniu. Sam Jerzy nigdy się swojej, jak to niektórzy towarzysze się wyrażali, przynależności nie wstydził. Wprost przeciwnie, powoływał się na przykład Ojca i jego lewicowość..
Nie sądzę, by Jerzy komukolwiek poprzez Partię zaszkodził, wprost przeciwnie, pewnie bezinteresownie i nie wybijając się na pierwszy plan pomógł. Jeżeli tylko mógł i potrafił. Był jednym z najbardziej bezimiennych członków Partii, a z drugiej strony jednym z jej najbardziej znanych. Ale Partia nigdy się nim nie pochwaliła. Bo i po co ? Byli przecież Siwak, Dar Młodzieży czyli towarzysz..... i tysiące, jeżeli nie więcej, pseudoartysów, którzy gdyby nie Partia niewydaliby jednej, jedynej książki, czy nie wystawili jednego obrazu. Jerzy chodził na te swoje zebrania, i robił swoje.
Inni także. Kiedy nastały czasy Solidarności, Jerzy niesiony impulsem serca, postanowił się do niej zapisać.
Ale został potraktowany negatywnie! Przewodniczącym Koła Zakładowego Solidarności przy Teatrze Starym był wtedy Danielak, przepraszam, chciałem napisać pan Jerzy Sthur.
Nie wiem jaki miał udział w nieprzyjęciu partyjnego od zawsze Skarżyńskiego do Solidarności, ale pewnie duży. Jerzy bardzo te odmowę przeżył.
Już po ponad dwódziestu latach w ogródku kawiarni Dym, kiedy przy Ryszardzie Łukowskiem wspomniałem ten epizod z jego życia Jerzy dalej był bardzo zażenowany. Po prostu było mu wstyd jak go potraktowano. Później nosił sławny pierścień wspierających Unię Wolności, a jeszcze później dyrektor Teatru Starego pan Bradecki zabronił wysyłania panu Skarżyńskiemu zaproszeń na premiery ! To małe chamstwo na dłuższy czas dobiło Jerzego kompletnie. Jednego z głównych twórców potęgi tego teatru potraktowano jak gnoja. Ale widać takie nastały czasy, iż panu Danielakowi numer 2 była w poprzek sława pana Skarżyńskiego. Mali ludzie zawsze nienawidzą wielkich. Nigdy odwrotnie.

 

Jedzenie.

Rzadko widywałem Jerzego jedzącego. Co najwyżej ułamek kanapki, cwierć śledzika, wykałaczka sera. Żył wszystkim, tylko nie jedzeniem.
To zmieniło się, kiedy w jego życiu pojawiła się Alina, ale nadal jadał nie za wiele. W młodości miał dziwny zwyczaj jedzenia na leżąco. Wpadał do domu, rozbierał się, kładł na łóżku, zjadał co mu tam Lidia przygotowała, przeważnie nie było to danie wykwintne, wstawał, ubierał się i wychodził.
Nie słyszałem nigdy o podobnym orginale. I nie wiem także skąd ten tego zwyczaj, czy też obyczaj, pochodził.
Nie zdążyłem go o to zapytać, jak i o wiele innych drobiazgów, z których przeciez składa się życie. Ale przecież nigdy na nic nie jest za późno, więc tam, gdzie kiedyś się spotkamy, pewnie będziemy mieli więcej czasu na rozmowę o wszystkim , niż dotychczas było nam to dane. Lub nie będzie nam dane. Na szczęście nikt nie wie tego naprawdę. I w tym tkwi nasza jakaś mikroskopijna szansa.
Wracając do jedzenia, to wszystko można o Skarżyńskich powiedzieć, tylko nie to, iż jedzenie było ich ulubionym zjęciem.. Wprost przeciwnie, było dalekim marginesem ich życia.
Na pierwszym miejscu była praca, papierosy na drugim, u Jerzego wódeczka, na drzecim...z tym różnie bywało.
Naturalnie przede wszystkim najbardziej liczyła się sztuka, ale w ich przypadku było to tak oczywiste, że aż nieralne, i nie wypadało o tym mówić..
Zanim Jerzy coś zjadł musiał najpierw wypalić kilka papierosów, zupa zdążyła wystygnąć, ale zakąska nigdy.
W końcu drżącą dłonią brał łyżeczkę, czy widelec do ręki, coś tam dziubnął, zawsze nie omieszkał nadmienikć że pyszne, choćby spróbował największego paskudztwa, i tak zadowolony był z siebie, iż dokonał rzeczy niebywałej, lekko odsuwał talerz od siebie. Rozdział jedzenie był skończony i szybko należało przejść do następnego.
Czasami dla żartów pytałem Lidii czym odżywali się przez cały wekend, na co ona z rozbrającą szczerością odpowiadała : mieliśmy w domu kilka jajek.
Pod koniec życia nagle Jerzy zaczął przywiązywać do jedzenia normalną miarę. Może był to wpływ Aliny ?
We wrześniu 2002 roku byliśmy jakiś czas w Wysowej, i podczas tego liczącego mniej więcej dziesięć dni poobytu jestem przekonany, iż Jerzy zjadł więcej niż przez całe poprzednie trzydzieści lat.
Niezbadane są tajniki duszy ludzkiej, a co dopiero przełyku. Jedno jest pewne, na państwu Skarżyńskich restauratorzy wszelkich maści zarobili majątek. Ale nie na jedzeniu.

 

Polański.

Temat w życiu Skarżyńskich jak rzeka. Aż boję się o nim pisać. Ale spróbuję, może opowiem coś ciekawego, co scharekteryzuje stosunek Jerzego ( i Lidii) do wielkości. Jakby sami nie doświadczyli na własnej skórze, jak wielkość smakuje.
Nie wiem gdzie, ani kiedy się poznali, ale gdy Polański miał reżyserować Rosmarys Baby scenografem tego filmu miał zostać Jerzy.
Producent większości filmów Polańskiego Rene Gutowski zadzwonił do Skarżyńskich i zaprosił Jerzego do Londynu. Ten pożyczył 500 dolarów i pojechał. Ale niestety nic ze współpracy nie wyszło, ponieważ Angielski Związek Scenografów powiedział kategoryczne „ nie ” dla angażu Jerzego, ponieważ, ten po prostu nie miał powolenia na pracę w Anglii, Polański za długo nie mógł czekać, i tak koło nosa ( angielskiego ) przeszła Jerzemu jednaj z najbardziej intratnych ( nie tylko finansowo) propozycji zawodowych.
Z dugiej strony, czy dzisiaj nie możemy, wzorem Anglików, niektórym zachodnim poronionym inwestycjom i pomysłom mówić twardego nie ? Nie, Plolacy nigdy się na coś takiego nie zdobędą, są na coś takiego zbyt wysoko urodzeni. W Koziej Wólce.
Później pracowali razem w Niemczech przy operach Pendereckiego, aż w końcu przyszedł czas na reżyserowanie przez Polańskiego Amadeusza w Teatrze na Woli, z Łomnickim i sobą w rolach głównych. A o zajęcie się scenogarfią poprosił Skarżyńskich.
Mieszkałem wtedy w Warszawie, więc niejako automatycznie wiedziałem, co się w teatrze dzieje. Jerzy pomieszkiwał wtedy u mnie, ale więcej wolnego czasu spędzaliśmy w warszawskim Spatifie.
W tym samym czasie Wacław Kisielewski złamał sobie nogę wychodząc na Okeciu z samolotu (nota bene Polański szedł tuż za nim) więc bywało wesoło.
Ale tylko do premiery, na którą Skarżyńscy ośmielili się nie przyjechać. Lidia była bardzo chora, a Jerzy - jak sam twierdził - miał dużo pracy, ale chyba z jemu tylko wiadomych względów, nie chciało się jechac samemu nocym pociągiem do Warszawy.
Apodyktyczny Polański śmiertelnie się na nich obraził. Nie przyjechać na reżyserowaną przez niego sztukę, w której grał jedną z głównych ról, na dodatek będąc scenografami tego spektaklu ! - było gorsze niż wojna, zdrada, czy komunizm razem wzięte.
Nie pomogły żadne usprawiedliwienia, gdyż jakie mogły być ? I czego dotyczyć ? Zdradzili go i tyle.
W kilka lat później będąc w Rzymie i mieszkając u państwa Pomianowskich miałłł obowiązek ( Jerzy i obowiązek, dobre sobie) wychodzić z ich psem na spacer.
I jak zawsze któregoś wieczora poszedł, ale pod pobliskim mostem miłe lumpy, już znające go z widzenia zaprosiły Jerzego na łyk wina.
Pies przyprowadził go do domu, i wtedy w mgnienu oka Jerzy zdobył się na odwagę i zatelefonował do Polańskiego. Nie zastał go. W jakieś dwa tygodnie później odtelefonowała do Krakowa sekretarka pana Polańskiego, i w imeniu swojego szefa poprosiłła, by pan, Jerzy kiedy przyjdzie mu do głowy znowu zadzwonić starał się nie używać tak często brzydkich słów.
Widocznie Jerzy, który brzydkich słów nigdy nie używał, tego rzymskiego wieczory na nowo bardzo przeżywał warszawską premierę Amadeusza.
Później zobaczyli się już tylko jeden raz - ostatni - na krakowskiej premierze Pianisty. Podobno było normalnie, jakby nic się mniedzy nimi nie stało. Czas robi swoje, nawet Amadusz nic tutaj więcej nie mógł namieszać..

 

Charakter pisma.

Miał piękny, ale straszliwie niewyraźny. Nie pisywaliśmy do siebie w ogóle, byliśmy przecież od rozmowy i opowiadania, a nie od pisania, ale kiedyś przysłał mi z Rzymu ( pewnie wtedy także telefonował do Polańskiego) ośmiostronnicowy list, który - kiedy w końcu do mnie przyjechał - odcyfrowywaliśmy przez dwa tygodnie, a i tak więcej niż połowa została niezrozumiała.
Domyślam się jak musiał męczyć się próbując odczytać swoje notatki, na przykład dotyczące studentów, pytań prasowych, czy swoich przemyśleń na tematy wystaw, Grupy Krakowskiej, czy problemów ogólnie rozumianej. sztuki.
Należał do ludzi, którym o wiele łatwiej przychodziło rysowania niż pisanie, picie niż jedzenie, palenie od zachwycania czystości miejsca zwanego duszą.
Żył i nie wtrącał się w życie innych. A, że pisał niewyraźnie ? Drobnostka, charakter pisma akurat w jego przypadku nie miał najmniejszego znaczenia.

 

Alkohol.

W przeciwieństwie do charakteru pisma, alkohol był, może nie problemem, ale sprawą. I to poważną..
Jerzy - jak sam twierdził - zawsze „ lubił się ” napić. Zaczynał - podobno - gdy miał piętnaście lat. I popłynęło, chociaż NIGDY alkohol ( wbrew obiegowym opiniom ) nie był dla Jerzego problemem - może dla ludzi mu bliskich, tak - ale nie pamiętam, by Lidia się na tę dolegliwość Jerzego skarżyła, akceptowała go ze wszystkim jego pchłami, podobno ( ale nie za moich czasów ) sama nieźle ciągnęła, aż pewnego popołudnia trzustka zatelefonowała do niej i poprosiła, by przestała.
Po drugie, co innego jest pić, kiedy ma się czterdzieści lat, a co innego przy siedemdziesiątcepiątce.
I tutaj - moim zdaniem - zamyka się cała sprawa. Na coraz mniejszej odporności - z różnych zresztą względów - organizmu Jerzego na alkohol, a z drugiej strony, na jakby zapominaniu przez niego ile ma lat.
To samo odnosiło się także do kobiet, ale odmowa pójścia z nim do łóżka nie drażniła otoczenia, alkohol może. Po prostu był widoczny. I tyle.
Jerzy tym wszystkim zupełnie się nie przejmował, przynajmniej nie dawał tego po sobie poznać, i gotowy był do wypicia kieliszka o dowolnej porze dnia.
Co prawda na kilka lat przed śmiercią czasami zaczął dozowac sobie czas spożycia i porcje, ale chyba bardziej było to maskowanie się, niż prawda.
Najgorzej bywało z nim po śmierci Lidii, oraz kiedy Alina wyjeżdżała. Hamulców w stosunku do alkoholu nie miał, mógł napić się wszędzie - i prawie ze wszystkimi, ale...no, właśnie, kiedy Alina była na miejscu pił jakby mniej, musiał (?) na godzinę piątą wrócić do domu, by coś zjeść, przeważnie mieli jakieś plany na wieczór, a może tak zwyczajnie, i po prostu, się jej bał. ?
Dla niektórych może się wydawać dziwne co piszę, tyle o alkoholku, prawie nic o sztuce, ale sztuka zawsze była obecna, ale w nas, rozmowach, a kieliszki tylko przed nami stały. Po drugie ludzi nie intresuje sztuka. Alkohol ? O tak !
Popatrz, pan profesor znowu nawalony - jak to łatwo, prosto i przyjemnie powiedzieć, chociaż nic z tego faktu nie wynika, może poza stwierdzeniem, że Jerzy znowu był na obrotach.
Na szcczęście alkohol nie przeszkadzał mu zupełnie w byciu sobą, może pod jego wpływem mówił wtedy wolnej i mniej wyraźniej, ale jak zwasze interesująco i zajmująco.
Bywaja typy charakteru, którym alkohol całkowicie zmienia osobowowość, spostrzeganie świata, dodaje pewności siebie, lub także lekkiego tonu ton megalomanii.
Jerzy to tego stowarzyszenia nie należał, pił czy nie, zawsze był taki sama. To rzadka umiejętność.
Bywały chwile, kiedy się o niego bałem, ale zawsze, jak swoje koty, szczególnie Alraune, spadał na cztery, a może nawet i pięć łap.
W jakiej, nie tylko zresztą alkoholowej depresji znalazł się po śmierci Lidii spróbuję opowiedzieć później, teraz dalej zaglądajmy mu do kieliszka.
W czasach, kiedy go poznałem miał swój szlak alkoholowy, knajpki w których na stojąco wypijał swoje i leciał dalej. W tych czasach pracował i żył jak szalony, więc przed wieczorem nie miał czasu na biesiadowanie. Po drugie, co to za biesiada bez zakąski. Której nienawidził.
Zawsze zamawiał alkohol i popitke, wodę sodową jak mawiał, może z wyjątkiem sławnego epizodu z brzoskwinią..
We wszystkich barach i knajpach lubiany był przez obsługę za kulturę osobistą, dwa - za sławę kogoś wybitnego, którą się cieszył, trzy za opiekę, którą ta obsługa mogła mu zagwarantować, czyli szybki alkohol bez czekania, zakąski, a w czasach prohibicji jaruzelskiej i odkręcania kurka z wódą poza obowiązującymi porami.
Na pewno nie lubiał alkoholu, jak alkohol można lubieć, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób ciągnęło go do niego.
Nie przypominam sobie, by poza okresami, kiedy był ciężko chory, obiecywał, sobie i otoczeniu, że przestanie pić. Nigdy nie przychodziły mu do głowy podobne głupstwa.
Czasami przesadzał, ale jak można wymagać od dorosłego przecież człowieka, by nie robił, tego co lubi, nawet kiedy to coś rujnuje mu zdowie.
Lekarze, którzy znali tę prostą prawdę, nie wtrącali się w jego życie, leczyli go, na ile mogli, a o alkoholu ani słowa, chociaż na pewno bywali postępowaniem Jerzego co najmniej zaniepokojeni.
Potrafił w przerwie między porannymui badaniami, a późniejszą „ chemią?” wstąpić do baru i trochę się napić.
Zawsze zabawnie kwitował, na szczęście dla niego rzadkie, nagabywania przyjaciół, by może trochę spasował. Przemieniał pytanie w żart i spoglądał na zegarek, czy już przypadkiem, jak mawiał, nie nadeszła popołudniowa pora na małą wódkę ?.
Pewnie ciężko jest z takim człowiekiem żyć pod jednym dachem, sławne „ lęki poranne ”, kace i tak dalej, ale z drugeij strony pytanie, jak z kimś takim należy postępować ? Ja nie wiem.
Na pewno nie kwalifikował się do leczenia zamkniętego, psychiki jeszcze, na szczęście nie da się zmienić, a przecież zupełnie bezsensowny byłby pomysł zmienienia samego Jerzego. Tylko na kogo ? Był, jaki był. To wszystko.

 

Teatr Stary.

Drugi dom Skarżyńskich, z którym Jerzy ( już po śmierci Lidii) rozstał się nie ze swojej winy.
Polacy, niestety, mają zadziwiajacą lekkość w formułowaniu negatywnych sądów o drugiej osobie, szczególnie, kiedy osoba ta w jakiś tam sposób ( intelektualnie, zawodowo, finansowo, fizycznie, niepotrzebne skreślić ) przewyższa osobę formułującąc sądy.
Tak było w przypadku Jerzego. Małość ludzi, których nawet wstyd przywoływać po nazwisku sprawiła, iż nie dość, że Jerzy przestał w Starym pracować, to nawet bywać.
Co prawda w kilka lat później sytuacja trochę się zmieniła, ale bywał w Starym niechętnie i bardziej z szerogo pojmowanego obowiązku niż z zainteresowania.
Nie będę przypominał ile, i jakie!, scenografie podpisali Skarżyńscy na deskach Starego swoim nazwiskiem, jakie ma to dzisiaj znaczenie, w świecie pogoni za „ kasą ”, bez wyraźnego celu i sensu. Powód artystyczny nie ma tutaj żadnego odniesienia.

 

Maszynka do golenia jednorazowego użytku.

Zdażyło się to którejś nocy, gdy obchód miasta z Jerzym i Adamem Komorowskim zakończyliśmy u znajomych mieszkających w pobliżu Rynku.
Ci potraktowali nas poważnie, a widząc, że nie mamy ochoty udać się do domów zaaplikowali nam kilka kieliszków środków nasennych i ułożyli spać..
Problem pojawił się za piętnaście siódma rano, gdyż gspodarze musieli wyjść do pracy, a nie posiadali jednorazowej maszynki do golenia.
Jerzy kategorycznie odmówił opuszczenia mieszkania nieogolony. Argumenty w rodzaju, że do najbliższego postoju taksówek jest trzysta metrów nie trafiały mu do przekonania.
Ale i tak musimy przejść przez Rynek, a jak spotkam kogoś znajomego ? Kobietę swojego życia, studentów, milicjanta ? I co będzie ?
Żadne, przyznaję, niezbyt z naszej strony logiczne, argumenty nie trafiały mu do przekonania. Taki był. Nie znaczy, że uparty, ale nie cierpiał wychodzić z domu nieogolony, nawet, kiedy jest 6.45 rano, a celem wyprawy jest najbliższy postój taksówek.
W końcu gospodarze ryzykując spóźnienie do pracy użyli jedynie możliwego argumentu, ale ten wymagał kieliszków, popielniczki, kilku minut w fotelu.
W końcu Jerzy uznał, że w zasadzie, teraz jest już mu wszystko jedno i wyszliśmy. Jeden z wielu poranków w Krakowie, kiedy człowiekowi wydaje się, iż życie w zasadzie jest przyjemne.
Ale nie dla Jerzego, który przemykał się pod ścianami kamienic, jakby w popłochu opuszczał powstańczą Warszawę.
Uspokoił się dopiero w taksówce wiozącej go w stronę domu, i jakże wytęsknionej łazienki, w której w miesiąc po śmierci Lidii jedynym przedmiotem godnym odnotowania był nadgryziony ogórek.

 

Wielka wystawa poświęcona twórczości Leonard da Vinci, Göteborg 1994.

Ta wielka wystawa zajęła całe pomieszczenie niemałej przecież hali sportowej. Spędziliśmy na niej cały dzień, ponieważ jak zwykle dokładny, a nawet skrupulatny Jerzy musiał obejrzeć KAŻDY eksponat, a były ich tysiące.
W pewnym momencie miałem dość, usiadłem w kawiarnii, ale zaraz przywoła mnie do życia karcący wzrok Jerzego, przecież zwiedzanie wystawy bez jego komentarza nic nie jest warte, więc, chcąc czy nie, ruszyłem za nim w wędrówkę ku kolejnym eksponatom, które Jerzy komentował z sobie tylko znaną swada i wprawą, prawie, jakby to on był ich autorem.
A wieczorem, jakby tego wszystkiego było mało, wyciągnął mnie do opery. Tam przynajmnije odpocząłem drzemiąc,
Nie wiem, skad brała się u niego ta niesamowita ciekawość wszystkiego ? Spraw wielkich i błachych, chociaż dla Jerzego nie istniały te drugie, wszystko, i każdy, wart był czasu, by się przy nim zatrzymać, a czasami i nawet pochylić.
Na wystawie da Vinci okazało się, że jak i wielkiemu Leonardowi, także Jerzemu nie obce są sprawy techniki. Pamiętam, jak tłumaczył mi sposób działania jednego z wymyślonych przez Mistrza, ale ledwie zaznaczonego na rysunku, wozu bojowego.
Ale aparatu video nie potarfił zaprogrmować.. Naturalnie Jerzy, nie da Vinci. Ten pewnie nie miałby z tym problemów. Tym więc się trochę, chociaz nieznacznie, różnili.

 

Pies..

Mogły dla niego nie istnieć, liczyły się tylko koty. Szczególnie, i z wzajemnością,. Nie cierpiał szczególnie jednego, jeżeli o Jerzym można powiedzieć, iż czegoś, czy kogoś, nie cierpiał.
Był to pies nieokreśśślonej rasy, zawsze czekający, jakby znał rozkład zajęć Jerzego, gdzieś w okolicach Barbakanu, od strony Bramy Floriańskiej.
Pewnie, jak Ryszard Filipski przestał nagle pić, i teraz wyżywa się na mnie - żartował, ale drogi na Akademię nie zmienił. Fascynowało go, czy ten wściekły, ale tylko na Jerzego, pies będzie na niego czekał ?
Pewnego popołudnia smutny Jerzy zatelefonował do mnie : psa nie było, nazajutrz także. Przyjechałem z Warszawy do Krakowa i poszliśmy znanym sobie szlakiem, cały czas jakby towarzyszył nam bezimienny pies, symbol wierności, ale i upierdliwości. Życzyłbym, nie tylko sobie, mieć takie problemy.
Później jeszcze wiele razy pytalem Jerzego, czy pies się nie pojawił. Zauważałem smutek w oczach Jurka, jak tylko smutny może być człowiek, tracący coś cennego.

 

Jerzy a sprawa makatek.

Nienawidził ich, jak wszystkiego, co miało związek z tak zwaną sztuką ludową. Naturalnie, był Jerzy za dobrze wychowany, by podobne poglądy wygłaszać na głos, ale wszystko, co nie wiązało się z czystą sztuką, pachniało mu trochę kiczem.
Chociaż czysty kicz uwielbiał, mógł godzinami na jego temat rozprawiać, coraz częściej łapał się ( do momentu pojawienia się Pawła Głowackiego) że nie ma z kim.
Im był starszy, tym mniej interesowały go znajomości zawarte w młodości. Cenił je sobie szczgólnie, ale chętniej spotykał się z młodymi.
Nie tylko kobietami. Całkiem słusznie uważał, iż młodość niesie z sobą otwartość, wiarę na nlepsze czasy, od młodych ludzi można się czegoś w miarę ciekawego dowiedziec, a nie ciągłe wracanie do roku 56 czy 69. Lub, o zgrozo, do lat wcześniejszych.
Niestety nagle Kraków jakby przestał produkować młodych ludzi - którzy dla Jerzego coś znaczyli - i w zasadzie Paweł nagle stał się, może nie jedynym, ale napewno najcenniejszym, co Jerzego z młodością łączyło.
Poza ty mieli podobne polądy na teatr, sztukę, życie, zamiłownie do kieliszków szczerej rozmowy, W końcu trafił na człowieka, jakich kochał. Bezinteresownie.
Wracając do makatek, to kiedyś tam, lekko rozochoceni słońcem, bimberm i wolnością, którą może dać tylko wieś, pod różnymi pretekstami wdzieraliśmy się do chałup pewnej podgdowskiej wsi, by roztrzygnąć konkurs na najbardziej zwariowaną makatkę w okolicy.
Nagroda była tylko jedna, wieczorna libacja dla jurorów, pod czujnym okiem Lidii, by wzystko miało swój kres, o którym tak często zapominaliśmy.

 

Jak wysiąść z tramwaju ? Pytanie retoryczne.

Zadał mi je, kiedy już prawie tramwajami przestał jeździć,. z prostej przyczyny, iż strasznie trudno było mu zejść z ich wysokich schodów. Niektóre, stare tramwajowe wozy w Krakowie jeszcze je posiadają.
Kilka razy zdarzyło mu się wyfrunąć z tramwaju jak malowany ptak, więc naturalnym ratunkiem i pomocą dla Jerzego stało się Radio-Taxi, proszę czekac..
Nie mówił tego głośno, ale instytucja ta była jedną z niewielu zmian ustrojowych, które odczuł - pozytywnie - na własnej skórze.
Nie wyobrażam sobie dalszej egzystencji Jerzego bez taksówek, i samochodu który wkrótce wraz z Aliną nabyli (pewnie samochód ten w jakis tam sposób przedłużył Jerzemu życie, będąc nieocenionym śrokiem komunikacji pomiędzy Jerzym a szpitalami).
Wracając do tramwajów, były jednym, wielkim utrapieniem Jerzego. Należało przecież pamiętać o bilecie, ale by go skasować należało trafić nim do maleńkiej szparki w piekielnym aparacie nie podlegającemu żadnym refomom..
Większość życia spędził w okolicy jakby ulicy 18 stycznia, teraz znowu Królewskiej, na wysokości Czarnowiejskiej, więc te trzy przystanki do miasta ( jakby mieszkał na wsi) były, do pewnego momentu,udręką gorszą niż pijaczkowie pytający ciągle o zdrowie, lub proszący o wsparcie alkoholowe.
Po drugie, jeżeli można tak powiedzieć, Jerzy do tramwaju nie pasował. Wyglądał w nim jakby pomylił pomieszczenia, w którym przez pomyłkę ( o złośliwość nikogo nie posądzał), któs tam wskazał mu niewłasciwe drzwi.
Drugim upiorem było ( przed zmianą tak zwanego ustroju kraju) czekanie na postoju taksówek. Ile czasu, i zdrowia, człowiek zmarnował przyklejony do słupa z napisem „ Postój taksówek ”, a później przeważnie wydany na niełaskę pana kierowcy, króla życia i śmierci.
Aż nagle, jak za dotknięceim czarodziejskiej rózdżki i tramwaje stały się przyjazne ( szczególnie, kiedy przestało się z ich usług korzystać ) i taksówkarze nagle jakże mili.
Konkurencja potrafi nauczyć wszystkiego, a najbardziej pokory. Na szczeście w czystej, czy też prawdziwej, sztuce konkurencja nie istnieje, więc dlatego Jerzy przez całe swoje życie był taki spokojny.Pewnie przez przypadek w tramwaju właśnie, spostrzegłem kiedyś Lidię i Jerzego patrzących na siebie i trzymających się za ręce jak zakochani nastolatkowie.
Chociaż mieszkałem wtedy obok nich, nie wysiadłem na „ naszym ” przystanku. Nie chciałem płoszyć im tej wspaniałej chwili, kiedy zmęczeni dniem codziennym wracali do siebie, nareszcie sami, domu, w którym czekały koty, praca. kilka jajek na weekend, oraz przeczucie, iż wszystko - prznajmniej u nich będzie trwać wiecznie. I trwało, czymże jest przecież wieczność, jak nie chwilą właśnie ?

 

Aparat wykonawczy teatru.

Bezprzecznie był domeną Lidii. To ona użerała się z krawcami, maszynistami, paniami, które niby to miały pomagać jej w zdobywaniu metariałów, z których szyto kostiumy. I cała resztą teatralnej machiny.
Jerzy był od celów wyższych, naturalnie bywał w pracowniach krawieckich, ale by tylko „ rzucić ” okiem, coś tam doradzić, czy poprawić.
Codzienną, teatralną robotę brała na siebie Lidia. Nie wiem, jak wygladały początki ch wspólnej pracy nad jakimś konkretnym projektem, ale podejrzewam, iż Jerzy był od wymyślania ogólnej koncepcji projektu scenograficznego, a Lidia od wcielania go w życie, projektowanie kostiumów i tak dalej.
Przecież Lidia nie mogła dopuścić do sytuacji, by Jerzy pojechał z nią pod Bolesławiec do jakiejś fabryki materiałów, kiedy nazajutrz w kinie Mikro o godzinie czternastej przewidziany był jedyny pokaz niemego filmu...
Może trochę przesadzam, ale mniej więcej tak się to odbywało, chociaż poza jednym filmem ( Wspólny pokój według prozy Uniłowskiego) zawsze pracowali razem.
To coś niesamowitego, kiedy w czasach artystycznego rozpasania i indywidualności spłodzili jaką indywidualność, i do tego podwójną, ale jakże jednorodną i akceptowaną przez wszystkich, z którymi współpracowali.
I chociaż Ldia podpisywała się na pracach swoim panieńskim nazwiskiem Minticz wszyscy wiedzieli, kto konkretną pracę wykonał, była to jedna osoba : państwo Skarżyńscy.

 

Sny.

Bardzo rzadko o nich z Jerzym rozmawiałem, chociaż, wiem, że bardzo go dręczyły. W ogóle Jerzy niechętnie rozmawiał o swoich sprawach, w zamian pytał powiedz lepiej, co słychać u ciebie ?
Czasami jednak, nagle zaczynał opowiadać : o dręczących go snach, problemach domowych, uczelnianych, niepowodzeniach z kobietami, ( jakby z nimi można było chociaż raz wygrać ) o obrazie, którego temat tak po prostu zapomniał, kładł się spać mając w głowie obraz już prawie gotowy, a tutaj nagle po przebudzeniu czarna dziura.
Jak nagle i niespodziewanie zaczynał opowiadać, tak równie nagle kończył, może bał się że mnie zanudza ?, może nie za bardzo chciał słyszeć wypowiedziane na głos ( do tego przez siebie ), coś co go dręczyło ?
Nie wiem, jedno jest pewne, nie było mu łatwo wytrzymać z samym sobą, ale to przeciez triuzm, komu łatwo, lecz znając chociaż trochę Jerzego musimy zdawać sobie sprawę, jak sam siebie bardzo męczył.
Zresztą te sny są obecne w jego rysunkach, mniej na obrazach, ale jak je zmierzyć ? I czym ? I po co ?
Samo życie jest jak sen, a do tego, jak sam kiedyś powiedział Absuredm niekoniecznie logicznym, stąd ten tytuł.

 

Wycieczki statkiem po Wiśle.

Nie odbyliśmy ani jednej.

 

Człowiek jakby na pół przecięty.

Spotkaliśmy kiedyś takiego. Był wysoki, przystojny, płci nieokreślonej, w jednej ręce trzymal brzytwę, w drugiej cukierka. Co chcecie chłopcy ? zapytał dobro wskazał cukierka, czy zło brzytwa zamieniał się w ptaka, który odfrunął. W życiu nie można być niczego pewien powiedział po chwili smutnym głosem posiadam brzytwę, która okazała się ptakiem, czy dużo jeszcze tego rodzaju niespodzianek czeka mnie w życiu ?
Nie odpowiedzieliśmy, weszliśmy do Krzysztoforów, usiedli przy stoliku zarezerwowanym dla Grupy Krakowskiej, Jerzy poprosił o kieliszek wina.
W drugim końcu sali Kantor ćwiczył Janickich przed kolejnym spektaklem teratrzyku Ciricotu 2.
Zastanawiałem się przez chwilę, co, lub kto, jest bardziej absurdalny, spotkany przed chwilą pół - człowiek, czy Janiccy podniesieni do potęgi drugiej.
Nie znam odpowiedzi do dzisiaj, wtedy Jerzy także jej nie znał..
Kiedy w pół godziny później wyszliśy znowu na ulicę Szcepańską panował na niej zupełnie inny nastrój, fatamorgana zamieniła się? miejscami z rzeczywistością, milicja, UB oraz bandy robotniczych towarzyszy goniły za studentami.
Od razu zrobiło się miło, spokojnie i swojsko, więc bez wahania skierowaliśmy swoje kroki w stronę pobliskich Trzech Rybek.
Nic tak nie leczy duszy jak rzeczywistość dla niuecodziennego. My pojaliśmy a za brudnymi oknami działa się jakaś tam historia.

 

O nauczaniu początkowym.

Większości nauczanie poczatkowe kojarzy się z sexsem. W przypadku Jurka i moim tym tematem była śmierć.
Brzmi to może trochę absurdalnie, ale jednak jest prawdą. Zaraz na początku naszej znajomości - chociaż, naturalnie, nie przez nią sprowokowany - pojawił się w moim życiu...poblem śmierci. Po prostu budziłem się w środku nocy przerażony, myślałem, że już nie żyję, gorączkowo, ale i z przerażniem odsuwałem grube kotary...by sprawdzić, czy, jak nie świat, to może przynajmniej ja jeszcze istnieję. Typowe młodzieńcze strachy na lachy, ale nie potrafiłem sobie z nimi poradzi?…
Poprosiłem Jerzego o pomoc. Ten chwilę się namyślił, zaprosił do knajpy, i zaczął opowiada?. Kuracja trwała ze trzy dni, ale widać była na tyle skuteczna, ponieważ do dzisiaj nie mam podobnych problemów, nie zakradam się dramatycznie do okna, by sprawdzić czy świat jeszcze istnieje, a tak zwane problemy egzystencjonalne minęły u mnie jak ręką odjął.
Niestety, nie pamiętam dzisiaj o czym Jerzy opowiadał, pewnie musiał z głębi własnej duszy wydobyć kilka demonów, które dręczyły i jego, okiełznaććć je i utemperować..
Później śmierć ciągle się o nas ocierała, ale w pewien sposób byliśmy na nią przygotowani ? odporni ? wisiała nam ?
Nie wiem, ale jakby nie docierała do nas ( poza naturalnymi, lub nie, przypadkami odchodzenia znajomych, w tym i Lidii), chociaż może były to tylko pozory (?) a szczelnie zasłonięte okno, które tak prześladowało mnie w młodości, istniało ( lub isnieje ) czały czas, my tylko jakby przesunęliśmy jej istnienie jakby o kilka cali. Ale w którym kierunku ?
Przez te ponad trzydzieści lat odeszło wielu bliskich przyjaciól Jerzego, ale tylko chyba śmierć Lidii powaliła go z kolan. W tym konkretnym przypadku zawalił się jednak cały jego świat.
Kiedy o tym przykrym zdarzeniu, jakim pewnie jest śmierć rozmawialiśmy, mówił mam ją w dupie, i tobie radzę to samo, nie ma czym się przejmować nie, ponieważ jesteśmy wieczni, ale by nie pokazać jej że także sami się boimy.
Wiele, razy, nawet o kilka za dużo, wychodził jej naprzeciw, lekce sobie warząc zalecenia lekarzy, ale do czasu. A wtedy prawdopodobnie było już o wiele za późno.
Pamięęetam dokładnie dzień, kiedy po Krakowie rozeszła się wiadomość o śmierci Konrada Swinarskigo. Zginął w katastrofie samolotowej. W Teatrze Starym roztrzęsiony Gawlik prawie ze z płaczem wysłuchiwał się w sławny monolog Treli w Dziadach.
Kraków stał się jeszcze bardziej smutniejszy, ale Jerzy jak zwykle stał przy barze, popijł swój płyn i pewnie udawał, że nic się nie stało Bo coż do cholery się stało ? Zginął wybitny człowieki i przyjaciel. Zdarza się..
Dzisiaj rozumiem go doskonale, a cóź do cholery mógł zrobić ? Rzucić się z mostu Dębnickiego do Wisły, wytyczyć nową, wschodnią granicę Polski ?
Napiliśmy się trochę, wrócił do domu...i zaczął dalej pracować nad wspólnymi z Kondradem projektami do Hamleta, który już nigdy nie miał wyjść na scenę.
Jednak im Jerzy był straszy, jego stosunek do śmierci pewnie się zmieniał. Po pierwsze, coraz rzadziej chciał o niej rozmawiać, jakby udawł, że temat ten nagle przestał go interesować.
Po drugie na sprawy sztuki i śmierci, łączące się przeważnie w jedno, zaczął reagować impulsywnie, bardziej dbał o siebie, mysleć o tym, zrobił się o wiele bardziej egocentryczny jakim był w przeszłości.
Ale to zrozumiałe, śmierć zaczęła otaczać go ze wszystkich stron, i pewnie zdawał sobie coraz boleśniej sprawę, iż tym razem MOŻE się jej nie wymknąć…
Bezpośrednich aluzji co do siebie nie robił nigdy. Oficjalnie był zdrowy jak ryba ( przynajmniej po tamtej stronie Krakowa), na lekarzy patrzył z góry, nalegał z ich strony na całkowite podporządkownie ich czasu jemu, było dla niego nie do pomyślenia, iż należy chwilę odczekać w kolejce do lekarza, robił się coraz bardziej w pewnym sensie apodyktyczny, chociaż w Dymie, Piwnicy czy Zwisie dalej był tym samym, ujmującym i szarmackim panem profesorem pochylonym - nie tyle nad kieliszkiem - co nierozwiązalnością spraw, nie tylko tego świata.
Ale czuł, że odchodzi, iż kotary przez które ponad trzydzieści lat wcześniej nie mogłem spać, otaczają go coraz bardziej, i coraz ciaśniej.
Nikł w oczach, stwał się mniejszy i mniejszy, ale nigdy duchem, aż do smyblolicznego orła z czasów romantycznych rzeźb niemieckich, w którego - przynajmniej dla mnie - przemienił się na około miesiąc przed śmiercią..

 

Jastarnia.

Uwielbiał morze, piasek, pływanie. Bywali często w Jastarni, aż do czasu, kiedy nie obrośli w koty.
Nad morzem także, w pobliskich Chałupach spędził najsmutniejsze - jak sam twierdzi - wakacje swojego życia.
Lidia nie żyła już od kilku lat, Alina była w USA, a ja z córką w Zakopanem. Do tego brak chociażby cienia słońca, trzytygodniowy deszcz a ze znajomych jednie warszawski błazen, czyli Mieczysław Jahoda. Wytrzymał ze trzy tygodnie i uciekł do dusznego, nudnego, pustawego, ale jak ukochanego Krakowa, gdzie nawet pijane wróble są milsze od kamiennego piasku, czy morskich horyzontów, których nota bene nawet nie wida?.

 

Pięć i pół bladego Józka.

Bardzo lubił ten, jakże surrealistycznu tytuł scenariusza do filmu, napisanego przez Wiesława Dymnego. Samego filmu już o wiele mniej, i słusznie.
Zresztą do tytułów ( jak i ja ) przywiązywał szaloną uwagę, świadczą o tym chociażby podpisy pod jego obrazami.
Wiele razy zżymał się, gdy ciekawy skądinąd film, czy ksiązka, tytułami swoim wprost odpychały od obejrzenia go, czy przeczytania.
Nie rozumiał, jak człowiek zdolny do napisania czegoś ciekawego potyka się o tytuł.
Bawiliśmy się zresztą nimi, jak długo można rozmawiać o kobietach ? I co powiedzieć nowego ? Wymyślaliśmy nowe tytuły do klasycznych już dzieł świata sztuki. Zresztą , nasz wspólnie spędzany czas, bardziej obracał się w stronę żartu, czy zabawy, niż powagi.
Kiedy go poznałem miał lat około 45, ale zachowywał się jakby miał ze dwadzieścia mniej. Z jednej strony światowa sława, z drugiej uciekinier z przedszkola.
I za to go kocham mówiła Lidia i zamawiała dwa lizaki. Teraz już w płynie. Do końca swoich dni pozostała w nim niedająca się wytłumaczyć ciekawość nie tylko świata, życia, ale dosłownie każdej jego chwili.
Ostatni razem rozmawiałem z nim przez telefon 15 listopada 2003 roku. Opowiadał mi o wycieczce do Egiptu, z której właśnie wrócił, ale, że nie chciał przeciągać rozmowy umówiliśmy się na 3 grudnia u niego w domu.
Zjawiałem się, ale Jerzy zanikał. Był, ale jakby go już nie było.
Wracając do tytułu, to wydaje mi się, że tak szaloną wage przywiązywał do niego pod wpływem surealizmu, którego był gorącym zwolennikiem.
Podobnie w życiu tytuł był najważniejszy, nie profesorski czy doktorski, ale tytuł do przyjaźnienia się, czy też znajomości, z nim. I w każdym przypadku był inny.

 

Adam Pawlikowski.

Przyjaciel Jerzego, o którym przez wszystkie lata po jego tragicznej śmierci nie mógł zapomnieć. Może nie ciągle, ale często do niego wracał, jeżeli naturalnie, rozmówca wiedział kim Adam Pawlikowski był.
Nie lubiał tłumaczyć : samorodny talent, naturszczyk, ale grał, i to jak ! w wielu filmach, w latach pięćdziesiątych jeden z pierwszych, którzy po Warszawie poruszali się rowerem.
O jego chorobie, prawdopodobnym donosicielstwie i w końcu samobójstwie Jerzy nie za bardzo chciał opowiadać, ale za to chętniej o pana Adama nie zapowiadanych nigdy wizytach u nich w domu, za każdym razem z inną panienką. To ich także łączyło, uwielbienie przez niby to przeciwieństwa charakteru.
Wszystkie Jerzego opowieści ( nie tylko o Adamie Pawlikowskim zresztą ) powinny zostać nagrane, dzisiaj, niestety, są nie do odtworzenia, brakuje szczegółów, detali, które Jerzy tak świetnie pamięta i dosłownie dozował, jak kropelki lekarstwa.
Za to wiele razy prosił mnie, bym po raz kolejny opowiedział dwie odnoszące się do Pawlikowskiego anegdoty, które przez przypadek znałem i pamiętałem, i za każdym razem Jerzy śmiał się z nich, jak słyszał je po raz pierwszy.
W zamian opowiadał jak to w nocy Adam P. obudził Jerzego śpiącego we własnym łóżku i poprosił go, by pomógł mu z tymi krótkimi, i niebezpiecznymi nóżkami, które bez przerwy ściskają go i pewnie próbują wycisnąc życie – zrobić.
Tak przeplatał się jego czas. Od sztuki po nóżki, od Snu Srebnego Salomei do Lidii Zamkow w przypływie rozpaczy namawiającej go, by zagrał z nią w karty, chociaż Jerzy nigdy w życiu kart do gry nie miał w ręku, od uśmiechniętego Treli po wiecznie wkurwionego aktora Smelę, od PZPR po związkowca Danielaka, od dnia, w którym po raz pierwszy wziął ołówek do ręki, aż po chwilę, w której ów ołówek odłożył na zawsze.
Wracając do Pawlikowskiego, jedna z anegdot, o opowiedzenia której Jerzy tak często mnie prosił brzmi : ktoś tam pyta pana Pawlikowskiego, czy on z Tych Pawlikowskich, na co odpowiedź brzmi : nie za dokładnie pamiętam, ale jestem pewien, iż przed wojną, kiedy w domu było zimno matka do kominka dorzucała chłopów pańszczyźnianych.
Tak się wszystko w Polsce kręci, tylko tych chłopów, niekoniecznie pańszczyźnia-nych, jakby ciągle za dużo.
Jerzy nie często wracał we wspomnieniach do czasów, jak to się mówi : minionych, żył dniem teraźniejszym i w pewnym stopniu jutrzejszym, uważając ciągłe wspomi-nanie przeszłości jako rodzaju nieuleczalnej choroby.
Do przeszłości wracał wyłącznie w anegdotach, albo kiedy musiał to zrobić, ponieważ wiązało się to z jego życiem. Ale posługiwał się wspomnieniami wyłącznie jak prostym środkiem wyrazu, czy komunikacji, niechętnie i pod przymusem.

 

Zegarek.

Jeden z głównych problemów Jerzego polegał na czasie, czyli ciągle mu go brako-wało. W jakiś tam sposób zawsze był spóźniony, chociaż na każde umówione spotkanie przychodził punktualnie, chyba że o nim...zapomniał, co na szczęście zdarzało się bardzo rzadko.
Jedyny raz spóźnił się na własny wernisaż, ale w jakimś tam stopniu usprawiedliwia go śmierć Lidii, która miała miejsce kilka miesięcy wcześniej.
Jerzy po prostu stracił poczucie czasu, na szczęście któryś z organizatorów wystawy zatelefonował do Jerzego do domu i ten natychmiast pojawił się, trochę nieobecny, zamazany, jakby niedowierzający, że Lidia nie przypilnowała go i naraziła przyjaciół na czekanie, a winu na stygnięcie.
Jednak największy problem z czasem miał Jerzy w kinie, po prostu nie wiedział, która jest godzina, czy już musi wyjść by nie spóźnić się na inny film, do knajpy, na wykłady, czy tylko on wiedział dokąd.
W końcu podarowałem mu elektroniczny zegarek z podświetlanym ekranem, przez co był już o wiele spokojniejszy, ponieważ nagle miał już pełną kontrolę nad...? No właśnie, nad czym ? Pewnie nad samym sobą.
Poza tym do czasu nie przywiązywał – i słusznie – żadnej wagi, chociaż jak każdy z nas coraz bardziej odczuwał działanie jego skutków, czyli, nie można powiedzieć, że mniej się chciało, w niektórych sprawach to bywało wprost przeciwnie, ale jakby w pewnym momencie przestał już z nim walczyć, co nie znaczy, iż się poddał.
Zaprzestanie walki polegało między innymi na coraz mniejszym angażowaniu się w życie, bywał, ale jakby z boku, chociaż z drugiej strony widać było, że w dalszym ciągu pragnie być w samym jego środku, a czasami nawet zbyt bardzo.
Ale to nie był już ten sam Jerzy, Jerzy, który nie potrzebował zegarka by wiedzieć, która jest godzina, minuta, nie wspominając już ani słowa o sekundzie.
Kiedyś powiedział do mnie : zegarek, a w doskonalszym rozumieniu, czas jest najprzykszejszym i najbardziej przewrotnym pomysłem Tego, lub Tych, którzy to wszystko wymyślili, przecież wiadomo, że w końcowym rozrachunku wszędzie zdążymy. Ale w jego przypadku zdążyć wszędzie z lat osiemdziesiątych, czy wcze-śniejszych, nie było już niestety zdążyć wszędzie jak to się mówi górnolotnie i zupełnie bez sensu późnej, czy wczesnej starości.
Po drugie z ust Jerzego nigdy nie padło stwierdzenie jestem stary, nigdy nim nie był, to prawda, chociaż, może, kiedy popatrzy się na datę jego urodzenia pewnie był.
Nigdy jednak tak o sobie nie myślał, jego przyjaciele, rówieśnicy, nawet o wiele młodsi znajomi byli starcami, on nie. I może dzięki temu jakże prostemu przekonaniu Był młody. Prawie pod każdym względem, a już na pewno intelektualnym i otwarto-ści na świat i życie. Na to ostatnie był nawet zachłanny.
Uwielbiał chwile, które niestety zdarzały się bardzo rzadko, kiedy nic nie musiał. Przesiadywaliśmy wtedy godzinami w jakiejś knajpie, czy barze, ludzie obok przelewali z próżnego w próżne, rozmawialiśmy, obserwowali ludzi, przyglądali się panienkom.
Czas stał w miejscu, aż do momentu w którym Jerzy podrywał się z krzesła mówiąc : Boże, ile roboty czeka na mnie w domu, pewnie samodyscyplina i poczucie obo-wiązku rysowania czy malowania, jak i zwyczajne wyrzuty sumienia, rozkazywały mu wracać do domu, robił to chociaż niechętnie, zaglądając „ niby po drodze ” w jeszcze kilka miejsc, jakby bojąc się, że coś nadzwyczajnego lub nieprawdopodobne-go ominie go, a nazajutrz kiedy się o tym dowie, będzie żałował.
Posiadał własne poczucie czasu, w nim się skrywał, bywał tam niczym nieskrępo-wany i swobodny, i wtedy normalne było robienie o dziesiątej rano rzeczy, które w „ normalnym czasie ” jeżeli taki istnieje, uchodziły za naganne.
Nie interesowało go to, posiadał własne poczucie sprawiedliwości, nawet w stosunku do siebie, wszyscy, nawet najwięksi nieudacznicy byli – w jego ocenie – jednostkami wybitnymi, no, może czasami tylko godnymi zainteresowania. Czasami zainteresowanie to przynosiłi opłakane dla Jerzego skutki, ale to temat na inne opowiadanie.
Nigdy nie żył z zegarkiem ( ani portfelem ) w ręku, chociaż strasznie był od czasu uzależniony. I pewnie jest nadal.

 

Hamlet jako Wysocki, Wysocki jako Hamlet. Kto zna prawdę ? Jeżeli taka w ogóle istnieje.

Kiedyś przyjechał do mnie do Warszawy i w przypływie szaleństwa – jak i cieka-wości – zdecydowaliśmy pójść na przedstawienie Hamleta, w którym w tytułowego bohatera miał się wcielić Włodzimierz Wysocki.
Miał jest w tym wypadku bardzo konkretnym określeniem, ponieważ po niesamo-witych kłopotach z załatwieniem biletów na spektakl, ponieważ cała warszawka chciała na nim być, rozpoczęło się oczekiwanie.
Jak głosił oficjalny komunikat pan Włodzimierz był chory i nie było wiadomo kiedy konkretnie przyjedzie. Nieoficjalnie wszyscy wiedzieli, że skacowany po prostu boi się, albo fizycznie nie może wsiąść do samolotu.
Rozpoczął się horror, ponieważ my także postanowiliśmy czymś zatruć się jak Wysocki, a z drugiej strony nie chcieliśmy przegapić spektaklu, więc zaczęły się nerwowe telefony, z różnych miejsc stolicy do teatru czy już.
Kiedy po kilku dniach to już nastąpiło staliśmy się świadkami jednego z najgor-szych spektakli, które było nam dane oglądać. Pomijając już fakt, że dla Polaka Hamlet po rosyjsku brzmi trochę, jakby powiedzieć : dziwnie, nierealnie, prowokują-co, to jeszcze scenograf trochę przesadził zawieszając scenę jakimiś workami, na której „ chory ” Wysocki robił wszystko, tylko nie grał, zupełnie go to nie intereso-wało.
Po spektaklu cudem złapaliśmy taksówkę i w Spatifie bez słowa skierowaliśmy się do baru. Należało jak najszybciej zmyć z siebie brud i nieczystości tego spektaklu, jak i „ rozkosz ” kilkudniowego czekania na nic.
Nigdy później do tego spektaklu nie wracaliśmy, chociaż byłem pewien, że Jerzy pamięta go dokładnie jak ja. Zbyt długie czekanie czasami nie wychodzi sztuce na dobre.

 

Wspomnienia dnia poprzedniego.

Czasami zdarzało się, że Jerzy pytał mnie : przypomnim mi jak się rozstaliśmy. Kiedy tylko przywoływałem z porwanej pamięci jakiś szczegół z ostatnich, wspólnie spędzonych chwil, Jerzy czepiał się go jak rozbitek tratwy.
W końcu był w domu, wszystko wracało na swoje miejsce, poukładane jak ślepa amunicja w wojsku, chociaż kilkugodzinna luka w pamięci mogła niepokoić.
Ale czymże jest klin jak nie antybiotykiem na pamięć ? Raz, dwa i znowu człowiek jest sobą, chociaż nigdy nie wiadomo na jak długo.
Jak już pisałem Jerzy nigdy, nawet po najbardziej przebalowanej nocy nie wycho-dził z domu nieogolony, niestarannie ubrany, tak, że szalenie trudno było po nim poznać, iż wczoraj miał w jego przypadku miejsce jakiś szczególny przypadek amnezji.
Był jednym z niewielu znanych mi ludzi zaglądających do kieliszka, który nie miał problemów z kacem. Przykry ten problem dla niego jakby nie istniał.
Co prawda czasami ciężko było mu podnieść pierwszy kieliszek, ale nikt z nas nie zwracał na to uwagi. Drżenie ręki już od lat taj nierozerwalnie związane było z Jerzym, iż wszyscy się już do tego przyzwyczaili. Pewnie najmniej on sam.
Pojawiał się w knajpach niespodziewanie, po prostu już i był. I tyle. Bywało, iż nie widzieliśmy się latami, a kiedy spotkaliśmy się znowu miałem wrażenie jakbyśmy rozstali się wczoraj w nocy.
Nie istniała żadna przerwana więź, czy luka w czasie. Znowu staliśmy w okropnym Zwisie otoczeni przez alkoholowe hieny, i wszystko było na swoim miejscu.
Czasami tylko wyjątkowa upierdliwość którejś z hien zmuszała nas do zmiany miejsca zakotwiczenia, ale nie był to żaden problem. Kraków, szczególnie jego centrum w obrębie plant działa jak odkurzacz. Wchodzisz w nie w roku 1967, wychodzisz w pierwszej dekadzie wieku XXI. I nic się nie zmienia, no, może poza ubraniami, chamieniu społeczeństwa, ale tak zwane pryncypia pozostają te same, jak mawiał pewien profesor UJ przysiadający się do nas w przerwach pomiędzy wykła-dami i narzekający na coraz niższy poziom umysłowy swoich studentów.
Któregoś południa Jerzy wyraźnie poirytowany, co mu się w ogólne nie zdarzało stwierdził : mówisz to już od 25 lat, czyli wynika, iż poziom polonistyki na UJ osiągnął dno. Pan profesor się obruszył : startowaliśmy z bardzo wysokiego pułapu, więc jeszcze przez wiele lat będzie z czego odpuszczać.
Roześmialiśmy się, więc renoma szacownej uczelni została na jakiś czas uratowana, przynajmniej w Zwisie.
Nigdy, ale to nigdy przez te wszystkie lata nie zatelefonował do mnie nazajutrz po przepitej nocy i nie zapytał, jak się czuję. Tego samego wymagał od mnie, pić mogliśmy, nawet powinniśmy wspólnie, trzeźwieć w samotności.
Było to coś niesamowitego, przynajmniej dla kogoś, kto nie znał go dobrze, to pozorne nie interesowanie się zmarnowanym przyjacielem.
Ale miało to głębszy sens, ponieważ każdy z nas dochodził do siebie powiedzmy trywialnie : indywidualnie i czasami każda nieuzasadniona ingerencja z zewnątrz poltrafiła bardziej zaszkodzić niż pomóc.
A kiedy w końcu znowu spotkaliśmy się na mieście, był jak do rany przyłóż, cienia zawiści, niechęci za wczorajsze wygłupy, czy zazdrość o poderwaną panienkę. Nic z tych rzeczy, był ponad to wszystko, tylko czasami w sposób może trochę złośliwy, ale przełożony na rodzaj szyderczego humoru skomentował, co wczoraj miało miejsce. Siebie także nie oszczedzał, niby dlaczego ?

 

Po co nam bilet ?

Często o to pytał, ponieważ nie cierpiał biletów, zaproszeń, kwitów z pralni, czty banknotów Narodowego Banku. Wszystko to sklejało mu się w jeden nierozerwalny kołtun, z którego tylko dzięki wyjątkowej zdolności manipulacyjnej palców, czasami udawało mu się wysupłać sumę odpowiadającą wysokości rachunku.
Do kin, teatrów, knajp po prostu wchodził. I już. Wszyscy portierzy, bileterzy, konduktorzy, szatniarze znali go doskonale, więc przeważnie nie obarczali duperela-mi w rodzaju numerku w szatni za trencz, czy zaproszeniem na rosyjski film animo-wany.
Nic nie gubił, ale odnosiło się wrażenie, ze zawsze czegoś szuka. Pewna nerwowość brała się z ustawicznego poszukiwania papierosów i zapalniczek. Miał w zwyczaju palić papierosy z kilku paczek jednocześnie otwartych, więc naturalne było rozgląda-nie się za nimi, lub też wyławianie ich z kieszeni marynarki, która jak wiadomo posiada ich kilka.
Poza tym ten ustawiczny brak czasu. Patrząc na Jerzego z boku, wydawało się, że nigdzie mu się nie spieszy, nie ma powodu, wykład na ASP dopiero za dziesięć minut, próba w teatrze za godzinę, a film w kinie Mikro właśnie się rozpoczyna, ale pewnie sam miał odczucie, że marnuje czas, tyle ma przecież do namalowania i narysowania, a on bezczynnie siedzi w Dymie.
Ale to także kochał ( ja nazywam taki stan twórczym nudzeniem się ) więc\ pewnie całe życie był rozdarty. Pomiędzy tym co wzniosłe, tym co potrzebne, a między banałem w końcu, chociaż przeważnie właśnie ten banał okazywał się najbardziej sprawdzalny, ponieważ na samym sobie.
Po drugie uwielbiał bywać, przemieszczać się, czuć się obecnym. Wpadł do domu na dwadzieścia minut, przełykał pół kanapki i znowu radio-taxi, chociaż logiczniej-sze byłoby pozostanie w mieście, zjedzenie precla, czy chwila odpoczynku w czytelni. Ale nie, Jerzy musiał być w ciągłym ruchu, czasami pozornym, i jest.

 

Na krańcu siebie.

Każdy zawsze znajdzie się kiedyś na krańcu siebie – z takich, czy innych, powodów – ale nie lubi o tym mówić.W przypadku Jerzego było akurat odwrotnie. Mówił, ale nie był. Paradoks ? Pewnie tak. Nie za dużo było w nim paradoksów, ale ten był dla mnie zadziwiający. Polegał na jakby wymyślaniu sytuacji w życiu, z których – swoim zdaniem – nie miał już wyjścia. Nikt o tym jego swoistym hobby raczej nie wiedział.
Siedzieliśmy w knajpie, przecież nie na plaży, czy w synagodze, i nagle Jerzy zaczynał opowiadać o obrazie, który właśnie rozpoczął malować, a który jego zdaniem nie pozwoli mu na dalsze istnienie.
Mówiąc ten truizm patrzył na mnie i się śmiał. Bardzo chciał, bym potraktował to jako żart, ale wiedziałem, że to szczera prawda. Innym razem patrząc na rozbierającą się w sklepie kobietę, chcącą przymierzyć, dajmy na to stanik stwierdzał katygorycz-nie : we wczorajszym śnie wymyśliłem ją, jest identyczna. Podchodził do takiej kobiety, dotykał jej a ta znikała
Potrafił zmieniać zakończenie filmów, charakter postaci w książkach, czyjś wygląd. Ale, jak to przeważnie bywa, nie potrafił zmienić siebie, swojego stosunku do życia. Może, gdyby to uczynił, żyłby dłużej, ale pewnie nie chciał. Pewnie, akurat w tym jednym momencie, nie potrafił odwrócić zakończenia.
Dzisiaj, kiedy o tym myślę, przychodzi mi do głowy tylko jedna prawda : Jerzy chciał sprawdzić, jak jest po drugiej stronie, chciał tam chwilę pobyć, wrócić i opowiedzieć nam jak tam jest.
Jednak tym razem przeliczył się. Będąc na krańcu siebie nie należało żartować z tak prostej wydawałoby się sprawy, jak sens, chociaż ten jak wiadomo bywa różnoraki. I Jerzy dobrze wiedział, z kim pogrywa.
Czasami widywał go siedzącego przy barze, czasami przybierała postać Aliny, ale najczęściej nachodził go w nocy i podczas snu.
Znowu miałem do czynienia z demonem mówił cichym głosem lecz i tym razem stłamsiłem go, ale nie wiem na jak dług
Niestety, demon pojawiał się coraz częściej, aż do momentu, kiedy zagościł w Jerzym na stałe, wyssał z niego soki życia i stało się...
Zamienili się miejscami. Przynajmniej teraz Jerzy ma z nim spokój.

 

Po drugiej stronie samego siebie.

Miał do siebie stosunek ironiczny. Co nie znaczy, iż nie traktował z powagą tego, czym się zajmował.
Ale siebie nie stawał na piedestale, nie uważał się za kogoś lepszego, innego, bardziej utalentowanego.
Wprost przeciwnie, był tylko Jerzym Skarżyńskim i nikim więcej, żadnym tam panem profesorem, artystą z najwyższej półki, czy jeden Bóg wie, kim jeszcze.
Projektował, malował, rysował. A przede wszystkim żył. Pod każdą postacią, i o każdej porze dnia i nocy.
Czasami wydawało się nieprawdopodobne ilu instytucją i funkcją jednocześnie, znaczy o tej samej porze, jakby patronował.
Wieczorna próba w teatrze, stolik w Spatifie założony projektami, rysunkami, kartkami z zapiskami, film w kinie Pod Baranami, przyjaciel czekający na niego w barze Hotelu Francuski, spotkanie ze studentem na temat jego pracy dyplomowej, rozmowa z przyjacielem z Paryża.
Wszystko to działo się jednocześnie i o tej samej porze. Tylko on potrafił mieć taką podzielność uwagi. Do tego wszystkiego pamiętać tytuły książek, które musi kupić rano, jakąś tam dziewczynę poprosić o numer telefonu, a o 12.59. pojawić się w Żywcu, ponieważ za minutę zaczną podawać alkohol w czasach prohibicji.
A poza tym wszystkim, zawsze wyglądał na rozluźnionego, spokojnego, człowieka, któremu nigdzie się nie spieszy.
Tak przeżył 79 lat. Swoisty rekord świata. Co prawda pod koniec życia nie miał już tylu zajęć co wcześniej, ale nie przyhamował tempa życia, jego intensywności. Byłoby to sprzeczne z jego naturą.
Z drugiej jednak strony bardzo często przeciągał moment wyrwania się z towarzy-stwa, bał się, że straci fragment jakiejś ciekawej rozmowy, dowcip, powiedzonko. Zawsze może zdarzyć się coś niesamowitego, czemu warto poświęcić kilka godzin, minut, chwilk`e. Tylko, nigdy nie wiadomo, kiedy to COŚ nastąpi.
Kiedy już zdecydował się wracać do domu, przeważnie za każdym razem zaglądał jeszcze gdzieś na sekundkę, byleby jeszcze łyknąć życia. I nie tylko. Naprzeciwko kamienicy w której
mieszkał kiedyś istniała, później jakiś orientalny bar. Jeżeli jeszcze nie były za-mknięte po wyjściu z taksówki tam kierował swoje kroki, chociaż w domu, czego szukał w takiej knajpie, miewał pod dostatkiem.
Czasami ta sekundka przeciągała się na godziny i znowu wszystko rozpoczynało się od nowa, najchętniej bywał we wszystkich miejscach naraz, by czegoś tam nie stracić, i można powiedzieć, że mu się udawało.
Nie było w Krakowie imprezy, na której wydawało się, że nie ma na niej Jerzego,. Sobie tylko znanym sposobem zdążał na wszystkie wernisaże, premiery, pokazy, wygłupy, zajęcia. Na wykłady.
Było go pełno wszędzie, Nawet w miejscach, w których nie spodziewałem się spotkać Jerzego, nagle pojawiał się. W Feniksie o drugiej nad ranem, czy na porannej kawie w Empiku. Zawsze elagancki, spokojny, trzeźwy.
Uosobienie doskonałości w czymś tak niesłychanie skomplikowanym jak Jerzy Skarżyński, łącznie ze światem który wymyślał nadając mu kształty, w którym przyjemniej było egzystować.
Truizmem byłoby stwierdzenie że korzystał z życia i łaski intensywnej pracy dzięki zarywaniu snu, ale, jak mi się wydaje, nie lubił sypiać. Zupełnie niepotrzebna strata czasu, plus demony.
Pamiętam dzień, kiedy spacerowaliśmy po jakimś małym miasteczku. Przyjemna dziura z kościołem, knajpą – i wtedy, Komitetem – dzisiaj pewnie Hipermarketem jako punktami wyznaczającymi początek i koniec świata.
Gdyby przyszło mi tutaj na stałę żyć zwariowałbym po trzech godzinach i czterdzie-stu minutach dodał po chwili namysłu powtarzam za Andrzejem Bursą : w dupie mam małe miasteczka.
Ale kochał wieś, przyrodę, wodę i czystość, chociaż nie można powiedzieć, iż to, co go otaczało było czyste. Ale nie idealizujmy. Czyste miał sumienie, i to wystarczy.

część 2 >>>
fotografie w tekscie: Ewa Skrzyszowska

galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt


Copyright by "SZTUK PUK" 2001 - 2005 Kraków , Ryszard Bobek, Filip Konieczny