galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt

 

Roman Wysogląd Absurd częściowo logiczny ( O Jerzym Skarżyńskim ) Prawdy, zmyślenia, sny

CZĘŚĆ 2, część 1

 

Śmierć Lidii.

Najboleśniejsza strata Jerzego. Umarła w moje urodziny, 20 lipca 1994 roku. Chorowała od dawna, ostatnie dwa lata były dla niej ciężkie. Traciła pamięć, nie rozpoznawała ludzi, jedyne, co ją interesowało to wpatrywanie się w telewizor.
Po raz ostatni widziałem ją rok wcześniej. We wsi pod Gdowem swoim zwyczajem wynajęli pół chaty.
Myliła twarze, myślała, że jestem aktorem. Opowiadała, w których przedstawieniach projektowała dla mnie kostiumy.
To dziwne, ale kilku z przyjaciół kiedy zachorowało brało mnie za aktora. Na przykład Tadeusz Śliwiak wręcz wmawiał mi w których latach byliśmy aktorami tego samego teatru.
W przypadku Lidii, kobiety tak energicznej i obdarzonej fenomenalną pamięcią co do szczegółów zobaczenie jej działającej na jakby innej częstotliwości było sporym przeżyciem. Do tego Jurka, na którego nagle spadły obowiązki związane z prowadzeniem domu i opiekowania się Lidią.
Ale nie poskarżył się ani słowem, chociaż było widać, iż sytuacja w jakiej się znalazł przerasta go. I jest w pewien sposób ubezwłasnowalniająca, ponieważ nagle i pewnie niespodziewanie, nawet dla samego siebie, wszyscy byliśmy w 110 procentach przekonani, że jeżeli ktoś z nich odejdzie pierwszy nie będzie to Lidia, został sam.
Bronił się filmami, które będąc zmuszony do prawie ciągłego przebywania w domu oglądał setkami jak szalony. Prawie przestał pracować ( poza Akademią ), sporadyczne stały się wyprawy do miasta.
Życie zamarło i powoli zmierzało do tragicznego końca. Ilekroć telefonowałem do niego podczas tego okresu na stereotypowe i idiotyczne pytanie co słychać ? zawsze odpowiadał optymistycznie, chociaż nie miał ku temu żadnych powodów. Nigdy się nie skarżył, żalił czy narzekał.
Lidia żyła i to było najważniejsze. Najgorsze dla niego rozpoczęło się z chwilą jej śmierci.
Nie było mnie na pogrzebie, przyjechałem do Krakowa w cztery dni później. Jerzy wyglądał jakby nie wierzył w to, co się stało. Spędziliśmy tydzień prawie się nie rozstając, ale w końcu musiałem wyjechać na obiecane córce wakacje. Jerzy nie chciał z nami pojechać, pewnie nie chciał nam psuć swoją obecnością i nienajlepszym humorem, tak przez nas oczekiwanego wypoczynku.
Telefonowałem do niego codziennie, ale po raz pierwszy, i ostatni, w ciągu naszej znajomości, nie mieliśmy o czym rozmawiać. Jerzy był niekomunikatywny, a moje pytania w rodzaju czytał ostatnią powieść Hellera były idiotyczne. Zdawałem sobie z tego sprawę, ale uważałem że jest to lepsze od idiotycznej i denerwującej ciszy na linii.
Kiedy po trzech tygodniach wróciłem do Krakowa z Jerzego została smuga cienia. Nic w tym czasie nie jadł, tylko popijał. Telefonował do mojej Mamy z zapytaniem, jak gotuje się zupę w proszku, ale kiedy tylko odkładał słuchawkę telefonu nic z niej nie pamiętając, sięgał po kieliszek, jakby w nim szukając pomocy i uspokojenia.
Przez kilka dni nosił na palcu bezwartościowy z pieniężnego punktu widzenia, ale jakże cenny jako pamiątka, wielki i gruby pierścień Lidii, ale któregoś popołudnia usłużny taksówkarz odprowadzając Jerzego pod drzwi po prostu mu ukradł, podbijając przy tym oko.
Nie wiedziałem jak mam mu pomóc. Jerzy nie posiadał żadnej rodziny ( poza ociemniałą i samą potrzebującą wsparcia starszą siostrą Lidii ), więc wymyśliłem iż Jerzy najszybciej jak tylko się da przyjedzie do mnie do Goeteborga. Ale zanim tak się stało musiał upłynąć jeszcze co najmniej miesiąc udręki Jerzego w kole, z którego tak ciężko było mu się wyrwać.
Pijał z kim się dało, byleby tylko nie być samemu, ale że organizm miał wycieńczo-ny upijał się momentalnie i dość przykro. Gubił pieniądze, portfele, nie zamykał drzwi od mieszkania, zalewał mieszkanie wodą z łazienki z niezamkniętego kranu, przypalał garnki próbując pogrzać coś do jedzenia, nie płacił rachunków ponieważ tym wszystkim nie był przyzwyczajony zawładać, ale w końcu dzięki pomocy przyjaciół stanął na nogi na tyle, iż zdecydował się na przyjazd do mnie.
W tak zwanym międzyczasie zupełnie zaniedbał terapii chemią, która akurat w jego przypadku dawała doskonałe wyniki, więc czuł się chyba niespecjalnie.
Najprawdopodobniej wtedy właśnie nastąpił w Jerzym rozłam, czy też pęknięcie, które pozbawiło go tej wielkiej pewności siebie, które miał przy Lidii. Naturalnie, że później pracował, malował, rysował, ale...
Bywają w życiu artysty sytuacje, które potrafią podkopać każdą psychikę, zachwiać wydawałoby się nienaruszalnym talentem.
Pewnie tylko praca dydaktyczna na Wydziale Scenografii ASP nie straciła w Jerzym nic poprzez śmierć Lidii, chociaż pożegnała uwielbianego wykładowcę.
W jakiś tam sposób Jerzy przestał być sobą. Ciężko i trudno o tym pisać, ale tak mi się wydaje. Przez pierwsze dwa tygodnie prawie codziennie jeździł na jej grób na Cmentarzu Rakowickim, ale po pewnym czasie duch życia zaczął jakby przyciągać go do rzeczywistości. Ale nieszczęścia wcale go nie omijały. Na kilka dni przed wyjazdem do mnie, jakieś dwa miesiące po śmierci Lidii pęknięcie kaloryferów spowodowało zalanie większości rysunków i projektów, przynajmniej tych, które leżały na podłodze.
Nie miał mu kto pomóc w sprzątaniu i ratowaniu z tego bałaganu co jeszcze się dało, więc po prostu wszystko to zostawił i wyjechał do mnie. Dopiero po powrocie, gdzieś pod koniec października, lub na początku listopada, poprosił o pomoc studentów, ale widać wtedy na własnej twórczości ( jak i Lidii ) nie za bardzo mu zależało.
Wyobrażam sobie wieczory kiedy Lidia umierała, włączone dwa telewizory, Lidii nastawiony tylko na wiadomości, jego na jakiś tam film, pustka, a obok miasto, które już w ogóle go nie pociągało, sztalugi porastające kurzem, czy wysychające pisaki. Życie dla Jerzego zamarło i musiało upłynąć dużo czasu – tekst jak w złych powieściach – by Jerzy wrócił do jako takiej równowagi.

 

Pożegnania i powroty.

Kiedy któryś z nas wyjeżdżał na dłużej ( przeważnie ja ) nigdy nie żegnaliśmy się, jak to podobno jest w zwyczaju cywilizowanych ( w miarę ) ludzi. Uważaliśmy to za zbędny, i nienaturalny symbol czegoś głupiego i bezsensownego.
Któryś z nas po prostu wyjeżdżał, i tyle. Wiadomo było, że później czy wcześniej znowu się spotkamy.
Te ponowne spotkania odbywały się według tego samego schematu, czy modelu : jakby od ostatniego spotkania nie minęło więcej niż dziesięć godzin. Nie widzieliśmy się półtora roku, nie ma sprawy, przecież tak naprawdę rozstaliśmy się wczoraj wieczorem przy postoju taksówek na Placu Szczepańskim, albo przy barze we Francuskim, czy w Piwnicy.
Zawsze miał ze sobą ten ironiczny uśmiech, prawie niedostrzegalny półuśmiech, pięć ( jak nazwał to Paweł Głowacki ) kolibrów, dobro i czułość całego świata. Wraz z przynależnościami.
Mogę pewnie napisać, iż właściwie to nigdy się nie rozstawaliśmy, chociaż takie wyznania pasują bardziej do związków damsko – męskich.
Prawie w ogóle nie pisywaliśmy do siebie, nie przypominam sobie, bym napisał do niego chociaż jeden list.

 

Prohibicja.

Kiedy Państwo Polskie wydało wojnę obywatelom w postaci dręczenia ich idiotycznymi zakazami, na przykład spożywania ( jak to się ładnie nazywało) alkoholu przed godziną trzynastą, czy rygorystycznego sprawdzania faktu zatrudnienia, lub zakaz picia na statkach żeglugi rzecznej jak i w samolotach, oraz powierzenie wprowadzenia porządku w kraju grupą wojskowych, Jerzy postarał się o mały notesik, w którym skrupulatnie powpisywał nazwy wszystkich, znanych mu knajp wraz z wykazem godziny w której podawano w niej alkohol, do dzisiaj zresztą nie wiadomo dlaczego obowiązywała zasada, iż w każdej można się było napić alkoholu, ale o innej porze.
Został zmuszony cały swój dotychczasowy tryb życia dopasować do godzin kiedy, jak to wtedy mawiano w Krakowie puszczano wódkę czy piwo.
Po drugie system ten zmuszał, zresztą nie tylko Jerzego, do picia jakby na zapas, a poza tym uprawiania joggingu, czyli ciągłego przemieszczania się z knajpy do knajpy.
Było to niesłychanie zabawne, kiedy tłum spragnionych rzucał się w sobie tylko znanym kierunku, zasiadał przy stolikach i wpatrywał się w zegarki, kelnerzy zresztą także. Chwila szczęśliwości trwała najwyżej pół godziny, czasami krócej i znowu zgraja wygłodniałych wilków ruszała na poszukiwanie.
Tylko w idiotyźmie zwanym Polska, do tego rządzonym w stylu pseudo – wojsko-wym, istniało przeświadczenie, iż odgórnie sterując tak zwanymi masami można na nich wymusić jakieś tam posłuszeństwo, rygor, wiarę w Partię, czy wreszcie odzwy-czajenie od alkoholu. By jednak nie mówiono o naszej ojczyźnie źle, cudzoziemiec, albo ktoś posiadający większe pieniądze, mógł napić się do woli, i o każdej porze, w lokalach przyhotelowych ( tych z wyższej półki ) lub luksusowych restauracjach.
Ubaw był jak cholera. Większość społeczeństwa, w tym Jerzy żyła z ołówkiem w ręku odkreślając kierunek, w których dzisiaj już nie puszczą wódy.
Na szczęście Kraków jak wiadomo jest miastem, w którym większość knajp mieści się w obrębie Plant, czy też ich pobliżu, więc Wędrówki Ludów Spragnionych nie były zbyt długie, ale za to strasznie męczące psychicznie.
Czy można wyobrazić sobie inny kraj, w którym ktoś taki jak Jerzy, lubiący się napić profesor Akademii, ciągle podziwianych i nagradzany projektów scenograficznych, i jeszcze kilku nie mniej zaszczytnych funkcji, musi notować gdzie i o której godzinie może zamaczać usta w odrobinie świństwa ?
Doprawdy absurd został wtedy uczłowieczony, chociaż pewnie towarzyszom generałom nie o takie człowieczeństwo chodziło. Ciekawe, gdzie sami wtedy popijali ?
Nie mam na myśli tylko alkoholu, ale naród został w tych czasach straszliwie upokorzony, naturalnie w ramach wzniosłych ( czasami aż za bardzo ) ideałów, gdy spotkany na ulicy w Warszawie patrol trojga przygłupów głośno zastanawiał się, co ze mną zrobić, ponieważ nie miałem w dowodzie osobistym pieczątki o stałym zatrudnieniu. Przed służbą w trzymiesięcznej kompanii odśnieżania uratowała mnie łaskawość dowódcy tego debilnego oddziału, który spoglądając na mnie z góry, jak na jakiś ochłap nikomu niepotrzebnej baraniny stwierdził : tym razem ci się udało, ponieważ twoja córka ma na imię Diana, jak moja, jesteście wolni, możecie odmasze-rować.
Jak wielce upokorzony musiał bywać Jerzy patrzący w oczy kelnerów czy już ?, a tutaj pustka. W kieliszku także.

 

Wakacje.

Czas poprzedzający wakacje bywał czasem obłędu, za który dostawało się nagrodę w postaci trzymiesięcznej laby.
Najpierw, niestety, należało znaleźć odpowiednią wieś, poprzednie miejsce było nieaktualne i spalone z uwagi na koty. Rozpoczynało się objeżdżanie podkrakowskich wsi w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, jakiegoś kawałka rzeki czy jeziorka, prowadzenia zawiłych pertraktacji co do wynajęcia połowy chałupy.
Przyjaciele pomagali jak potrafili, oddawali do dyspozycji samochód, naturalnie ze sobą jako kierowcą, przypominali znane sobie kąty mogące odpowiadać państwu Skarżyńskim, czy w końcu próbując przekonać ich, by w końcu kupili coś na własność, ale na to, jak na razie, nie mieli odpowiednich funduszy.
Poza kotami, miejscem do malowania, pobliską wodą, w miarę czystą kuchnią, czy jako takimi sanitariatami, dziura ta musiała posiadać jako takie połączenie autobusowe z Krakowem, by Jerzy raz na jakiś czas mógł wyskoczyć do miasta i przez chwilę się ucywilizować.
Pretekst zawsze się znajdował, a to lekarz, ważne sprawy zawodowe, jakiś niesłychanie rzadko pokazywany film.
Lidia trwała w swoim majestacie na wsi, a Jerzy reprezentował rodzinę w Krakowie. Ale zawsze równie szybko wracał.
Kiedy jeszcze nie posiadali kotów jeździli nad morze do Jastarni, ale z upływem czasu odległość od Krakowa zaczęła dawać się im we znaki.
Nigdy na wakacje nie wyjeżdżali za granicę, nieustannie to samo wytłumaczenie : musimy być blisko.
Pod koniec lat siedemdziesiątych nabyli starą, wiejską chłupkę w pobliżu Gdowa, zimą absolutnie nie nadającą się do pomieszkiwania i problem mieli rozwiązany, ale wtedy nie posiadali już kotów.
Pamiętam dokładnie ich problemy z transportem, wynajmowane w teatrze samochody. Zabierali ze sobą prawie wszystko, Jerzy nigdy nie wiedział, co akurat będzie mu potrzebne.
W czasie wakacji najchętniej malował, po prostu miał miejsce na rozłożenie płótna i czas na skupienie się na obrazie.
Była to również doskonała okazja do planowania pracy w teatrze. Odwiedzał ich Hubner, Swinarski, reżyserzy filmowi, chociaż Jerzy poza dwojgiem wyżej wymie-nionych nie specjalnie przepadał za takimi spotkaniami, wolał skupić się na malowa-niu.
Odwiedzało się ich także towarzysko, najsmutniej miał naturalnie kierowca, któremu czas dłużył się niemiłosiernie w przeciwieństwie do nas.
Lidia uwielbiała te trzymiesięczne odskoki od rzeczywistości, pomagały jej odzyskiwać siły, wigor i chęć do dalszej, szaleńczej pracy, i nie mniej szaleńczego życia. Poza tym Jerzy bywał taki zadowolony.
Z drugiej strony, kiedy Skarżyńscy wyjeżdżali w Krakowie robiło się jakoś pusto, jak dzisiaj bez nich miasto to, a szczególnie pewne, często odwiedzane przez nas miejsca, jakby traciły duszę.
Można powiedzieć, że ich życie dzieliło się na dziesięciomiesięczne wariactwo w Krakowie, i trzy miesiące na wsi.
Ciągle do tych wakacji tęsknili, mówili o nich, a kiedy nadchodził czas wyjazdu...nie za bardzo chciało się im wyjeżdżać, dość często pod byle bzdurnym pretekstami Jerzy przedłużał chwilę wyjazdu, w ostatnim przypadku, aż do 7 stycznia 2004 roku.

 

Knajpy.

Zaryzykuję stwierdzenie, iż spędzili w nich więcej czasu niż w domu. W ich przypadku słowo knajpa oznaczała godziny spędzane w Klubie Pod Gruszką, który w pewnym sensie traktowali jak swoje biuro.
Nie spotkałem drugiego człowieka, który tak uwielbiałby przebywać w knajpach, czyli wśród ludzi. Puste pomieszczenia z kieliszkiem i barem, ale bez kogokolwiek do rozmowy, były jak zły sen z powieści Kafki.
Nie prowadzili żadnego życia towarzyskiego w domu, więc pewnie naturalną koleją rzeczy wszystko przenosiło się do knajp.
W większości z nich Jerzy bywał sam. I to z kilku powodów. Te, które traktował tylko jako wodopój Lidia omijała, do Empiku między pomiędzy 12 a 13 nie lubiła chodzić, nie odpowiadała jej pora ani towarzystwo.
W ogóle kiedy nawaliła jej trzustka, bardziej skupiła się na miejscach w których mogłaby dłużej posiedzieć, jak chociażby Spatif, a nie tylko wsłuchiwać się w pijackie bełkoty, czasami ciekawe, znajomych, lub nie, Jerzego.
Dlatego bar przy hotelu Francuskim, nie wspominając już o starej Warszawiance, miały przyjemność goszczenia jej sporadycznie, a w rezultacie rzadko. Oddała zupełnie ten teren do wyłącznej dyspozycji Jerzego, który wpadał tam niby to na chwilę, ale ciężko było mu wyjść, szczególnie, gdy gdzieś tam na mieście czekała na niego Lidia i razem mieli wrócić do domu.
Za to kiedy Lidia pracowała w domu, czas dla Jurka miał jakby mniejszy ciężar gatunkowy. Jednak wszystkie bale ( Piwnicy, Aktora ) imieniny, rauty, których w Krakowie nie bywało tyle co obecnie, jednak były obowiązkowe, chociaż od pewnego momentu Lidia chciała wiedzieć, z kim będą dzieli stolik, nagle stała się bardzo selektywna.
Nie opuszczali żadnej zwariowanej imprezy, nawet tych w najbardziej egzotycznych miejscach, jak sławne bale Piwnicy, każdy w innym miejscu.
A to Jerzy, jak zwykle, bywał wyrozumiały : to Lidusiu zwykł w takich przypadkach mawiać głosem bez cienia irytacji to całkiem przyzwoity człowiek, co prawda lekko się napił, ale wolno mu. Albo roztaczał przed nią wyjątkowe zalety „ jakiegoś ” poety, który podobno dawno temu napisał jeden dobry wiersz, nie pamiętam kiedy, ani jaki, ale wytrzeźwieje i znowu będzie sobą.
Niestety miejsca w których przesiadywali aż roiły się od dziwnych typów, domorosłych artystów, jedyne w swoim rodzaju damy, z którymi, przeważnie, Jerzy był na ty.
Denerwowało to Lidię, ale kiedy wreszcie poeta zasnął grzecznie przy stoliku obok, panienka przestała wyznawać Jerzemu miłość, Lidia rozpromieniała się, jak to tylko ona potrafiła, i życie toczyło się do...następnej mendy próbującej dosiąść się do ich stolika.
Poza tym Kraków był jedynym miejscem w Polsce, w którym pisarze, aktorzy, malarze, słowem ludzie sztuki, mieszali się z chamstwem, cwaniactwem czy przeciętnością, na tym samym metrze kwadratowym, w nie do odklejenia plastry miodu.
Dopóki kasa nie stała się cezurą dzieląca ludzi na lepszych, gorszych, nijakich i beznadziejnych.
Pamiętam imprezy, z których nie mieliśmy jak wrócić, znajomy który podjął się odwiezienia Skarżyńskich do domu nie dotrzymał słowa, napił się, ale zawsze znajdował się jakiś ratunek, chociaż czasami powroty z Lanckorony, Pieskowej Skały czy Kalwarii nie należały do przyjemności.
Lidia nigdy nie narzekała na niedogodności, byleby tylko wystarczyło jej na papierosy, bardziej bała się, czy Jerzy zdąży na swój poranny film do kina Mikro.

 

Syfon.

Butelka z grubego szkła do nalewało się wody, próbowało umocować nie dający się wkręcić pojemnik z gazem i już można było to pić.
Fascynował Jerzego, chociaż nie przypuszczam by ich używał. Wolał butelki z zasiarczana wodą mineralną, 0,33 litrowe z kapslą, której czasami otwarcie równało się co najmniej ranie postrzałowej.
Zawsze stała przed nim szklanka z wodą, ciągle ją zamawiał, chociaż prawie w ogóle nie wypijał, zawsze była jakby w pogotowiu, a nuż będzie nią co popić. Teraz naturalnie żartują, ale woda sodowa, którą jako krakowianin właśnie takimi słowami zamawiał, była pewnie słowem wypowiadanym w knajpach na zaszczytnym drugim miejscu.

 

Jak pogodzić dzień z nocą.

Nie miał tego problemu z prostej przyczyny, iż w jego konkretnym przypadku czas dzielił się na : pracę i jakby to powiedzieć...miasto, więc pory dnia były wyłącznie nic nie znaczącym słowem.
Co prawda porami dnia kierował się na przykład ustalając rozkład jazdy zajęć na uczelni, ale tak naprawdę ranek, południe, wieczór, noc składały się na jeden i ten sam rodzaj cierpienia dostępny jedynie twórcy.
Lidia nie lubiła pośpiechu, ponieważ akurat w nim się poruszali na co dzień. Zawsze ktoś żądał od niej projektów kostiumów, bywania na próbach, w pracowniach krawieckich, w zakładach zamkniętych jak mawiali na teatry, gdy poza nimi działo się tyle interesujących rzeczy i spraw, w których niestety nie mogli brać udziału.
Za to kazywali sobie składać dokładne sprawozdania. Kiedy już nic nie miałeś do opowiedzenia napotykałeś na zdziwione spojrzenie Lidii i pytanie : jak była ubrana, co mówiła, jak i o której wróciłeś do domu.
Chcieli wiedzieć wszystko, a może nawet i więcej i to nie tylko o pierwszostronni-cowych, że się tak brzydko wyrażę, wydarzeniach. Pewnie częściej interesowały ich te z ostatniej, jakby kroniki wypadków, lub wręcz kryminalnej.
W młodości nie sypiali zupełnie, później także nie. Prawie wszystko w ich życiu działo się kosztem snu i jedzenia. Nie zwracali jednak na to najmniejszej uwagi. Żyli, bywali, pracowali. I to im wystarczało. Aż...?
Czasami obskakiwali kilka imprez jednocześnie, na których, jak zadecydowali, musieli się pojawić.
Bez przerwy mieli sobie coś do opowiedzenia, kiedy patrzyło się na nich z boku, Jerzy ciągle coś Lidii opowiadał. Nigdy nie siedzieli w milczeniu, w ich przypadku było to niemożliwe i nieprawdopodobne.
Jerzy, podobno, zdenerwował się w życiu tylko raz, w hotelu Moskwa w stolicy Kraju Rad, kiedy to w ichniejszym Pewexsie upierdliwa sprzedawczyni nie chciała sprzedać mu butelki z alkoholem.
Bezbronny wobec niegodziwości świata bezradnie wycofał się pod drzwi. Wtedy światek tego wydarzenia poradził mu by odczekał kilka minut i przemówił do sprzedawczyni w zachodnim języku. Tak uczynił, ale kiedy trzymał już butelkę w ręce nie wytrzymał i oznajmił zdumionej kobiecie : wiedz kurwo, że jestem Polakiem.
Poza tym był uosobieniem spokoju, i chociaż pewnie Alina pewnie temu zaprzeczy będę upierał się przy swoim zdaniu.
Nawet z bełkotu największego obwiesia starł się wydobyć coś ciekawego, interesującego, a przy okazji mile połaskotał nieszczęśnika.
Pomagał kolegom i nieznajomym, którym trzęsły się ręce, przeszkadzały w przełknięciu pierwszego śniadania, wspomagał potrzebujących, chociaż do rozrzutnych nigdy nie należał.
Stanowili z Lidią jakże charakterystyczną dla Krakowa parę, wspólnie z Lidią Zamkow i Leszkiem Herdegenem, Olą Turek i Tadeuszem Kwiatkowskim, czy Martą Stebnicką i Ludwikiem Jerzym Kernem.
Pełno ich było wszędzie – i jest nadal – przynajmniej dla mnie.

 

Buty ze Sławkowskiej.

W latach sześćdziesiątych, a później także, szewc pan Bukowski z ulicy Sławkowskiej należał do elity artystycznej. Mianowicie szył, wykonywał – niepotrzebne opuścić – najlepsze i najbardziej eleganckie buty w okolicy.
A Jerzy był jego szczególnym klientem. Tak, jak u dobrego krawca, wizyta u pana Bukowskiego, to był cały ceremoniał. I Jerzy, który przecież kochał teatr, a poza tym solidność, fachowość, odrobinę snobizmu, uwielbiał pracownię pana Bukowskiego odwiedzać, chociaż jego wyroby do tanich, a nawet średnio tanich nie należały.
Jednak Jerzy pieniędzy na ubranie, a zwłaszcza buty, które przecież są podstawą ubioru mężczyzny nie żałował.
Kiedy częściej zaczął pracować za granicą buty, jak i wizyty w kinach, stały się głównym pożeraczem zarobionych pieniędzy. Plus dobre cygaro i... Nie wychodźmy jednak za daleko, jesteśmy przecież przy ulicy Sławkowskiej.
W mrocznych czasach gomułkowskich niewielu było w Krakowie artystów i utrzymać się na rynku, i wykonywać wspaniałe przedmioty przez ówczesne władze uznawane za zbyteczne. Po co bowiem klasie, jeszcze wtedy niestety nie umarłej, ale dumnej i robotniczej panowie Płonka, Bukowski, czy im podobni.
Jerzy zamawiał buty u pana Bukowskiego i pędził, jak to Lidia nazywała na swoje zebranie, pewnie wysłuchiwał prelegenta przysłanego z warszawskiej centrali, pieprzącego że właśnie tacy ludzie są nam najmniej potrzebni. Wariatkowo zataczało coraz szersze kręgi, na szczęście panowie Bukowski, Płonka i spółka jakoś przetrwali. Ale gdzie są dzisiaj ?

 

Film.

Największa pasja i miłość ( poza Lidią ) Jerzego. Nieprawdopodobna. Wszystko, co na ten temat napiszę będzie tylko wyjątkiem wielkiej sprawy.
Potrafił przesiedzieć w kinie cały dzień – z krótkimi wyskokami na małe co – a wieczorem obejrzeć jeszcze jakiś film w TV lub na video. Zupełnie nieopisywalny oddaniec. I ciągłe nienasycenie.
Do tego niesamowita pamięć. Potrafił wymienić tytuł filmu i nazwisko reżysera który widział tylko raz, trzydzieści lat temu i to nie do końca. Pamiętał większość scen z filmów które oglądał, bądź czytał ich opisy.
Dokładnie dwa miesiące przed śmiercią prosił mnie o załatwienie gdzieś w Anglii nagrania trzech niemych filmów, dwóch Orsona Wellsa i jeden Bunuela.
Te filmy ciągle w nim żyły, pulsowały. Cieszył się jak dziecko z każdej zachodniej, aktualizowanej co dwa lata encyklopedii filmowej.
Tego wydania nie ma nawet Jerzy Radziwiłowicz mawiał wzruszony, i kiedy tylko miał chwilę czasu wolnego ( On chwilę wolnego czasu ) przeglądał po raz setny rubryki z maczkiem zapisanymi wiadomościami, dla niego najbardziej cennymi. Była to jego Biblia. I jak przystało na wierzącego znał ją na pamięć.
Cenił wszystkie gatunki filmowe, nie miał szczególnie ulubionego, chociaż powojenny film Polski, do którego uznania jakże się przyczynił, denerwował go różnymi Gdzie woda czysta a trawa zielona czy Panienkami z okienka, ale na tyle był wyrozumiały, iż oficjalnie nie wypowiadał się na ten temat.
Był zakochany w filmie i zafascynowany nim od dzieciństwa, i można powiedzieć, że z tego nie wyrósł. Godzinami opowiadał o filmach które widział, zdawało mu się iż widział, jak te, które tylko mu się śniły.
Naturalnie czasami pewne obrazy czy sceny z filmów nakładały mu się na siebie, klatki przeskakiwały z jednego filmu do drugiego, ale nie ma to większego znaczenia.
To był tylko i wyłącznie film Jerzego. Od początku do końca. Uwielbiał kryminały, westerny, filmy przyrodnicze, o zwierzętach, cudach i duchach.
Na sławne w latach siedemdziesiątych Konfrontacje Filmowe miał dwa karnety. Na seans przedpołudniowy i wieczorny. Wieczorami sprawdzał co na ekranie opuścił przed południem.
Lubił chodzić na ten sam film kilka razy. Wchodził w połowie, zjawiał się pod koniec, czy na początku seansu.
Chronologia filmu nie była dla niego najważniejsza. O wiele bardziej sposób, cel i czytelność przedstawionej sprawy.
Byłem z nim wiele razy w kinie, ale tylko raz na sali nie było nikogo oprócz nas. Działo się to w Goeteborgu na projekcji filmu Kurosawy Siedem krótkich historii.
Film był z gatunku tych ciężkich, nie miał nic wspólnego z dotychczasową twórczością mistrza. Jerzy, kiedy spostrzegł ilu widzów jest na sali był przekonany, iż seans zostanie odwołany, ale widać zapomniał, iż nie znajduje się w jaruzelskiej Polsce.
Po projekcji wydobył podręczny notatnik i scena po scenie pozapisywał cały film, który przecież musiał dokładnie Lidii opowiedzieć.
Kiedy był chory i nie wychodził ze szpitala najbardziej brakowało mu właśnie kontaktu z ekranem.
Na jego stole do pracy dokładnie ułożone leżały gazety z pozaznaczanymi wprogramie TV filmami, które musi obejrzeć, a obok tygodniowy repertuar kin. Prawie każdy film bywał podkreślony.
Naturalnie, zdarzało się iż jakiegoś filmu nie zobaczył, na jakiś seans nie poszedł. Rozgrzeszał się wtedy krótkim stwierdzeniem kiedyś znowu pokażą, chociaż pewien żal za opuszczonym pokazem jeszcze przez chwilę kołatała się w jego głowie, ale szybko zmywał te smutki kieliszkiem wiśniówki.
Był chodzącą encyklopedią filmu, kompletnie przez nikogo ( może poza znajomymi i studentami) niewykorzystaną, ale przecież nasz naród ma szczególny dar do marnowania wszystkiego.
Wielką estymą darzył pierwsze, naturalnie nieme filmy surrealistów, i wiele czasu poświęciłem by chociaż kilka z nich ( których nie posiadał ) zdobyć.
Nie jest to znowu – jak się wydaje – takie łatwe, chociaż rozwój techniki bardzo rozpowszechnianiu filmów pomógł.
Siedział w kinie, spoglądał na zegarek i zastanawiał się, czy nie wyjść, przecież poza kinem także istniało życie, w którym tak chętnie partycypował.
Był to zresztą stały dramat Jerzego, czy przypadkiem znajduje się we właściwym miejscu, czy nie powinien być gdzie indziej.
Ale szybko uspokajał się we właściwy sposób i po obowiązkowym przeszukaniu wszystkich kieszeni i znalezieniu odpowiedniego papierosa zabierał się do opowiedzenia kolejnego filmu, szkoda tylko że jeszcze nie nakręconego.
Często zastanawiałem się, i myślę nad tym nadal, kiedy zdążył obejrzeć te wszystkie filmy, przeczytać tyle książek, narysować...? Odpowiedź jest tylko jedna : w tak zwanym międzyczasie.
Jest to domena tylko wielkich ludzi, stworzyć prawie wszystko ( na szczęście wszystkiego się nie da ) i wszędzie bywać.

 

Upierdliwość ludzi i przedmiotów nie tylko martwych.

W grajdołku którym niewątpliwie Kraków jest, jedna rzecz jest przerażająca : wszyscy znają wszystkich, jeżeli nie osobiście to przynajmniej z widzenia. Nie ma miejsca na jakąkolwiek anonimowość. Jest to przyjemne dzień, najwyżej dwa po przyjeździe z wakacji, dłuższym pobycie zagranicznym itp.
Na co dzień jednak jest to nie do wytrzymania, ponieważ grajdołek zwany Kraków posiada jeszcze na dodatek wybitne zdolności plotkarskie, plus natrętne obgadywanie stanów fizycznych delikwenta, ubioru jak i powiązań rodzinno - erotycznych.
Nie tylko dla Jerzego, ale dla każdego normalnego człowieka mieszkającego w Krakowie który lubi się napić, czasami poflirtować a na dodatek ma nienormowany czas pracy i uregulowany stosunek do służby wojskowej, Kraków jest ostatnim miejscem na ziemi, gdzie powinien mieszkać.
Po prostu w Krakowie nie ma się gdzie schować, jeżeli naturalnie ma się takie dziwne pragnienie. Krakówek wszystko widzi. I natychmiast, na głos komentuje. W pewien szczególny, chamski sposób, gdyż na głos, po nazwiskach, funkcjach, tytułach i diabli wiedzą po czym jeszcze.
Czasami bywa to niesłychanie skuteczna metoda, gdyż jedyna, na jakieś tam zaistnienie obgadującego, przynajmniej chwilowe. On coś tam wie. Naturalnie wyłącznie w swoim mniemaniu.
Jerzy bywał ponad to wszystko, chociaż niejednokrotnie do Lidii, a później Aliny, musiały docierać informacje o jego „ wyczynach ”.
Zadupczony pn profesor, potykając się, podrywający jakąś dziewczynę to tylko nieliczne, cenzuralne epitety jakimi jego ( i nie tylko ) obdarzano.
A później ten ktoś podchodził do Jerzego i jakby nic się nie stało w najlepsze z nim rozmawiał.
Małość niejedno ma imię, ale w Krakowie nagromadziło się jej tyle, iż najwyższy czas w końcu przewietrzyć to miasteczko. Po drugie cień i wspomnienia pani Dulskiej nadal unoszą się nad miastem, bardzo często zaglądając do Michalika, Piwnicy, Zwisu czy Dymu.
Naturalnie, że Jerzy nie próbował walczyć z tym, ale ignorował i omijał. Jedyną metodą zaś była obojętność, gdyż pokazanie krakówkowi, iż człowiek się z jej opinią liczy byłaby śmiercią wolności, której przecież jakby patronował.
Niezliczoną ilość razy słyszałem jak jakaś menda, lub wydawałoby się dystyngowa-na dama, podniesionym i drżącym z emocji głosem „ opowiadała ” towarzystwu takich samych jak ona kretynek co wczoraj zauważyła.
Dopomagało jej w tym godne podziwu zapotrzebowanie na plotki, nawet u ludzi, których o coś takiego nawet nie można było podejrzewać.
Ludzie ci zdawali sobie sprawę, i zdają dalej, że postępują niegodziwie i podle, ale mało który z nich w ten właśnie sposób się wyraża. Jeżeli ktoś chce znać szczegóły służę nazwiskami i numerami telefonów.
W jakiś tam sposób rozumiem tych dupków, czy też te dupowate, pewnie chciałyby zamienić się miejscami, ale to nic trudnego. Wystarczy wziąć pędzel czy ołówek do ręki, lub otworzyć komputer. Talenty niby mam podobne.
A teraz dochodzimy do sedna rzeczy, pod względem plotkarskim mężczyźni są o wiele gorsi od kobiet, potrafiących jedynie ponarzekać, dlaczego ktoś tam wybrał nie ją, ale jej koleżankę, przecież ani nie jest ładniejsza, a już na pewno inteligentniejsza.
U mężczyzn dochodzi jeszcze zawiść. O wszystko. Kobiety, pieniądze, talent, jako taki wygląd, łatwość prowadzenia rozmowy, dar przyciągania kobiet. Nie istnieje nic gorszego od zazdrosnej o wszystko, nie utalentowanej polskiej mendy.
Ale, niestety, w krakówku ciągle się na takie natykasz. Bywają niby to wykształco-ne, na stanowiskach, posiadające pozycję społeczną, czyli przed wejściem do lekarza nie musi stać w kolejce, niektóre mają nawet wszystkie zęby.
Lecz szczytem wszystkiego bywają mendy jak wyżej plus wyuczony i wykonywany zawód artysty. Te są już niebezpieczne w dwójnasób, ponieważ w ich przypadku dochodzi jeszcze zazdrość o talent, sławę, uznanie.
Kobieta zdradzi cię, umyje się, kupi sobie nową kieckę i powoli wraca do życia. Pseudo – artystyczna menda nie. Tak, jak kiedyś NKWD poluje przez 24 godziny. A nawet dłużej.

 

Po co Jerzemu sława ?

Krępowała go przez wszystkie godziny dnia i nocy, szczególnie, kiedy narażony był na czyjeś bałwochwalcze zaszczyty.
Natychmiast stawał się zażenowany, nie wiedział jak ma się zachować. Chciał zniknąć, ale przecież ci, którzy go chwali nie robili tego bezinteresownie, szło im wyłącznie o siebie. Chcieli postać u o boku kogoś znanego jak najdłużej, jakby ogrzać się jego sławą.
Dochodziło do tego, iż Jerzego zaprzyjaźnione panie kelnerki z barów nagabywały, kiedy dostaną od niego nowy rysunek, ale taki sam, jaki dostała... Jerzy zżymał się przecież nigdy nie rysuję dwóch jednakowych.
Nie jestem pewien, czy argument ten trafiał im do przekonania, przecież chciały mieć identyczne, by nie czuć się gorsze.
Na szczęście nie było chyba żadnej zazdrości tak zwanej środowiskowej, chociaż nie jestem pewien tego do końca, czy pobratymcy Danielaków nie szeptali po kątach o partyjności Jerzego, a tym samym i jego pozycji, ale na szczęście sztuka uprawiana przez Jerzego, oraz Lidię, przewyższała każdą doraźność.
Była jakby ponad wszystko, przez co stała się akceptowana bez zastrzeżeń, i tak też przyjmowana.
Po drugie, poza przypadkiem o którym już opowiedziałem ( złość Wojciecha Hassa na recenzje wychwalające i mówiące tylko o scenografii po prezentacji Sanatorium pod klepsydrą na festiwalu w Cannes, oraz po sławnym obrażeniu się Polańskiego na Skarżyńskich, chociaż w obu przypadkach chodziło – jakby – o sprawy pozaarty-styczne, przecież recenzje nie są czystą sztuką), nie istniały zatargi na polu sztuki czystej pomiędzy Jerzym a innymi artystami.
Tyle lat członkowania w Grupie Krakowskiej, tyle lat konkretnej współpracy z największymi polskimi, i nie tylko, opery w Niemczech, Sztokholmie, reżyserami i żadnych większych napięć czy niedopowiedzeń ( może, poza normalnymi w trakcie projektowania, a później realizacji różnicami zdań ).
Sadzę, iż fenomen ten wiązał się nie tylko z perfekcją zawodową, ale i ujmującą powierzchownością osobista Jerzego, plus wyjątkowa zdolność do przystosowania się do każdych warunków, w których przyszło mu pracować.
Podobno, to co się wyrabiało na planie filmu Pamiętnik znaleziony w Saragossie odstraszyłby nie tylko scenografa, ale i zwyczajnego pracownika technicznego, ale Jerzy, jak to miał w zwyczaju na wszystko patrzył z dystansem, przymróżeniem oka, dla nie znającej go osoby mógł wydawać się nieobecny, ale to były tylko pozory. Nad wszystkim czuwał trzymając rękę na pulsie.
Nie miewali złych recenzji, więc w tym wycinku rzeczywistości nie dane było im zaznać satysfakcji krakówka cieszącego się, gdy komuś coś tam się nie powiedzie.
Nie wiem, czy gromadzili te recenzje, mam co do tego poważne wątpliwości, ponieważ żyli dniem codziennym, a nie przeszłością, do której zaliczali nawet wczorajsze premiery.
Po drugie na tyle pewnie zmęczeni byli już spektaklem, iż pewnie chcieli jak najszybciej o nim zapomnieć. Poza Łagodną, ale o niej napiszę osobno.
Tak więc pospolita sława zupełnie ich nie interesowała, chociaż czekała na nich w przedpokoju, szatniach, kawiarniach, knajpach i wszędzie, gdzie się znajdowali. Dotykała ich codziennie, a oni jakby jej nie zauważali, jak śmierci. Można więc spokojnie powiedzieć, że w ich konkretnym przypadku sława i śmierć połączyły się w jedno, rozpoczynając polowanie na państwa Skarżyńskich, jak dzisiaj wiemy dość skutecznie, chociaż nie upolowały ich jednocześnie. Trochę szkoda, ponieważ dla Jerzego życie bez Lidii było nieporozumieniem, chociaż nigdy nie powiedział na ten temat ani słowa. Ale to się czuło.

 

Wędrówki po miejscach, do których każdy normalny człowiek nie wejdzie.

Czasami, ale bardzo rzadko, nie tylko w Polsce, włóczyliśmy się po spelunach, do których strach było wejść bez wcześniej napisanego życiorysu, lub przynajmniej z podwyższoną, co najmniej dziesięciokrotnie, polisą ubezpieczeniową na wypadek szybkiej śmierci.
Jerzego ciągnęło w takie miejsca ( Konrada Swinarskiego także, co pięknie opisał Kazimierz Wiśniak ) bez oglądania się na skutki. Pewnie przeważała wtedy nad zdrowym rozsądkiem zwykła ciekawość.
Posługując się kilkoma językami nie miał najmniejszych problemów z nawiązaniem w takich przybytkach sztuki szybkich kontaktów towarzyskich, plus pernamentna zgoda na wypicie miejscowego rarytasu, jak i nie certolenie się przy płaceniu rachunku.
Czymś tych ludzi ujmował, nie tylko mężczyzn zresztą ? A później w większości przypadków popijaliśmy sobie spokojnie z autochtonami. Pod mostem w Rzymie, na dworcu w Radomiu, kiedy uciekł nam ostatni wieczorny pociąg do Warszawy. Na propozycję poszukania miejsca w hotelu Jerzy obruszył się : w hotelu napijemy się i pójdziemy spać, a tutaj może się coś wydarzy, chociaż rano bardzo narzekał na brak łazienki.
Podobnie bywało w Szczecinie ( Kotka na blaszanym, rozgrzanym dachu ), Wrocławiu, Goeteborgu, Warszawie czy Zakopanym.
Kiedy w towarzystwie w którym przebywaliśmy było, zdaniem Jerzego, nudno żegnaliśmy się i w drogę. Dziwnym trafem żadna z tych wypraw w poszukiwaniu zagubionej arki nie skończyła się jakoś szczególnie, chociaż powinna. Jerzy, kiedy alkohol dawał znać o sobie, miał w zwyczaju kusić swoim wdziękiem najpiękniejszą panienkę w towarzystwie, by ta z nim wyszła.
Dość często także, przeważnie działo się to w Warszawie, Jerzy nagle żegnał towarzystwo, ponieważ, jak sam się przyznawał, bardzo wcześnie dzisiaj wstał, szedł spać a po dwóch godzinach zjawiał się przy barze wypoczęty, i co najdziwniejsze, trzeźwy. Posiadał organizm niesłychanie szybko stawiający go na nogi, chociaż – ponieważ każdy bar, jak kij, ma dwa końce – po wypiciu kolejnych dwóch szybkich wódek Jerzy ponownie znajdował się w stanie, jak przed położeniem się spać, spalony tytoń zwisał mu z papierosa, okulary lekko zjeżdżały na nos, koszula na piersiach coraz bardziej się rozchylała.
Ale takiego Jerzego także kochaliśmy, i nikomu nie przeszkadzało dopóki roztar-gniony mąż chcąc pojechać do domu nie zaczął szukać swojej połowicy.

 

Jazz. Duży i mały, czyli na zewnątrz i w domu.

Oprócz kina najważniejsza pasja Jerzego. W jego domu rodzinnym zawsze słuchało się jazzu, a kiedy ojciec Jerzego, który okupację spędził w Anglii i Szwecji wracał do Polski, napisał do syna list z zapytaniem co ma mu przywieźć w prezencie. Jerzy natychmiast, i bez namysłu, odpisał : płyty z jazzem i w ten sposób na początku uroczych lat pięćdziesiątych stał się właścicielem jednej z największych kolekcji jazzowej pewnie w całym kraju.
Natychmiast także zaczął się swoimi skarbami dzielić, z adapterem pod pachą jeździł i wygłaszał na temat jazzu prelekcje, ilustrując je muzyką z przywiezionych przez Ojca płyt.
Już nie tylko w mieszkaniu państwa Fersterów przy ulicy Retoryka, ale kilka innych miejsc zaczęło pełnić rolę punktów edukacyjnych jazzu, w których Jerzy grał jak zwykle jedną z głównych ról.
Jak powszechnie wiadomo ówczesnej, siermiężnej władzy muzyka kojarzyła się conajwyżej z akordeonem jazz był „ jazz był produktem zgniłego, imperialistycznego zachodu ”, więc zaczęto zwalczać jego rozpowszechnianie w sposób godny każdego UB.
Na szczęście propagatorzy jazzu byli pomysłowi, i ten jakby nowy w Polsce odłam aktywistów stale poszerzał się, aż w końcu jazz, a co za tym idzie nowy styl życia, stał się obowiązujący w kręgach ludzi myślących inaczej, czyli normalnie.
Z rozrzewnieniem opowiadał Jerzy o chyba pierwszym w Polsce james seision który odbył się na...Hali Gąsienicowej pod błahym pretekstem zwykłego spotkania towarzyskiego. Fanatykom z UB nie przyszło do głowy, iż na Hali Gąsienicowej można grać jazz, i to jak !
Nigdy od jazzu nie odchodził, chociaż bywały okresy, w których tak po prostu nie miał na niego czasu, ale obowiązkowo zjawiał się na koncertach, czy imprezach jazzowych orfganizowanych o każdej porze dnia i nocy.
Na dobre wrócił do jazzu po śmierci Lidii. Wokół siebie czuł pustkę, nie pracował więc włączał adapter i słuchał jazzu. Zawsze na adapterze, nagrania z płyt CD uważał w jakiś tam sposób zza profanację.
W okresie po śmierci Lidii przychodziłem do niego dość często, i już od mniej więcej pierwszego piętra słychać było trąbkę Elingtona ( na szczęście sąsiedzi Jerzego rozumieli jego stan i nie protestowali ), drzwi od mieszkania zawsze były otwarte, wchodziłem, siadałem przy stole, kieliszkami zastawiony było prawie całe mieszkanie, Jerzy jedyny raz w życiu prawie nic nie mówił.
Siedzieliśmy, słuchali jazzu, popijali. Dla niego czas pewnie się zatrzymał i Jerzy miał nadzieję, iż za chwilę, jak zwykle, pojawi się Lidia. I pewnie pojawiała się, tylko ja jej nie spostrzegałem.
O związkach Jerzego z jazzem pewnie należałoby napisać obszerną broszurę, ale nie czuję się do tego dojrzały, bowiem, ku przerażeniu Jerzego, jazz nie jest moim przeznaczeniem, po drugie opowieść ta bardziej dotyczy samego Jerzego, niż tego co kochał lub lubił, więc powtórzmy tylko : bez jazzu nie było Jerzego, a odwrotnie ? Pewnie tak, ale w Polsce pojawiłby się ze znaczniejszym opóźnieniem i w mniej wyrafinowanej formie.
Po latach zapraszany bywał na większość festiwali i imprez związanych z jazzem, ale nie chciał mu się już na te imprezy jeździć.
Wolał pójść do Piwnicy i posłuchać jak tam grają, lub na chwilę wpaść do jednego z tysiąca działających dzisiaj w Krakowie klubów jazzowych, stanąć przy barze, coś tam zamówić i posłuchać dobrej muzyki.
Może wtedy wracał myślami do kilku walizek pełnych płyt, które razem z jego Ojcem znalazły się w Krakowie ? Może, chociaż do przeszłości nie lubił wracać. Była – zwykł mówić – ale na szczęście rozpłynęła się w niepamięci. Był człowiekiem dnia teraxniejszego.

 

W stronę nieznanego.

Moim zdaniem zmierzał w tym kierunku całe życie. Z różnym zresztą skutkiem. Jako artysta pewnie osiągnął bardzo wiele w badaniu nieznanego. Jako człowiek ? Nie jestem pewien, ponieważ w przypadku Jerzego na drodze do dowiedzenia się czegokolwiek z jego przemyśleń, pragnień, celów, stawała jego ogromna, jak i niesamowita wręcz niechęć do rozmawiania o czymś, co właśnie tworzył. Lub co planował, lecz mu nie wyszło.
Rozumiałem go, ponieważ wiem jak trudno jest przełożyć na słowa coś, co plącze się po głowie, szczególnie kiedy jest się malarzem.
O wiele łatwiej było mu rozmawiać o projektach scenograficznych, chociaż tutaj także wchodziła w grę lojalność wobec reżysera.
Koło się zamykał, Jerzy siedział z nami przy stoliku, a myślami bawił gdzie indziej pewnie na Węgrzech jak żartował Andrzej Warchał w swoim sławnym, Piwnicznym monologu, i chociaż tekst nie odnosił się do Jerzego można go było mu przypisać bez cienia pomyłki.
Chwile takie zdarzały się jednak rzadko, Jerzy przeważnie rozgraniczał pracę od kawiarni czy baru, ale czy to się tak da do końca ? Nie, więc ciągle coś w nim pulsowało, kipiało, ale nigdy nie robił przy nas żadnych notatek czy szkiców. Czasami tylko zapisywał datę i godzinę jakiejś imprezy, na której zamierzał się pojawić.

 

Omega.

Zainteresowania Jerzego były tak rozległe, że kiedy w roku 1972 lub 73 pojawił się w Krakowie sławny na owe czasy, węgierski zespół rokowy Omega Jerzy poprosił mnie, czy przypadkiem nie możemy wybrać się do hali Wisły na ich koncert.
Pewnie był jednym z najstarszych na sali, ale z wielką uwagą i skupieniem wsłu-chiwał się w dwugodzinne łomotanie, by później przedstawić mi szczegółową analizę ich muzyki, której nie powstydziłby się zawodowiec piszący o tego rodzaju upośle-dzeniu.
Do tego dochodziły uwagi jakie popełnili projektując scenografię sceny, sposób zachowania się na niej, jak i opinie co z takiej muzyki może dla nas wynikać.
Był omnibusem w każdej dziedzinie poza sportem. Podchodził do tego na luzie, jak człowiek przekonany o swojej wiedzy, jak też nie robiący z posiadania jej większych problemów, na przykład wywższający się ponad otoczenie, ponieważ pamiętał w którym odkryto źródła rzeki Orinoko.
W sprawach ważnych zabierał głos bardzo rzadko i to przeważnie zawsze na końcu, ponieważ nie chciał by jego zdanie miało moc obowiązującą. Dla niego wszyscy byli szalenie zdolni, a jeżeli już ewidentnie nie, natychmiast stawali się przynajmniej na tyle ciekawi, iż należało ich wysłuchać, lub przynajmniej dać szansę na przedstawie-nie swojego sposobu patrzenia na świat.

 

Jak człowiekowi uprzykrzyć życie doczesne.

Nigdy na nic nie narzekał, chociaż czasami w bardzo prywatnym gronie wyrwało mu się jakieś słowo, stwierdzenie, opis sytuacji w której się znalazł, z której wynikało, iż także dla niego świat bywa upierdliwy.
Ale zawsze zdarzenie to rozbudowane było do rozmiarów małego, a nawet śmiesznego, opowiadania, jakby zwykła niedorzeczność czy okrucieństwo przedmiotów martwych było za małym pretekstem, by o tym opowiadać.
Im bardziej starzał się – fizycznie – tym częściej zdarzało mu się zżymanie się na schody piętrzące się przed nim. Wszystkie, szczególnie w domu. Mieszkał na czwartym piętrze, które czasami stawało się szóstym, a może nawet ósmym. Schody w tramwajach, kawiarni Maska, półstopnie w ciemnych barach, wszystkie one jakby nagle wytoczyły Jerzemu cichą wojnę.
Nie lubił także czekania. Chwila spędzona przed drzwiami urzędu, czy w poczekalni do lekarza była czasem bezpowrotnie straconym.
Jeżeli potrafił próbował takie sytuacje wyeliminować z życia, ale naturalnie nie wszystkie się udawało.
Ale za to na pociąg, samolot czy taksówkę czekał bez zniecierpliwienia. Przeciwnie niż na nie podchodzących do stolika, czy baru, kelnerów.
Jak wiem jego zniecierpliwienie kiedy zachorował bywało dla jego najbliższych uciążliwe, tym bardziej, że odbijało się na jego rehabilitacji.
Nienawidził małości i bezduszności, która naturalnie kojarzyła mu się automatycz-nie z urzędniczką zwlekającą z załatwieniem jego sprawy.
Można powiedzieć, iż świat wokół niego nie był mu przyjazny, przyjaźni natomiast byli ludzie, sytuacje, talent. Przedmioty martwe nie. Potykał się o nie, ale bez większego wysiłku brnął dalej w życie, które także czasami zachowywało się w stosunku do Jerzego, jakby to on był tym przedmiotem martwym.

 

Tyrmand.

Jeden z najbliższych przyjaciół Jerzego. Połączyła ich nie tylko miłość do jazzu, ale przede wszystkim podobny sposób myślenia, reagowania, widzenia świata czy sztuki.
Noc poprzedzającą swój ostateczny wyjazd z kraju, Tyrmand spędził u Skarżyńskich. Nie chciał pić, nie mógł spać, był nierozmowny, zamknięty w sobie. Zerwał się z łóżka o piątej rano, nic nie zjadł, pospiesznie pożegnał, wsiadł do samochodu i pojechał w stronę granicy z Czechosłowacją.
Po latach ( chyba w roku 1980 ) kiedy spotkali się na lotnisku w Chicago, Jerzy zapytał go o tę noc.
Pod maską silnika miałem ukryty swój sławny Dziennik, więc naturalną rzeczą jest, że nie myślałem o niczym innym, jak tylko o kontroli na granicy.
Jako, podobno, świetny mechanik samochodowy Tyrmand doskonale wiedział gdzie te setki stron papieru ukryć, ale kto z nas dzisiaj coś wie o strachu w tamtych latach ?
Jerzy często odwiedzał Tyrmanda w Ymce w Warszawie gdzie ten początkowo mieszkał, doskonale znał tajemniczą, młodą dziewczynę której to Tyrmand jakoby udzielał korepetycji, znał jej prawdziwy wiek, ale nie chciał o tym opowiadać, ponieważ twierdził, iż pisarz ma pełne prawo do konfabulacji. Nawet w życiu.
Popijali razem, chociaż Tyrmand nie za bardzo lubił płacić rachunki, fascynowali się jazzem, czasem spotykali w Jastarnii.
Mieszkanie Skarżyńskich było przystanią dla Tyrmanda, kiedy ten odwiedzał redakcje Tygodnia Powszechnego i Przekroju.
I nagle tyle lat niewidzenia się. Nagle, mniej więcej dwadzieścia lat po ostatnim spotkaniu, znajoma twarz wśród tłumu pasażerów na lotnisku w Chicago.
Tyrmand, który potrafił dowiedzieć się wszystkiego, odkrył jaką ma Jerzy marszrutę w USA i tak zwyczajnie wyłowił go na lotnisku. Zaprosił także do domu ( mieszkał kawał za miastem ), ale po raz kolejny Jerzy wyczuł, iż Tyrmand nie ma pieniędzy, albo nie ma ochoty zapłacić za taksówkę, po drugie rano Jerzy musiałby wracać na lotnisko samotnie, więc nie przełożył godziny swojego odlotu, więc trzy wolne przegadali przy kawie.
Podobno rozmowa nie za bardzo się kleiła, zbyt dużo czasu upłynęło od ostatniego spotkania by mogli rozmawiać swobodnie i bez obciążeń.
Bardzo nie lubił, kiedy pytano go o zmianę nazwiska, pracę podczas wojny w radzieckiej gazecie, wzrost. Zawsze musiało być ( i to obowiązywało ) jak On mówił, czy też uważał za prawdę, więc niech tak pozostanie.

 

Lumpy raz jeszcze.

Dosłownie był nimi otoczony. W Krakowie nie da się prowadzić życia towarzyskie-go – w sposób, w jaki rozumiał to Jerzy – i nie mieć z nimi ciągle do czynienia. A przecież nie należał do ludzi potrafiących odgonić spragnionego, więc ciągle narażony był na towarzystwo „ dziwnych ” typów opowiadających jak to na Krowodrzy powstał świat, i kiedy, kogo wczoraj potrącił tramwaj naturalnie, że go znałeś, przedwczoraj piliśmy...
Szczególnie uciążliwe bywały podobne sytuacje, kiedy Jerzy pojawiał się w mieście w towarzystwie nie krakowskich gości, pół biedy kiedy ci nie mówili po polsku.
Lump czuł się pełnoprawnym członkiem grupy zabawowej, jakżeby inaczej. Przecież wczoraj z Jerzym rozmawiali o Deschampie, więc jak teraz ta pani może mówić do niego tak przykre słowa. I co na to Jerzy ? Dlaczego nie interweniuje.
W tych latach w Krakowie trochę zatarły się granice pomiędzy dobrem a złem, sztuką a szemraną ( złe, to warszawskie słowo, nijak nie pasujące do Krakowa ) resztą towarzystwa, urodą a brzydotą, cuchnącym oddechem, a perfumami marki Brud.
Dzisiaj sytuację ustawia kasa, coś takiego jak sztuka nagle przestało istnieć, Nowa, Wspaniała Polska zepchnęła nas poza nawias rzeczywistości, chociaż czasami, szczególnie w Krakowie, sztuka czasami podnosi głowę, ale wtedy przywala się jej w łeb, na przykład vatem.
Jerzy doskonale czuł się w każdym z tych światów, może nawet lepiej tam na dole, ponieważ nie było w nim udawania, zawiści, zazdrości czy zawodowego cwaniactwa.
Lidia patrzyła na to jego bratanie się z tłumem z przymróżeniem oka, chociaż chociaż czasami skutki tego bratania odczuwała na sobie, kiedy Jerzy robił się niekomunikatywny, a tutaj premiera za pół godziny.
Bez lumpów jednak, jak i całej kulturalnej, jak by to nazwać, otoczki którą z sobą przynosili życie w Krakowie byłoby nudne. Jak dzisiaj jego pseudoszpan, życie i działanie na pokaz, nic nie wiedzenie a wybijanie się na proroka są na porządku dziennym.
Zaszywaliśmy się wtedy w jakiejś zacisznej knajpie na Kazimierzu, dzwonili po Pawła Głowackiego i przeczekiwali na porę, kiedy zapadnie mrok. Wtedy można już było wrócić do śródmieścia, tylko po co ?
Mrok przykrywał nowe miasto z ich idolami nie potrafiącymi sklecić kilku logicznych wersów, wypić spokojnie dwóch setek bez darcia się kim oni nie są, czy po prostu nauczenia się zwykłego spędzania wolnego czasu, a nie błąkania się jak smutni poecii we mgle.
Na szczęście powyższe nie odnosi się do kobiet. Te zawsze są na poziomie. W przeciwieństwie do ich zidiociałych i znerwicowanych towarzyszy.

 

Znajomi po siedemdziesiątym roku życia Jerzego.

Im był starszy, tym bardziej ciągnęło go do młodych ( nie tylko kobiet ). Naturalnie, nie zrywał starych przyjaźni, ale jakby lekko odkładał je do przechowalni.
Zresztą z kilku powodów. Znajomi w jego wieku, albo starsi, prowadzili jakże od Jerzego odmienny styl życia, więc, jak podejrzewam, nie miał najmniejszej ochoty na rozmowy o chorobach, rentach, złośliwościach czasu itp.
Spotykał się z nimi sporadycznie przy szczególnych okazjach. Ale za to z młodymi, szczególnie z tymi, którzy tak jak on lubili życie na zewnątrz, nie w domu, był za pan brat.
Tylko, niestety tych „ młodych ”, poza Pawłem Głowackim...nie było. Los jakby zakpił sobie z Jerzego, bowiem kiedy ten potrzebował towarzystwa to nie pojawiało się, znaczy znajdowali się ludzie z którymi mógł przez chwilę porozmawiać, wypić w ich towarzystwie jednego, ale to nie było to.
Jerzy ulepiono był z innej gliny, i takich samych „ innych ” szukał. Ale tacy przecież nie rodzą się codziennie, ot tak sobie, więc samotność w tłumie stawała się coraz częstszym udziałem Jerzego.
Nie narzekał, ale widać było, iż jest mu coraz ciężej, niecodziennie Paweł mógł odkładać recenzencki ołówek i przez wiele godzin dyskutować z Jerzym o wszystkim i o niczym. Znajomość z Jerzym zaczęła żądać coraz więcej czasu.
Przemieszczał się więc Jerzy z jednego baru do drugiego, jednego ogródka letniego do następnego. Pustka. Czas, w którym pełno było znajomych, z którymi można było kraść przysłowiowe konie, wyparował. W zamian pojawił się nowy rodzaj pijaczka : swoje wypije a więcej ktoś mi postawi, co do inteligencji i wrażliwości to : nie dotyczy.
Bardzo Jerzy biadał nad schamieniem miejsc, w których przez lata bywaliśmy, i nie tylko miejsc, ludzi przede wszystkim, chociaż wystroje tych spelun zasadniczo zyskały na wyglądzie, ale toalety już nie wszędzie.
Większość knajp do których uczęszczaliśmy rozpłynęła się w niebycie, jak i ich goście. Zamiania w 1989 roku jednego pseudoustroju na drugi wymiotła z ludzi fantazję. A tej przecież nie dostanie się w prezencie od Unii Europejskiej, ani nie nabędzie w kantorze.
Nagle jakby pustka zaczęła unosić się nad Krakowem, i w tej pustce Jerzy nie potrafił się odnaleźć, chociaż ci co go nie znali i patrzyli na niego z boku żadnych zmian nie zauważali. Palił, nosił gazety, teraz już w specjalnych, plastykowych woreczkach, popijał, dalej ubierał się z wyszukaną elegancją. Ale czy to ciągle było to samo ?

 

Rehabilitacja.

Można powiedzieć, iż rehabilitacja zdrowotna Jerzego rozpoczęła się na przełomie lat siedemdziesiątych o osiemdziesiątych i trwała nie przerwania aż do końca jego życia. Naturalnie z różnym natężeniem.
Cholernie dawała się Jerzemu w kość, ale znosił ją jak coś naturalnego, jak na przykład nieznośnego, ale w jakiś tam sposób swojskiego, intruza w barze.
Bywał operowany, krajany i natychmiast zaszywany, ponieważ zabieg nie rokował żadnej nadziei, bliscy znajomi byli przekonani, iż w ostateczności jego miesiące są policzone.
Dożył 79 lat plus prawie miesiąc, chociaż pewnie do końca nie wierzył w prosty fakt, ile ma lat. Kiedy przyplątały się inne choroby i zmuszony był do cotygodniowej terapii chemicznej traktował ten fakt jakoś coś naturalnego ( a można inaczej ? zdrowy tego nie wie ), z gazetą czy książką udawał się na poniedziałkowy, czy wtorkowy kilkugodzinny zabieg.
Z wiekiem natężenie tych wszystkich naleciałości kumulowało się, stając się – nawet dla Jerzego – dawką trudno przyswajalną. Nawet, dla faceta tak niesamowicie silnego fizycznie i psychicznie.
Bywały momenty, w których gdyby nie determinacja Aliny i jej przekonanie, iż można i należy jeszcze walczyć spotkalibyśmy się na cmentarzu Rakowickim o wiele lat wcześniej.
Poza tym wszystkim niesamowicie bolał go kark przeszkadzając w pracy. Nie mam zamiaru wyliczać wszystkich chorób i dolegliwości Jerzego ponieważ nie piszę szpitalnego żurnala.
Chorował, cierpiał ale próbował by wszystkie te dolegliwości nie przeszkadzały mu w codziennym życiu. Było to jednak o tyle trudne, ponieważ to właśnie alkohol znajdował się na pierwszym miejscu do wyeliminowania
Nie uczynił tego jednak nigdy. Pomijając dowcipy w rodzaju, że nie będzie się pozbywał jedynej życiowej przyjemności jaka jeszcze mu pozostała, w jakiś tam sposób – pewnie duży – alkohol trzymał go przy życiu.

 

Kobiety raz, dwa, trzy.

Nie można powiedzieć, że były celem jego życia, ale stwierdzenie to nie zbyt daleko mija się z prawdą.
Trudno pisać mi o kobietach Jerzego, ponieważ popełniam tutaj grzech wchodzenia komuś w zabłoconych butach do łóżka, nawet kiedy ten ktoś był moim przyjacielem.
Po drugie nie mam najmniejszego zamiaru plotkować, z kim, kiedy, ile razy. Powiem w zamian, iż Jerzy był niesamowicie wrażliwy na kobiecy wdzięk, a czasami, kiedy tego wdzięku trochę brakowało, także wszystko było, jak zwykł mawiać, OK.
Nigdy nie był kobietami otoczony, ponieważ od zawsze związany była z Lidią, ale mogło mieć się pewność, iż kiedy pojawi się Jerzy po chwili jakaś kobieta podejdzie do niego, wypiją kawę, pośmieją się i znikną.
Gdyby nie Lidia pewnie byłby z piętnaście razy żonaty, ale na szczęście dla Jerzego, a jeszcze większe dla nich, Lidia trzymała, że tak powiem, rękę na pulsie i romanse Jerzego rozchodziły się – jak to się potocznie mówi – po kościach, nikt nie skakał do Wisły, ani nie potrzebował pomocy rodzinnego psychologa.
Był typem do którego kobiety lgnęły jak przysłowiowe pszczoły do miodu, a już szczególnie kobiety tak zwanych lekkich obyczajów.
Posiadał w sobie wyczuwalną przez kobiety na odległość siłę przyciągania i czasami korzystał z niej, chociaż...najpierw był bar.
Wypijał szybką wódkę, czasami dwie, zdejmował okulary, spoglądał na zegarek i szeptał : Lidusiu, muszę na chwilę wyskoczyć. Doskonale zdawała sobie sprawę dokąd pędzi, ale dopóki nie przekroczył wyznaczonej przez nią samą granicy, wszystko było w porządku.
Miał tego rodzaju temperament. Naturalnie, nie jest to usprawiedliwieniem, ale dlaczego do cholery mam go usprawiedliwiać ? Kobiety lubiły go, on je, więc wszystko jest OK.
Naturalnie trafiały się dziewczyny z którymi Jerzy, jak to powiedziałem, przekraczał wytyczoną przez Lidię granicę, ale natychmiast zostawał przywoływany do porządku i wszystko szybko wracało do równowagi.
Z wiekiem pojawił się mały problem, mianowicie Jerzy zupełnie nie wierzył w tak zwany upływ czasu, zmiany anatomiczne i tak zwany „ duch czasu ”.
Bywał przekonany, że nadal ma czterdzieści pięć lat, a kiedy dodatkowo sobie wypił tym bardziej dziwił się dziewczyną że te nie chcą mieć z nim nic do czynienia.
Podrywająć je, złe słowo, ale dobrze oddające istotę rzeczy, bezpośrednio, to znaczy na głos, mówił co ochotę z nimi robić, czasami wzbudzając tym zdumienie, czasami złość, a dość często...zrozumienie.
Niestety dla Jerzego lata jego królowania u płci przeciwnej przeleciały dość szybko i teraz musiał się bardziej natrudzić by na którejś z nowej piękności Krakowa postawić swój autograf.
Ale nie poddawał się, coraz bardziej chory, coraz mniej mógł wypić, więc tylko wodził za kobietami oczami, jakby te były co najmniej ekranem w swoim ukochanym kinie.
Chociaż nienawidził szablonu i szmiry, ale pewnie szablonowo i szmirowato niejedną kobietę naraził na palpitacje serca.
Podkochiwały się w nim młode licealistki, studentki, ale pewnie i kelnerki, barmanki, chwilowe królowe nocy.
Miał swoją sztukę, swoje bary, kobiety. Był człowiekiem szczęśliwym, chociaż do końca nie jestem o tym przekonany, ponieważ w przypadku Jerzego, coś, co jeszcze się nie zdarzyło było najważniejsze, czyli nie namalowane, nie narysowane czy nie wymyślone, liczyło się o wiele bardziej niż doraźność, jeżeli miała kształt i kłopot kobiety.

 

Lagodna.

Jedna z niewielu inscenizacji, którą tak pragnął doprowadzić do finału, z różnych zresztą powodów.
Scenariusz, według znanej powieści Dostojewskiego napisał Jan Nowicki, on także miał przedstawienie wyreżyserować, zagrać główną rolę.
Jacek Schoen w swoim teatrze wynalazł wspaniałą salę, wyglądało więc, że wszystko jest na najlepszej drodze ku premierze, ale widać nie było.
Rozmowy o niczym przeciągały się, datę premiery kilkakrotnie przesuwano, Jerzy coraz bardziej popadał w twórczą apatię.
Czuć było narastające w nim rozgoryczenie, ponieważ był człowiekiem czynu, a nie słowo nie do końca wypowiedzianego. Rozmawiał, decydował się na konkretną sztukę, siadał, rysował, projektował. Takiego samego domagał się od współpracow-ników, jednak Janek wahał się, grał inne role, jeździł do Egiptu, nurkował.
W końcu Jerzy sam pojechał do Egiptu i w siedem tygodni później umarł. Z Łagodnej pozostała tylko część zaprojektowanej dekoracji, i kilka kostiumów, ponieważ Jerzy zmagając się z bólem nie brał się do pracy nie będąc pewien jej rezultatów ( nie swoich, współpracowników) i finału.
Często o Łagodnej opowiadał, jakie ma pomysły, jak chce rozwiązać zadanie scenograficzne postawione przed nim przez Nnowickiego.
Po drugie chyba po raz pierwszy w życiu nie pracował jednocześnie nad kilkoma projektami naraz, więc niejako automatycznie wszystkie jego teatralne myśli kierowały się ku Łagodnej.
Zapowiadało się niezwykłe przedstawienie, ale przecież pomysłami wybrukowane jest artystyczne piekło, więc i tam Łagodna spoczęła. Bez fizycznej obecności Jerzego nie będzie to już ten sam spektakl.

 

Słońce.

Uwielbiał go. Kiedy tylko miał czas jechał do Kryspinowa, by się w tym bajorku kapać, kiedy nie miał, kładł się na leżaku na mikroskopijnym balkonie i upajał się słońcem.
W życiu nie spotkałem nikogo tak od słońca, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, uzależnionym.
W ogóle pełno w nim było z pozoru sprzecznych, jakby wykluczających się nawzajem cech : alkohol i dobroć, łagodność, miłość do zwierząt i świadome niechcenie posiadania potomstwa, życie w gęstym tłumie a następnie ucieczka w twórczą samotność, nieliczenie się z wytrzymałością własnego organizmu a później mikroskopijne liczenie tabletek plus zupełne nieprzestrzeganie zaleceń lekarzy. Dużo jeszcze można by wymienić sprzecznych niedomówień, które składają się na wnętrze człowieka.
Nie był od nich wolny. wprost przeciwnie, doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej kruchości i uzależnień, chociaż otwarcie nie lubił się do nich przyznawać.
W życiu nie pomyślał o wyrobieniu prawa jazdy, wiedział, że do prowadzenia samochodu kompletnie się nie nadaje.
Nie potrafił, jak każdy normalny człowiek, mnóstwa różnych rzeczy i nie krył się z tym. Był sobą, od końca lat siedemdziesiątych chorym, ale z drugiej strony najzdrow-szym z nas wszystkich.

 

Hłasko.

Wielki przyjaciel Jerzego. Rozmawiał z nim telefonicznie na kilka dni przed jego śmiercią. Był wtedy w Niemczech, robił scenografię do opery Pendereckiego i Hłasko planował jak najszybsze spotkanie.
W trakcie rozmowy nie powiedział ani słowa o swoim – podobno planowanym – powrocie do Polski. A Jerzy w ten jego powrót nie za bardzo wierzył.
Żartował z pana Marka, iż ten bardzo lubi zaczepiać ludzi, wzniecać bójki, ale jak przychodziło do mordobicia, Hłasko posiadał szczególny dar natychmiastowego znikania i pojawiania się, kiedy było już po wszystkim.
Jerzy dokładnie pamiętał mieszkanie Hłaski w Warszawie przy ulicy Częstochowskiej, jak i odwiedziny Milicji Obywatelskiej, kiedy pan Marek wyjechał z kraju i zostawił klucze od mieszkania – między innymi – Jerzemu.
Dla „ władzy ” było nie do pomyślenia, że tak przez nią hołubiony ( w jej mniema-niu ) twórca ośmiela się nie wracać do raju szczęśliwości socjalistycznej, a na dodatek jego lekko popijający przyjaciele korzystają z mieszkania, w takim trudzie zbudowanego przez triumfującą klasę robotniczą.
W kilka lat później spotkali się w Paryżu i Hłasko, który nie miał gdzie mieszkać, przeprowadził się do pokoju w Pan, w którym Jerzy będąc na stypendium, koczował.
Prowadzili życie jak w Warszawie, dzień spędzali w kinach, noce w knajpach. Hłasko podobno nie zmienił się nawet na jotę ( niby dlaczego miał się zmieniać ? ), był pogodnym, wesołym, miłym, rozbawionym dzieckiem.
W jakiś czas później, znowu w Paryżu, zaprosił Jerzego z przyjacielem do jednej z najdroższych i najmodniejszych restauracji, w której to biesiadowali cały dzień.
O pieniądz się nie martwcie zapewniał, zamawiał nowe, coraz bardziej wymyślne potrawy i alkohole, dwa razy wyskakiwał na chwilę do pobliskiego domu publicznego, ale kiedy zbliżała się pora zamykania lokalu Jerzy z przerażeniem zdał sobie sprawę z prostego faktu, iż Hłasko jest bez grosza.
Kiedy po raz dziesiąty podszedł do ich stolika kelner domagając się zapłaty nagle Hłasko zaczął na głos recytować całe fragmenty Braci Karamazow. Po rosyjsku. I podobno robił to w tak mistrzowski i niepowtarzalny sposób, że w lokalu zapanowała grobowa cisza. Kiedy w końcu po około czterdziestu minutach skończył rozległy się oszałamiające brawa, a siedzący obok ich stolika dżentelmen widząc problemy Hłaski z rachunkiem zaproponował, iż z przyjemnością drobiazg ten ureguluje.
Jeszcze przed swoim wyjazdem z kraju Hłasko odwiedził Skarżyńskich w Krakowie. Dzielili wtedy mieszkanie z wybitnym przedstawicielem UB przy ulicy Kremerowskiej.
Hłasko pojawił się w środku nocy i kiedy się napił przypomniał sobie, że przecież niedawno czytał coś tam młodego, zdolnego pisarza Ireneusza Iredyńskiego i natychmiast zapragnął go poznać, więc Jerzy sięgnął po telefon.
Oszołomiony Iredyński, dla którego poznanie Hłaski jak sam przyznał, było jak dotknięcie samego Pana Boga mieszkał wtedy przy ulicy Krupniczej 22 i nie namyślając się ani chwili natychmiast u Skarżyńskich się pojawił. Na piżamę nałożył korzuch i tak poczuł się zaszczycony oprowadzaniem Hłaski po Krakowie, iż przez kilka najbliższych dni nie zdążył tej piżamy ściągnąć.
Pytany przeze mnie o przyczyny śmierci Hłaski Jerzy nie potrafił podać przekony-wującej diagnozy. Jednak do wersji o samobójstwie się nie skłaniał.
W zamian opowiadał, jak to niejednokrotnie był świadkiem kiedy Hłasko zażywał garść proszków nasennych po alkoholu, a rano następną garść na pobudzenie.

 

Droga donikąd.

W jego świecie takiej drogi nie było. Od najmłodszych lat – jak można patetycznie powiedzieć – miał jasno wytyczony cel życia. Reszta przyjdzie później, nie wolno się zniechęcać i denerwować.
I przyszła : sztuka, Lidia, wszystko. Na końcu śmierć. To niestety także patos, ale jak od niego uciec ?
Nie lubił chodzić na pogrzeby i pewnie chętnie nie poszedłby i na swój, ale niestety stało się inaczej. Spod okularów patrzył na mijający czas, odchodzące dziewczyny, zamglone butelki. Sam bywał mijającym czasem.
Kiedyś nad morzem patrząc na wzburzone fale powiedział mi, że nie wierzy w to wszystko. Nie zapytałem, co miał na myśli, czułem. W chwilę później poszliśmy do jakiejś zasmrodzonej wędzarni ryb, gdzie podawano wspaniałe śledzie i ciepłą wódkę spod lady.
Życie znowu, na chwilę, wróciło w swoje koleiny, chociaż nie było już Lidii a i jego zdrowie coraz bardziej szwankowało.
Pomimo tego pełno było w nim różnych planów : artystycznych, podróżniczych. Chciał żyć. I żył.
Budził się, włączał telewizor, sięgał po papierosa i zaraz sprawdzał jakie dziś filmy grają w kinach, a co w telewizji.
Całe życie zżerał go niedosyt informacji, wiadomości, faktów. Kupował mnóstwo gazet, książek, czasopism. Coraz częściej jednak tylko je przeglądał, chaos świata jakby zapanował nam nim, przytłoczył go tym swoim, tak zwanym szumem informa-cyjnym.
Ale nie poddawał się. Ciągle wszystkiego było mu za mało. Kobiet, alkoholu, jak i codzienności. Póki starczało sił czerpał z niej pełnymi garściami.

 

Czy to prawda, że Skarżyński zaczynał się tam, gdzie normalny człowiek się kończy ?

Święta prawda. Nikt nie musi jej nawet udowadniać, chociaż wyliczenie, gdzie kończy się normalny człowiek a zaczyna Skarżyński jest jak zadanie pytania, w którym miejscu w człowieku mieści się dusza. I ile waży.
Dzisiaj podobno wiadomo ile, 21 gramów, ponieważ tyle mianowicie ubywa z człowieka w kilka chwil po śmierci.
Nigdy nie słyszałem z jego ust wyznania że jest inny. Na pewno zdawał sobie z tego doskonale sprawę, ale jak ta inność miałaby wyglądać ? Że nie chodził na siódmą rano do pracy ? Że potrafił narysować sowę ? Że wiedział, z czego zbudowany jest absolut ?
Nie wywyższał się, nie mitologizował sam siebie. Wszystkie koleje życia przyjmował spokojnie ( poza śmiercią Lidii ), nie wierzył w cud nawrócenia, jak i odkupienia win. Których nie posiadał.
Kiedy zwracano się do niego per panie profesorze krzywił się, kurczył, jakby pod ciężarem tego tytułu.
Był zwykłym, normalnym człowiekiem chociaż brzmi to jak banał, ale przecież życie nie jest niczym innym jak banałem właśnie. I tak Jerzy go pojmował, chociaż kiedy brał ołówek do ręki, lub pędzel, zmieniał się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w...No właśnie, w co ?
Nachodziły go demony, zmagał się z nimi. Raz wygrywał, raz był remis. Jak to się ładnie mówi uczęszczał na te swoje zebrania, wystawał w barach i nie zastanawiał się, gdzie kończy się „ normalny człowiek ” a zaczyna Jerzy Skarżyński. Było mu to zupełnie obojetne.

 

Sny o dużym znaczeniu gatunkowym.

Miał ich mnóstwo, prawie jak surrealiści. I zapewne podobne. Z czasem nie potrafił się bez nich obejść. Może, w jakimś stopniu, zastępowały mu sztukę. Nie lubił spać, ponieważ uważał sen za stratę czasu, ale sny prowokowały go. Pewnie czekał na nie, ponieważ jakby były kontynuacją tego, co malował, chociaż nigdy nie zostały opisane, zatrzymane, przemienione w rzeczywistość ( jeżeli coś takiego jest możliwe ).
Przemieszczał się w kierunku domu i wydawało mu się że już śni. Ale tak nie było, coraz częściej bywał nieobecny, jakby szedł w niewłaściwym kierunku, przecież człowiek całe życie podąża w złą stronę.
Żartował, iż tak naprawdę to dopiero teraz powinien się urodzić, przecież posiadł jakąś tam wiedzę, by w końcu w pełni móc z niej korzystać.
Był nadzwyczaj skromny, przecież z tego co wiedział mogłoby skorzystać wielu sławnych ludzi, ze trzy Senaty i kilkadziesiąt Sejmów.
Irytowała go głupota, ale nie ta jakby normalna, zwyczajna. Na taką nie zwracał uwagi, pewnie udawał, iż niektórym przypisana jest z urzędu, za to kretyństwa i kabotyństwa w sztuce nienawidził ze wszystkich sił.
Jak i wywyższania się bez żadnego wyraźnego powodu, chociaż w jego towarzy-stwie ( może poza paroma aktorami, ale to specyficzny zawód ) nie spotkałem nikogo z cyklu pan nie wie kim ja jestem !.
Wszyscy doskonale wiedzieli kim są, co robią, i jaką sztukę reprezentują, więc nie było żadnego wywyższania się, chwalenia, czy podobnych bzdur.
Podobnie jak wśród lumpów, byli wyjątkowo skromni, chociaż natarczywi, ale to odnosiło się tylko do jeszcze nie wypitego alkoholu.
Można więc powiedzieć, iż tak zwana klasa średnia oraz bezbarwna masa ludzka są głupcami najbardziej przejętymi swojej roli Zbawców Świata, jedynych sprawiedli-wych w Jaffie, wszystko najlepiej wiedzących.
Jerzy unikał podobnych typów jak ognia, ale przecież Kraków wybrukowany jest właśnie nimi. Z przerażeniem patrzyłem jak wije się by uciec od intruza – megalomana wmawiającemu Jerzemu, iż Tuwim był jego wujem, a tuż obok zasuszony od nienawiści ( pewnie do samego siebie ) bałwan po raz setny próbował opowiedzieć Jerzemu, jak poleciał do Ameryki, ale wydział emigracyjny cofnął go z płyty lotniska imieniem Kenedyego.
W Krakowie ( w Warszawie już nie ) czlowiek co chwilę narażony jest na spotkania trzeciego stopnia, jakby wszystkie ufoludki – idioci mieszkali właśnie tutaj.

 

Pieniądze drobne.

Zmagał się z nimi przez całe życie. Zgarniał je z lady barów, stolików kawiarń, w prezencie otrzymywał od taksówkarzy.
Nie wiedział, co z nimi robić, gdzie chować. Tak zwane banknoty po prostu zwijał w rulon i upychał w kieszeniach spodni.
Jednak im więcej alkoholu wypijał, rulon ten robił się coraz bardziej chaotyczny, poszarpany, bezwładny. Ale z drobnymi nie mógł sobie poradzić, więc przeważnie zawsze płacił banknotami, czyli naturalnie drobnych przybywało.
Nie przypominam sobie, by posiadał coś takiego jak portfel. W jego przypadku pieniądze szybko przechodziły mu przez palce, ponieważ w miarę dobrze i szybko zarabiał. Jeszcze szybciej pozbywał się pieniędzy.
Miał w zwyczaju płacenie za każdą zamówioną wódkę, nawet jak miał spędzić w knajpie cały dzień. Jedynym wyjątkiem była obecność Lidii. Przy niej nie przejmował się drobiazgiem zwanym płaceniem, byli razem, więc rachunek pokrywały pieniądze „ domowe”.
Nie przepadał za dawaniem napiwków, nie mam pojęcia skąd się ta jego cecha charakteru brała, może z czasów wojny ?
W knajpach znano go z tego, ale taksówkarze denerwowali się, kiedy zmuszeni byli do wydawania przysłowiowych pięćdziesięciu groszy. Po Jerzym ich utyskiwania spływały jak po kaczce. W zamian zastanawiał się jak pokonać cztery pietra dzielące go od mieszkania.
Nigdy grubszych pieniędzy nie trzymał w kieszeniach marynarki, zawsze w bocznych kieszeniach spodni.
Jak każdy miał swoje przyzwyczajenia, ale to przecież drobnostki w porównaniu z wiecznością. Po drugie nie były one uciążliwe dla jego najbliższych, no, może papierosy, ale wyobrazić sobie Jerzego bez nich ?

 

Niedzielne wyjazdy za miasto.

Najbardziej nienawidziła ich Lidia, ponieważ rozbijały jej weekendowy plan pracy, ponieważ uważała, iż jest to jedyny czas kiedy Jerzy może, i powinien, odpocząć.
Ale znajomi nalegali, kusili niepowtarzalnymi urokami doliny Raby, zakolami Dunajca, surowością Ojcowa, więc Jerzy który nie potrafił odmawiać czasami kapitulował, i jakby prosto ze Spatifu ( z małą przerwą na drzemkę ) wyruszaliśmy w poszukiwaniu straconego – jako mieszczanie – czasu na łono natury.
Halina chciała jechać w lewo, Tadeusz w prawo. Jak zwykle każdego niedzielnego poranka w powietrzu wisiała mała kłótnia tylko potęgująca zasępienie Lidii.
Wiele razy namawialiśmy ją by Jerzy pojechał sam. Nie było takiej możliwości. Kiedy w końcu znajdowało się miejsce pasujące wszystkim, było już dobrze po południu, albo i później.
Jakaś przekąska, mały spacer i Jerzy już spoglądał na zegarek, w kinie Mikro właśnie pokazywano...w Teatrze Starym...Radziwiłowicz miał na video.
Nie łatwo było wyrwać się z miasta, ale jeszcze szybciej się do niego wracało. Na przykład nagle Halina przypomniała sobie, że właśnie dzisiaj ma popołudniowy spektakl, więc znowu lądowaliśmy w mieście, zdezorientowani co dalej ze sobą począć.
W tamtych latach Kraków był wymarłym miastem. Panie Dulskie tuczyły niedzielnych mężów, ci dochowywali im wierności, a siedemdziesiąt pięć procent dojeżdżających do Krakowa do pracy wykonywało swoje podstawowe zajęcie, czyli rolnictwo.
Lidię podwożono pod dom, do mnie mrugał Jerzy i w ten właśnie sposób rodził się sławny, siódmy dzień tygodnia. Dzień, którego przecież miało w kalendarzu nie być. A jak już było nam dane w nim uczestniczyć, nie mogliśmy odpuścić tak niespodziewanej okazji.
Była to jedyna i niepowtarzalna okazja odwiedzenia sobie tylko znanych miejsc, ale zapełnionych zupełnie innym niż w tygodniu tłumem.
Gruszka była nieczynna, Piwnica także, w Spatifie zamiast gości przy stolikach spali kelnerzy. Miasto odpoczywało, ale w Krakowie kiedy człowiek chce spotkać bratnią duszę na pewno zaraz tak się napatoczy.
A to pies wyprowadzał zza rogu Romana Potockiego, a to Bruno Miecugow nagle przypomniał sobie że wypadałoby się napić, a to...
Bywało wesoło a wszystko przez obowiązkowe, niedzielne wycieczki za miasto. Bez nich człowiek pewnie by odpoczął, trochę się ponudził, pomarzył o nadchodzących, całych szedściu dniach wolności.

 

Rozmowy o niczym.

W zasadzie rozmowy o niczym nie istnieją. Z każdej, nawet tej najbardziej banalnej i głupiej można się dowiedzieć czegoś ciekawego.
Panienki tak zwanych lekkich obyczajów, ale z tych lepszych knajp jak Francuski, Feniks czy Cracovia, kiedy nie miały klientów zabawiały nas opowiadając różne historie ze swojego, niełatwego przecież życia.
Lubiliśmy z Jerzym takie anegdotyczne wieczory, ponieważ panie te bywały znakomitymi podglądaczkami życia, do tego nie krępowały się nazywać rzeczy po imieniu, używając przy tym języka adekwatnego do opisywanego zdarzenia.
Znaliśmy je prawie wszystkie. Przez lata stepowania w tych samych barach jak mogło być inaczej ?
Czasami, kiedy któryś z nas przychodził do baru z kobietą, a akurat nie było przy nim wolnego miejsca, odrywał się i odstępowały swój stołek. Były przecież w pracy, my nie, więc w ich rozumieniu moralności naszym kobietom należało się miejsce przy barze.
Kiedy sobie popiły namawiały Jerzego na tańce, Zakopane, Bóg wie co jeszcze. Wzbraniał się, przecież to on zdobywał kobiety, nie one jego.
Był to chyba jedyny w Krakowie okres po drugiej wojnie światowej, kiedy nikt nikogo nie pytał czym się zajmuje, co robi, ile według niego jest dwa razy dwa.
Bawiliśmy się, ale ustrój pozwalał nam także szybko wytrzeźwieć, wystarczyło postać godzinę na postoju taksówek na dziesięciostopniowym mrozie, by do domu wrócić trzeźwym. I może właśnie o to chodziło ?

 

Jeszcze raz bar.

Mogę dać sobie głowę uciąć, że Jerzy w życiu przy barze nie siedział. Tak, jak nie wychodził z domu nieogolony, nawet po przysłowiowe gazety, tak przy barze nigdy nie siedział, zawsze stał.
Pamiętam kilka, jak nie kilkanaście barów i Jerzego zawsze przy nim stojącego. W hotelu Francuskim, Feniksie, przy barze w Piwnicy, w hotelu Europejskim w Warszawie, w Bristolu, warszawskim Spatifie, zakopiańskim barze w podziemiach hotelu Orbis.
Wszędzie stał, dość często czas i popitki pochylały go, ale nigdy nie usiadł, jakby barowe stołki przypominały mu pal, na który dzicy ludzie nabijali innych dzikich. Lub odwrotnie.
Lata mijały, zmieniali się sekretarze, jedynie słuszne prawdy przestawały obowią-zywać zastąpione przez następne „ jedynie słuszne ”, panienki znajdowały mężów, którym niestraszna była ich profesja, ze ściennych kalendarzy odpadały kolejne kartki, a Jerzy stał.
Czasami, naturalnie z baru wychodził, ktoś przecież musiał zapełniać kilometry blejtramów, na nowo przeczytać Chandlera, zaglądnąć do teatru.
Niesamowity był w nim ten jakby „ mus ” przebywania wśród ludzi. Alkohol był tylko dodatkiem rozwiązującym języki, podpowiadającym dowcipy, czyniącym ludzi odważniejszymi w zwierzeniach.
Ale nie Jerzego. On wiedział wszystko, naturalnie tylko udawał, iż tak nie jest. Pamiętam, z jakim zainteresowaniem czytał moje opowiadanie wydrukowane na początku lat siedemdziesiątych w Nowym Wyrazie, w którym jedna z postaci nosi nazwisko Skarżyński. Dzisiaj wiem, iż było, delikatnie mówiąc, takie sobie, jeżeli nie gorsze, ale od Jerzego poza zachętą do dalszego pisania nie usłyszałem słowa krytyki, co było o tyle dziwne, gdyż bez jego zgody nazwałem jedną z postaci jego nazwiskiem.
W sztuce dozwolone jest wszystko, poza naturalnie nielicznymi wyjątkami. Są to : tandeta, głupota, wspomianie przeszłości, oraz sztuka nie może byććć bezpośrednim odzwierciedleniem rzeczywistości, czy...
Przerwała nam jakaś panienka prosząc o ogień. Naturalnie rozmawialiśmy stojąc przy barze. Była to jedna z tych nielicznych chwil, w których Jerzy otworzył się i zaczął mówić o sztuce, która jego zdaniem powinna, lub nie, być...
Nie lubił tego robić, nie był teoretykiem, po drugie był człowiekiem na tyle wrażli-wym, iż nikogo, lub niczego, nie chciał urażać.
Naturalnie miał swoje artystyczne widzenie świata, i trzymał się tego zdania bezkompromisowo, chociaż jak twierdzi Ludwik Jerzy Kern człowiek powinien mieć dwa zdania, o wiele łatwiej wtedy żyć.
Jerzy miał jedno, na życie i na sztukę. Niby to takie proste, ale to tylko pozory. W młodości na coś tam się zdecydował, a później już konsekwentnie przy tym zdaniu, tak w sztuce jaki i życiu trwał. Jak przy barze.
Znał, łatwiej powiedzieć, znało go mnóstwo ludzi, przez co w tych barach narażony bywał na różne dziwne sytuacje. Proszono go o załatwienie biletów do teatru, zostanie świadkiem na ślubie, natychmiastowe wyjechanie do Krynicy zanim mąż zdąży wrócić z toalety.
Znosił to wszystko z dobrotliwym uśmiechem, przecież życie barowe ćmy nigdy nie jest usłane różami.
Potrafili z Lidią być w podróży cztery dni, a kiedy tylko dotarli do domu na środku pokoju zostawiali bagaże, pogłaskali koty i do...Francuskiego.
W życiu nie spotkałem drugiej pary, tak wyjątkowo zgodnej co do celowości odwiedzania barów, restauracji ( mniej, przecież prawie nie jadali ), knajp.
Wszędzie było ich pełno, jednego wieczora potrafili być w kilku knajpach jednocześnie, chociaż w jednej z nich, tej jakby głównej, czekały na nich dobra doczesne zgromadzone przez Lidię w ciągu całego dnia.
Niektóre z barów, w których Jerzy tak lubił bywać przetrwały do dzisiaj, ale jemu już dano się znudziły, po prostu ludzie je odwiedzający nie mają już nic do powie-dzenia, chociaż Jerzego interesował i ciekawił każdy temat.
Paradoksalnie czasów których dożył : co po 1989 roku nagle stało się naturalnie i rzeczywiste u Jerzego straciło zainteresowanie. Z barów przerzucił się na kawiarnie. Zwis, Maska, Dym. I teraz także stawał przy barze, na przykład w Dymie.

 

Podróże.

Uwielbiał je, chociaż z drugiej strony pewnie nie cierpiał, ponieważ wyrywały go z ustalonego rytmu dnia.
Myślę tutaj o czasach, kiedy pracował w trój – jeżeli nie więcej – nasób, więc naturalnie podróż kojarzyła mu się z dodatkową pracą.
Nieco później ( kilkadziesiąt lat ) polubił i pokochał podróże, ponieważ tym razem odbywał je wyłącznie w celach turystycznych.
Także świąteczne wyjazdy do rodziny Aliny do Jarocina. On, człowiek arodzinny, dla którego niedziele czy święta były czasem straconym, ponieważ polegały na domowy zamknięciu, nagle stał się zwolennikiem świąt, celebracji przy stole, jakby tego wszystkiego, na co przez lata ( z różnych względów) nie zwracał najmniejszej uwagi, nigdy nie było.
Kiedyś przechodząc przez podwórko przed ich domem rzucił od niechcenia oto nasz samochód wskazując na jeden z zaparkowanych pojazdów.
Aż przystanąłem ze zdumienia, ponieważ w jego ustach słowo to oznaczało coś więcej, ni tylko pojazd na czterech kółkach, z bagażnikiem i ręcznym hamulcem.
Niespodziewanie, pewnie także dla niego samego – dokonał się w jego życiu przełom przedmiotowy, rzeczy, których jeszcze kilka lat wcześniej nie dostrzegał, ponieważ nie miały dla niego znaczenia, nagle odgrywać zaczęły odgrywać jakąś tam ważną rolę w jego życiu.
Zwierzył mi się, iż nigdy nie dopuściłby do siebie myśli, że posiadanie samochodu może tak zmienić życie, i mówił to całkiem serio, Jerzy który w każdym z krakow-skich barów czy knajp pozostawił równowartość kilkunastu samochodów. Jak nie więcej.
W jakimś tak stopniu samochód także uratował ( przedłużył) Jerzemu życie, kiedy ciężko chory i zrezygnowany, popodłączany do masy aparatów i diabli wiedzą czego jeszcze, na tyle miał dość szpitala, że Alina dla ratowania jego zdrowia psychicznego zdecydowała się zabrać go do domu.
Więc samochód, którym woziła go do szpitala kilka razy dziennie, chcąc nie chcąc, stał się jedynym łącznikiem Jerzego ze światem. Gdyby nie on, chociaż przedmiot na swój sposób martwy, jakby przedłużył Jerzemu życie o kilka lat.

 

Co pozostało z uczty Bogów ?

Prawie nic, ponieważ jego Kraków przestał istnieć, znaczy ulice nazywają się tak samo, lub podobnie, idioci nadal zanieczyszczają atmosferę, a bezzębna kobieta z pierzyną na plecach
zawiniętą w prześcieradło jak przez laty przemyka przez miasto, tyle że już teraz tylko w wyobraźni.
Jerzy nigdy nie wypowiedział trywialnych przecież słów : kocham to miasto, bez niego nie wyobrażam sobie życia, ale byłaby to najszczersza prawda.
Nie wiem ile razy proponowano Skarżyńskim przeniesienie się do Warszawy, o pozostaniu zagranicą nie wspominając. W ich przypadku nie wchodziło to absolutnie w grę, po prostu takie rozwiązanie nie wchodziło w rachubę.
Zrośnięci byli z tym grajdołkiem sobie tylko znanymi nićmi. Szybko także stali się jego niepowtarzalnym i nierozerwalnym kolorytem.
Nie wiem, czy ich to cieszyło, przecież w tym mieście załatwienie czegoś, co im się należało równało się wybudowaniu w Nowej Hucie kolejnego pieca do wytapiania stali. Stal wytapiano, jadalnego chleba nie potrafiono upiec.
Było to miasto paradoksów, w którym na studiach dziennych uczyło się czterdzieści tysięcy ludzi plus drugie tyle, jak nie więcej, na studiach zaocznych a ulic nie miał ( i nie ma nadal ) kto zamiatać, naturalnie poza wiatrem i historią.
W tym wszystkim Jerzy, jak za dotknięciem czarodziejskiego, przedwojennego zegara dróżnika kontrolującego czas przejeżdżających pociągów, o dwunastej zjawiał się w Empiku, w pół do drugiej Trzech Rybkach, o czwartej na pobliskiej strzelnicy. I tak dalej.
Poza tym teatr, Kina, Akademia, Sztuka. Dla dyletanta jakże monotonne życie naturalnie, aż do momentu, kiedy tego wszystkiego nagle zaczęło brakować. Wtedy rodzi się dramat, i upiory.
Dla Jerzego taki czas także nastał, z różnych zresztą powodów, i szalenie było mu do tej nowej roli, jakby tylko obserwatora, nie czynnego uczestnika, się przystoso-wać.
Nie powiedział na ten temat ani złego słowa, nie skarżył się, było to poniżej jego godności, wszystko co na ten temat wiem ( przecież nie mieszkam w Krakowie ) pochodzi od przyjaciół Jerzego.
W pewnym momencie przypomniał sobie o nim film dokumentalny, pewnie decydenci ( jak to się ładnie mówi ) zdali sobie sprawę, iż czas nagli, że kopania wiedzy i tak dalej, ale wszystkie filmy, które o Jerzym opowiadają są, jak to się brzydko mówi „ o dupę potłuc ”, ponieważ żaden z panów „ reżyserów ” nie miał ani wiedzy ani pomysłu jak, i co, należy z Jerzego wyciągnąć.
Powstało kilka obrazów z cyklu „ gadająca głowa ”. Pytany był ciągle o to samo, naukę w czasach okupacji, Teatr Groteska, Stary.
Co prawda próbował przemycić od siebie kilka myśli, lub prawd jak funkcjonuje artysta, ale prowadząca rozmowę panienka z przerażeniem spoglądała na kartkę i rozmowa wracała na neutralne tory banału.
Film o Skarżyńskim powinien zrobić on sam. Dzisiaj jestem o tym przekonany w stu procentach. Potrafiłby zrobić to lepiej niż ktokolwiek inny z prostej przyczyny : znał się na dwóch podstawowych, przy takiej produkcji rzeczach, na filmie samym w sobie i podejrzewam, iż także znał siebie. Nie tylko z widzenia, czy ze słyszenia. A z Filmem Polskim, czy Telewizją, nikt nie wygrał ( i nie wygra, nie ma takiej możliwo-ści ), a już najpewniej nigdy sztuka.

 

Wyprawy w głąb siebie.

Nie odbywał ich, ponieważ nie rozczulał się nad sobą, czasem który minął. Bardzo ciężko było wyciągnąć ( to właściwe słowo ) z niego cokolwiek, co dotyczyło przeszłości, a dotykało bezpośrednio jego.
Za to zawsze i o każdej porze opowiadał o przyjacielach, zdarzeniach, sytuacjach artystycznych, których był świadkiem dobrych kilkadziesiąt lat temu.
Posiadał niesamowicie konkretną pamięć, potrafił powtórzyć z dużym prawdopodo-bieństwem prawdy rozmowę z Mikulskim odbytą pod koniec lat czterdziestych, albo dokładnie opisać jak była ubrana kobieta z pociągu jadącym w kierunku Wrocławia w roku 1955.
Ciężko żyje się z tego rodzaju pamięcią, ponieważ w pewnym czasie robi się tego wszystkiego za dużo. Za wiele pamiętamy, wiemy, widzieliśmy i niektóre fakty czy zdarzenia powinny, niejako automatycznie, wypływać z naszej pamięci, ale niestety tak się nie dzieje.
Brniemy więc w ślepą uliczkę pamiętania prawie wszystkiego, pęczniejemy jak balon, który jednak za nic na świecie nie chce pęknąć.
W wyprawach Jerzego w głąb siebie intrygowała mnie jedna rzecz, a mianowicie opowiadał o sobie sprzed lat, ale za każdym razem o takim Jerzym, którym był teraz. I to nie dlatego, iż używał współczesnych słów czy pojęć, ale ponieważ opowiadał o sobie w wieku lat dwudziestu kilku tak, jakby wtedy miał tyle lat co w dniu opowia-dania.
Nie wiem, z czego to wynikało, pewnie był aż tak bardzo emocjonalnie związany z samym sobą, iż Jerzy sprzed lat był identyczny z Jerzym dzisiaj, chociaż to naturalnie nie jest możliwe.
Siedzieliśmy przy stoliku na trotuarze w Dymie. Smród spalin samochodowych i wiecznie nie sprzątanego miasta splatał się z życiem Jerzego w czasach okupacji i zaraz po jej zakończeniu, kiedy nowi najeźdzcy coraz wygodniej usadawiali się w fotelu zwanym Polska.
Ojciec w listach, które pisał do mnie zaraz po zakończedniu wojny ze Szwecji i Anglii nie miał najmniejszego dylematu : wracać, czy nie. Jego miejsce było tutaj, jak i moje.
Czasami długo milczeliśmy, wszystko było przecież jasne, za chwilę wstaniemy i pójdziemy na jakiś wernisaż, później do Zwisu i Piwnicy, a jeszcze później...
Nagle Jerzy odzywał się tym swoim sławnym szeptem wiesz, widziałem wczoraj dość ciekawy film chociaż nie cały, musiałem wyjść z kina ponieważ w Sztuce pokazywano...
Na chwilę przeszłość odpływała, chociaż jakby ciągle krążyła wokół nas. I nie było nam z nią źle, przynajmniej mnie. Dzięki Jerzemu działa się historia.

 

Czysta sztuka a sprawa polska.

Był strasznie przewrażliwiony na wszystko, co związane było ze sztuką. Na pewno nie traktował jej jak świętość, ale domagał się dla niej należnego jej miejsca w rzeczywistości, ale z tym bywało – i bywa – różnie.
Uwielbiał eksperymenty artystyczne, happeningi, wszystko, co tylko chociaż trochę odbiegało od mieszczańskiego, czy akademickiego podejścia do sztuki.
W każdym „ dziele ” nawet tym średniej, czy raczej żadnej wartości, doszukiwał się chociażby odrobiny jakiegoś pomysłu, czy chociażby nadziei na lepszą przyszłość. Dla niego każdy zajmujący się sztuką zasługiwał na uwagę, ponieważ – przynajmniej potencjalnie – posiadał dar zostania wielkim, uznanym, docenionym.
Dlatego między innymi otaczany bywał przez grafomanów recytujących mu do ucha swoje wiersze, kiepskich malarzy zapraszających go do pracowni by popatrzył na ich ostatnie prace, czy panienki domagające się natychmiastowej recepty jak zostać wielką, obojętnie w jakiej dziedzinie sztuki.
Z tymi rozmawiał najchętniej, ponieważ nie były one jeszcze konkretne i uparte w swoich sądach, jak setki grafomanów czy pacykarzy. Po drugie były przecież kobietami, a w te należało się wsłuchiwać z co najmniej podwójną uwagą.
Nie wypowiadał się na temat kolegów, którzy, delikatnie mówiąc, nie przepadali za jego twórczością, traktował ich życzliwie, ale bez pobłażania.
Przecież w latach sześćdziesiątych był jednym z niewielu, który pracował na zachodzie, i to dość często, więc pewnie złośliwe komentarze o tym swoim zebraniu wśród niechętnych mu miały miejsce. Z tym, iż jest pewne że w przypadku Jerzego ideologia i sztuka mijały się, ale to bardzo daleko. Z przynależności do określonego układu nie czerpał żadnych korzyści osobistych, a tym bardziej nie zyskiwała na tym jego twórczość.
Przez długie lata przyjaźni z Jerzym nie miałem zielonego pojęcia o jego partyjności, widocznie nie było to dla niego takie ważne by o tym opowiadać. Była to jego osobista sprawa. I tyle.
Czasami, szczególnie kiedy jakaś panienka chciała zostać artystką a była miła, ładna i do tego niegłupia zaczynał się dla Jerzego problem. Jak odwlec ją od tego nie zbyt szczęśliwego pomysłu, a przy okazji nie zrazić ku sobie.
Wychodził z tego zawsze z wdziękiem, wyprężał pierś, kiwał na kelnera, dyskretnie spoglądał na zegarek. I zaczynał się bal.
Z czasem zainteresowanie sztuką w Polsce osłabło, liczyć zaczęły się bardziej konkretne zawody, ale kiedy Jerzego fascynacja kobietami przygasła, ponieważ pod koniec życia poświęcał im jakby mniej uwagi
Zaś sztuka powoli rozmywała się. Coraz trudniej było panować nad jej całością, ponieważ ilość wystaw, wernisaży, wydawanych książek, czy premier filmowych przekraczać zaczęła – i to dośc znacznie – możliwości percepcji każdego człowieka, nawet Jerzego.
Siadywał wtedy w Dymie, zamawiał małe piwo i czekał.

 

Jak zjeść ciastko, a przy okazji nie zapchać żołądka.

Jadał wyłącznie wzrokiem, chociaż nie zachłannie. Nie lubił rozmawiać o jedzeniu, ponieważ nie był to dla niego zbyt interesujący temat, na dodatek leżący jakby na dalekich peryferiach życia. Prawie tak samo jak sport lub zbiorowy śpiew przy ognisku.
Czasami tylko interesowały go jadłospisy, przeglądał je jak katalogi z wystaw, z nabożeństwem, zapalał papierosa, wpatrywał się w nazwy potraw, szukał w nich ukojenia.
W jego przypadku świat składał się z rzeczy, przedmiotów, srebnych łyżeczek bez których mógł się obejść przez całe życie bez jakiejkolwiek straty.
Wykształcił w sobie szczególny przywilej obywania się bez rzeczy nieprzydatnych. Może poza kinem, knajpami i towarzystwem mógłby całkiem przyzwoicie egzystować na bezludnej wyspie zwanej ziemią.
Ale pewnie były to jak zwykle pozory, chociaż co jak co, ale pozory Jerzy miał w głebokim poważaniu.
Podobnie miała się sprawa z jego stosunkiem do polityki. Interesował się nią, czasami nawet aż do przesady, ale kiedy dochodziło do konkretnej rozmowy mawiał Bursa w dupie miał małe miasteczka, ja politykę, jest przecież tyle filmów których nie zdążę zobaczyć, których nawet nie przejrzę, panienek przynajmniej dotknąc, wódek wypić, więc powiem za Bursą : w dupie mam politykę.
W pewnym okresie życia jakby od tego życia się odsunął, miał swój świat w którym czuł się najlepiej, najpewniej, jak u siebie.
Na pewno nie była to decyzja podjęta świadomie, pewnie świat stał się dla Jerzego zbyt obszerny, za szeroki, zaczynało brakować czasu. A ten przecież najprzyjemniej spędzało się poza domem, chociaż w przypadku Jerzego jego świat znajdował się wszędzie, nawet w najbardziej ponurych, czy niespotykanych miejscach.
Bywał niespokojny. Z pozoru, przyglądając mu się z boku, wszystko wyglądało dobrze. Żył, pracował, kochał, ale dla kogoś, kto dobrze go znał jasne stawało się powolne, ale za to systematyczne znikanie Jurka. Dosłownie i w przenośni.

 

Kobiety raz,dwa, trzy ( 2 )

Powracał do nich uparcie i z godną podziwu zaciętością, chociaż coraz częściej jakby mu się wymykały.
Nie wiem, czy zdawał sobie z tego sprawę, chociaż pewnie tak, ale znając go wiedzieliśmy, że się nie poddawał.
Próbował, palił papierosy, nie odsuwał od siebie kieliszka. Dzisiaj wszystko to brzmi jak kiepski żart, ale jeszcze wczoraj było jak najbardziej realne. I nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie tylko dla Jerzego.
Pamiętam sytuację, kiedy jakieś kobiety chciały z Jerzego zażartować. Wiedział o tym, może tylko podejrzewał, ale nigdy, do samego końca nie tracił nadziei.
Jak my, że będzie żył wiecznie, przecież jeszcze niedawno tej wieczności wręcz się domagał, ale pod koniec życia zmęczenia zaczęło brać górę nad rozsądkiem, nie wiadomo dlaczego zwanym przetrwaniem.

 

Ginsberg.

Spotkał go w Krakowie dwa razy ( jak my wszyscy ). Raz pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy Allan przemykał się po Krakowie jako poeta znany tylko nielicznym.
Krzysztof Niemczyk urządził u siebie spotkanie, na które zaprosił większość tak zwanych intelektualistów, ale jak to nazywał, z ludzkim odliczem. Jerzy był jednym z nich, chociaż za poezją nie przepadał, do czego otwarcie się przyznawał
W 1987 roku Ginsberg był niekwestionowaną gwiazdą i w Piśmie Literacko – Artystycznym Jerzy wdał się z nim w dłuższą dyskusję o zawiłościach świata, Ameryce, wpływie mężczyzn na literaturę kobiecą, oraz na usilne nagabywanie Ginsberga mniej więcej poinformował go, gdzie w
Krakowie spotykają się mężczyźni kochający inaczej, na co przysłuchujący się rozmowie
Wiesław Wójcik wtrącił swoje trzy grosze krzycząc : Piotrze S. pozwól na chwilę i...wszyscy byli zadowoleni.
Wracając od poezji Jerzy bardzo rzadko się na jej temat wypowiadał. Podejrzewam, iż był to jeden z niewielu tematów, na który nie za dużo wiedział. Po prostu nie czuł poezji. I tyle.
Kochał jednak poetów, wybaczał im prawie wszystko, wdrapywanie się na bar w Klubie Pod Gruszką i recytowanie na głos Leśmiana, umizgiwania zasuszonych poetek w jego kierunku, czy rzecz najstraszniejszą, czyli popijanie z nimi.
Nie istnieje na świecie podgrupa zawodowa z którą pije się bardziej przerażająco smutniej, są to mianowicie poeci, ponieważ poza nielicznymi wyjątkami ( Warzecha, Jaworski, Gizella ) sa to smutasy do niezbadanej potęgi, do tego megalomani i nudziarze.
Unikaliśmy ich jak Polska socjalizmu, ale w Krakowie przecież co drugi przechodzień to poeta, więc siłą rzeczy był na nich ciągle narażony.
Dawał sobie jednak radę z nimi znakomicie, mówił iż właśnie pracuje nad Eliotem lub Eluardem, wiec dawali mu spokój. Po drugie dla większości wierszokletów Skarżyńscy to były za wysokie progi.
Podczas okupacji popijał z Gajcym i Borowskim, więc koleją rzeczy dlaczego nie mógł stuknąć się kieliszkiem z Warzechą czy Jaworskim ?
Był wytworem renesansu. Kochał życie i świat we wszystkich jego odmianach, nawet w tych najgorszych, czyli poetyckich.

 

Hłasko ( 2 ).

Na kilka dni przed śmiercią Jerzy rozmawiał z nim telefonicznie i nic nie zapowiadało tragicznego końca.
Podobno pan Marek był pełen optymistycznych planów, chciał wrócić do Polski, ale jak twierdził Jerzy przeholował z prochami w połączeniu z alkoholem
A już pomysł jego Matki, by na grobie Hłaski w Warszawie, kiedy w końcu po latach zmagań trumna ze zwłokami pisarza znalazła się na Powązkach opatrzyć napisem : Wszyscy byli odwróceni uważał za absurd, chociaż był najdalszy od odmawiania Matce umieszczenia na grobie syna napisu jaki by tylko sobie życzyła.
Odwrócona od Hłaski była władza, nie czytelnicy, a tym bardziej przyjaciele, chociaż kilka mend w ZLP dołożyło swoją cegiełkę do dorobienia Hłasce gęby.
Miał do niego dość – moim zdaniem – dziwny stosunek. Uwielbiał go, ale zarazem jakby był zły na nie do końca wykorzystany talent. Jerzy nienawidził by cokolwiek się marnowało, nawet kropelka w kieliszku.
Po drugie, wydaje mi się, iż Jerzy w jakimś stopniu nie potrafił się z Hłaską dogadać, to znaczy, nie chciał nad nim panować, broń panie Boże, nigdy w stosunku do nikogo nie miał takich zamiarów, ale akurat w postaci Hłaski skumulowała się – zdaniem Jerzego – cała beznadziejność tamtych czasów, emigracja na pograniczu nędzy, chęć latania, co Hłasko w końcu w Ameryce osiągnął dorobiwszy się licencji pilota.
Jerzy przy całym swoim szaleństwie, włóczeniu się po mieście, był bardzo poukładany, systematyczny, pracowity jak przysłowiowa mrówka, a Hłasko wtaczał się do jego pokoju i godzinami opowiadał, co by to nie napisał gdyby...? No właśnie co ? Czasu miał przecież pod dostatkiem, talentu także.
Naturalnie z upływem lat postać Hłaski w umyśle Jerzego zaczęła ulegać pewnej mistyfikacji, upiększeniu, ale doskonale pamiętam co Jerzy opowiadał mi o nim na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. To był zupełnie innym mężczyzna niż w opowieściach snutych dwadzieścia lat później.

 

Ubrania.

Nigdy w życiu nie widziałem go niestarannie ubranego. Naturalnie, czasami zdarzały się poranki, kiedy Jerzy w negliżu nie przypominał Skarżyńskiego z pierwszych stron gazet, ale przecież każdy człowiek ma prawo podczas porannej pobudki wyglądać trochę jak dobry wojak Szwejk.
Było w nim coś niesłychanie fascynującego, kiedy w dziurze jaką na pewno jest Wysowa w Gorlicach Jerzy ponad godzinę poświęcał na toaletę zanim pojawił się w jadalni by łyknąć herbaty i przekąsić zdechłą grzanką.
Przywiązywał do ubioru szalenie ważną rolę, obojętnie czy znajdował się w Nowym Jorku, czy w Nowym Sączu.
Zawsze był dystyngowanym dżentelmenem, chociaż o to słowo jestem gotowy się pokłócić, ponieważ dla mnie Jerzy był czymś pośrednim pomiędzy znakomicie ubranym mężczyzną a dżentelmenem, słowem, którego nie cierpiał, ponieważ zbyt zalatywało mu stajnią.
Przyjaźniliśmy się prawie 35 lat i ani raz nie widziałem go z nie umytą głową, chociaż zdarzały się sytuacje, w których jedyną dostępną wodą była deszczówka lub woda mineralne, na szczęście nie gazowana.
Czasami zastanawiałem się, po co tak postępuje, przecież lekko wymięty Skarżyński dalej byłby wielkim człowiekiem. W końcu jednak doszedłem do prostego w gruncie rzeczy wniosku, iż on nie potrafił inaczej.
Elegancki, ale zawsze dystyngowany i odpowiednio dobrany do okoliczności, pory roku, jak i miejsca przeznaczenia ubiór i Jerzy kiedyś tam, w zamierzchłych czasach połączyli się w jedno. I tak już do końca jego dni pozostało, Ku chwale elegancji, chociaż dzisiaj słowo to znaczy tyle samo co na przykład : imadło.

 

Śnieg, zima, przeznaczenie.

Nie wierzył, w coś takiego jak przeznaczenia. Co ma być, stanie się mawiał i patrzył przez zamglone okulary na roztapiający się Kraków.
Nie cierpiał zimy w mieście, ponieważ bardzo komplikowała mu życie, poruszanie się, nastrój. Najbardziej kochał zimę i śnieg na wspaniałych obrazach starych mistrzów. A propos obrazów : kiedy był u mnie w Goeteborgu zwiedzaliśmy muzeum i nagle Jerzy zaniemówił, zatrzymał się przed bardzo znanym obrazem przedstawiającym śmiertelnie rannego jednego ze szwedzkich królów znoszonego z pola bitwy. Orszak – jeżeli można tak powiedzieć – wyłania się zza zakrętu, król leży na prowizorycznych noszach a dzielni wojacy z przerażeniem w oczach pędzą nie wiadomo dokąd by ocalić swojego władcę. Całe piętnaście minut, jak nie więcej, poświęcił Jerzy nie na kontemplację obrazu, ale na skrupulatnym liczeniu...guzików przy mundurze jednego z żołnierzy, czy przypadkiem ileś lat temu, przy okazji projektowania jakiegoś tak kostiumu, nie popełnił błędu i nie dodał mundurowi szwedzkiego wojaka kilku guzików.
Taki też bywał w życiu, niezwykle skupiony i skrupulatnych, chociaż widząc jego knajpiane rozpasanie można było odnieść zupełnie inne wrażenie.
Śnieg w mieście denerwował go, jak zły aktor na scenie, brzydka kobieta przy stoliku, czy ignorat udowadniający jak Joanna Rawik zachowywała się w sławnym, krakowskim jazzclubie.

 

Wernisaże.

Coś, co denerwowało go bardziej niż ludzka głupota. Bywał, naturalnie, przecież nie miał innego wyjścia, ale czuł się tam jak pacjent na porodówce.
Zlot ludzi nie mających nic wspólnego ze sztuką mawiał i...szedł na kolejny wernisaż, ponieważ nie chciał nikogo urazić.
Całe jego dorosłe życie składało się z unikaniu konwenansów, oraz brnienie w nie. Z premedytacją. Nie była to jednak żadna sprzeczność, wprost przeciwnie, przecież świat, ten nieopisany, składa się z samych niedoskonałości.
A w panu Skarżyńskim sprzeczności było prawie tyle samo, co w zwyczajnym człowieku, w każdym z nas.
Najbardziej nie cierpiał swoich wernisaży, ponieważ uważał wszystkie składane mu hołdy i komplementy za sztucznie i nieszczere.
Wzór dobrego zachowania, ale...? No właśnie ? Czego się czepiam ? Nie wiem, pewnie za dużo czasu spędzałem z Jerzym, by teraz idealizować na jego temat.
Chociaż nie musiałbym, i pewnie dla wielu ludzi byłoby to o wiele lepsze. Półświatek krakowski nie poznałby ogólnie znanych prawd o sobie samym, kilka kobiet w spokoju mogłoby zamknąć oczy, jakiś kelner cieszyć się, że nas bezczelnie okradł.
Ale na szczęście istnieje coś tak prostego jak pamięć. I prawda. Jerzy zawsze namawiał mnie do jej ujawniania. Więc piszę, co nie znaczy, iż jestem.
Przestepowaliśmy wiele godzin na niczym, ale przecież nie ma nic piękniejszego, jak tak zwane twórcze nudzenie się.
Ciałem jesteś obecny w knajpie, a myślami już błądzisz po kartce papieru, czy pustym płótnie. Ciężko mi o tym pisać, ponieważ są to prawdy oczywiste, a w Jerzym nic z oczywistości nie było.
Był jak mgła, która nagle napłynęła nad miasto i swoją doskonałością przykryła wszystkie brudy, niegodziwości czy draństwa Rynku i okolic.

 

Światło.

Bardzo był na nie uczulony, to znaczy że nie wyobrażał sobie życia w ciemności. W domu u niego zawsze paliło się światło, siadywał w miejscach wyłącznie oświetlonych, naturalnie lub sztucznie, ogień zapalniczki czy zapałki tylko dodawał mu siły.
Demony prześladowały go, ponieważ ich rajem jest ciemność, a wnętrze Jerzego niestety nie było oświetlone światłem naturalnym. Królowała w nim wiedza, dobroć, miłość do wszystkiego, co tylko potrafi się ruszać, oraz dar wielkiej sztuki, dany tylko nielicznym
Kiedyś spacerowaliśmy po Zakopanym i nagle Jerzy zapragnął stać się kimś innym. I dokonał tego, po prostu wszedł do sieni jakiejś speluny jako Jerzy S. a chwilę później wyszedł jako zupełnie ktoś inny.
Naturalnie, mistyfikacja nie trwała długo, spotkaliśmy warszawskich lunatyków w rodzaju Jonasza Koftę, czy Janusza Głowackiego i czar prysnął.
Innym razem, w Łodzi plącząc się po Piotrkowskiej natknęliśmy upiora w postaci przyjaciela Jerzego, o którym był przekonany iż ten zginął w czasie okupacji. Podali sobie ręce, poczęstowali
papierosem, zamienili kilka słów. I to wszystko. Do przeszłości powinno się wracać, ale wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach.
I tak było ze wszystkim, czego tylko Jerzy dotknął zamieniało się w złoto. A już najbardziej i najczęściej spod jego ręki ( jak i Lidii) wypływała – jeżeli można tak powiedzieć – sztuka czysta, w postaci prac scenograficznych graniczących niemal z cudem. Absolutu.
Bywali ludzie zawistni, naturalnie, ale należeli do zdecydowanej mniejszości, ponieważ sztuka Skarzyńskich powalała na kolana wszystkich.
Odnosili się do tego z lekkiego rodzaju nonszalancją, po prostu nie traktowali tego co robią zbyt poważnie, i proporcje pozostawały nienaruszone.
Zresztą, jakie dzisiaj ma znacznie jak było naprawdę ? Pozostała po nich legenda, a ta ma do siebie, iż jest tak pojemna że przyjmuje wszystko.
Na szczęście w przypadku Skrażyńskich „ to wszystko ” jest konkretnie sprawdzalne.

 

Życie odbite jak w lustrze.

Po latach, kiedy „ cień ” Lidii przestał bywać razem z nami w miejscach które lubiła, Jerzy zdobył się na stwierdzenie, iż byłoby o wiele lepiej gdyby nie istnieli.
Trochę zaskoczył mnie tym sposobem myślenia, ale po chwili namysłu przyznałem mu rację. Być, a później przestać istnieć, nie nastraja zbyt optymistycznie, tym bardziej kiedy pracuje się w czymś tak ulotnym i nie stałym, jak sztuka.
Kochał Lidię, uwielbiał życie potocznie zwane codziennością, i kiedy nagle zabrakło jednego z tych składników, tak zwyczajnie i po ludzku opadły mu ręce.
W jakiś czas po odejściu Lidii naturalnie ręce te podniósł, ale według mnie było to już tylko krzyk rozpaczy. Artysty, któremu demon ukradł duszę.
Jakoś dziwnie łatwo zapomina się dzisiaj o prostym wydawałoby się fakcie, iż gdyby nie Lidia Jerzy pewnie nie osiągnąłby poziomu do którego nas przyzwyczaił. I to nie tylko z prostego powodu pomocy, którą mu Lidia okazywała. Była jego muzą, w najdoskonalszej formie tego określenia, ponieważ pracowała razem z nim.
Niezmiernie rzadko udaje się artyście mieć pomoc – dosłowną – w postaci swojej muzy. Jerzemu się to udało. I chwała Lidii za to.

 

Kaprys niejedno ma imię.

Naturalnie, bywał Jerzy człowiekiem szalenie kapryśnym i wybrednym. A Lidia jeszcze bardziej. Przejawiało się to między innymi stolikami przy których nie usiedli za żadne skarby, ludźmi których Lidia za żadne pieniądze nie chciała widzieć na oczy, alkoholami jakich nie dotykali, taksówek którymi nie jeździli, znajomych omijanych z bardzo daleka.
Przykładów takich potrafię podać tysiące, tylko że nic z tego nie wynika, poza prostym faktem, że byli najzwyklejszymi ludźmi. Ale z talentem. I to wystarczy za komentarz.
Lidia pasjami nienawidziła podpitych znajomych Jerzego, którzy próbując być szarmanccy, a przy okazji jakby usprawiedliwić stan Jerzego wskazujący na spożywanie, nadskakiwali Lidii próbując przybliżyć jej barowego nieba.
Goniła ich jak wściekłe psy włamywaczy, ale niestety ci powracali i sytuacja, jak w złych filmach, powtarzała się od początku.
Sama także uwielbiała kino, szczególnie kiedy filmy opowiadał jej Jerzy. Nie miała czasu chodzić do kina zbyt często, więc bezgranicznie wierzyła Jerzemu w to, co opowiadał.
A z tym bywało już różnie, ponieważ Jerzy korzystając z uroków życia dość często opuszczał salę kinowa zaraz po rozpoczęciu seansu, przez co film który musiał opowiedzieć Lidii bardzo często różnił się – i to dość znacznie – od oryginału.
Ale jakie miało to znaczenie ? Żadnego, oboje byli szczęśliwi, a to liczyło się najbardziej.

 

Po co palaczowi zapałki ?

Jak już napisałem wcześniej otaczał ich przyjemny zapach papierosowego świństwa. Palili jak szaleni, jak młodzież która na przekór rodzicom chce pokazać swoją śmieszną dorosłość.
Na szczęście w Skarżyńskich nic nie było na pokaz. Po premierach nie wychodzili do ukłonów, w knajpach nie przyjmowali hołdów, jedynie w sklepach z rybami Lidia jakby zapominała o swojej wielkości i uwodziła sprzedawczynie by wytargować dodatkową rybę dla swoich kotów.
Stanowili przedziwną parę związaną ze sobą na dobre i na złe, kiedy to „ złe ” dopiero miało nadejść.
Nie myśleli o tym, żyli nie osiągalną dla zwykłego śmiertelnika pogarda przeciwko wszystkiemu, co może ich rozdzielić. Nie spoglądali na zegarki, w lustro, nie interesował ich niepewny stan ich
konta bankowego. Najważniejsze było tylko zdrowie Jerzego. Tym Lidia przejmowała się najbardziej czasami lekko zganiając mnie, iż niby zapominam co Jerzemu wolno, a co nie, jakby
dziecko Jerzy zapominał, iż alkohol szkodzi.
Wykonywali gigantyczną pracę twórczą, a kochali się jak dzieci. Było to niesłychanie piękne i budujące, chociaż wredni ludzie starali się z wszystkich sił tę ich idyllę zburzyć donosząc Lidii o coraz to nowych podbojach, czy też wyskokach Jerzego.
Lidia patrzyła na tych krętaczy z góry. Dobrze wiedziała do czego Jerzy jest zdolny, ale nie pozwoliła by ktoś powiedział o nim chociaż jedno złe słowo.
Nienawidziła obłudy, fałszu i zakłamania. Jerzy świętym nie był, ale takim jak on także stawia się pomniki, nawet za życia. I Lidia swoim poświęceniem Jerzemu taki pomnik postawiła.
Nie wiem tylko, czy Jerzy doceniał to co Lidia dla niego robiła, chociaż słowo „ doceniał ” nie jest adekwatne do rzeczywistości.
On po prostu traktował poświęcenie Lidii jako coś zupełnie naturalnego i należącego mu się, więc w nie widział problemu w jej zapracowaniu ponad kobiece siły, życiu ponad stan, nie sypianiu co dla kobiet bywa zabójcze, pozwalaniu na całkowitą kontrolę nad finansami, rachunkami, domem.
Jerzy był, Lidia była obok – całkiem świadomie – i nie wychylała się przed orkiestrę, chociaż może dzisiaj słowa te brzmią okrutnie i nieprawdziwie. Ale jednak tak było. Jerzy brylował, Lidia tylko dotrzymywała mu towarzystwa.

 

Krótka historia o zapominaniu.

Nie chcieli mieć dzieci, nigdy na ten temat nie rozmawiali, chociaż pewnie gdzieś tam w głębi dręczył ich ten pewien, swojski, rodzaj niespełnienia
Rekompensowali go sobie sztuką. Nigdy nie poznałem pary bardziej kochającej pracę jako swoje dziecko, niż Skarżyńskich.
Naturalnie truizmem jest twierdzenie, iż gdyby dzieci posiadali pracowaliby mniej, to nieprawda, ale w ulotności każde niewypowiedziane słowo traktowane być może jako sen. Chociaż nie ostateczny.
Siadywali w knajpach, teatrach, na katedrach uczelni. Wszędzie byli sobą. To nieprawdopodobne, jak łatwo wtapiali się w każdą okolicę, każdy krajobraz.
Naturalnie wielu ludzi zazdrościło im wszystkiego, tylko ludzie ci zapomnieli, iż Skarżyńscy do swojej pozycji doszli tylko i wyłącznie pracą, plus trochę talentu.
Nie ma nic gorszego jak narzekanie na los, który uśmiechnął się do innych. To nieprawda, losowi należy bezwzględnie wyjść naprzeciw. I nie bać się niczego.
Tacy byli Lidia i Jerzy. Trochę nonszalanccy, ale jakże skupieni. Na wszystkim co robili. Bawili się, projektowali, kochali, karmili koty. Odchodzili.
Wszystko to traktowali z należytą powagą, chociaż także z pewnym niedowierzaniem, może nawet lekkim przymknięciem oka.
Kiedy Jerzy spóźniał się na umówione spotkanie Lidia z kamienną twarzą twierdziła, że na pewno zatrzymały go gdzieś tam bardzo ważne sprawy.
Naturalnie wszyscy wiedzieli jakie : kieliszek, kobieta, film z którego nie chciał wyjść za nic na świecie.
Stała za nim jak mur, i murem tym także była. I jest. Nawet do dzisiaj.

 

Pewien człowiek chce poznać prawdę absolutną.

Istnieje w człowieku pewien rodzaj niedopowiedzenia. I dobrze, ponieważ bez niego wszystko, czego dotykamy nabierałoby innego znaczenia niż ma dzisiaj.
Inaczej było z Jerzym. Wszystko, czego dotykał natychmiast zaczynało żyć własnym życiem, któremu Jerzy jakby nadał inny sens.
Szalenie trudno jest podawać konkrety, ale prosta wydawałoby się sprawa, jaką jest siedzenie w kawiarni, picie kawy i gaworzenie o niczym, w wydaniu Jerzego urastała do małego wydarzenia artystycznego.
Każde spotkanie z nim, i o dowolnej porze, po pewnych stereotypowych powiedzonkach, przemieniało się w dyskusję o sztuce, kiczu, przemijaniu czy absolucie.
Nie było chwili by człowiek ten chociaż na chwilę zapomniał po co się urodził. I próbował na nas przenieść podobny, chociaż całkowicie indywidualny, sposób myślenia, postrzegania świata, patrzenia na nogi kobiet.
Było to późną jesienią końca lat siedemdziesiątych, kiedy nagle do stolika przy którym siedzieliśmy z Jerzym dosiadł się dość obskurnie wyglądający mężczyzna w sile wieku i zażądał od Jerzego absolutnej prawdy. O wszystkim, ponieważ, według niego, Jerzy musiał ją znać.
Jerzy lekko zdumiony zapytał niby dlaczego akurat on ma znać odpowiedź na tak skomplikowane pytanie.
Ponieważ pan jako wybitny artysta każdego dnia ociera się o absolut brzmiała odpowiedź. Jerzy uśmiechnął się : jedyne, o co się ocieram, to tłok w tramwajach plus nie dająca się zrozumieć polityka kierownictwa telewizji pokazującej wyłącznie filmy nie do oglądania.
Kiedy zostaliśmy sami dodał : niektórym ludziom wydaje się, że akurat JA wiem wszystko, gdy prawda brzmi, nie wiem nic, albo prawie nic, i zapamiętaj to tutaj dotknął mojej ręki nie mam najmniejszego zamiaru wiedzieć cokolwiek
Wyszliśmy na zalany deszczem Rynek. Gołębie płynęły w jedną stronę, śmieci w drugą, ludzie w trzecią.
Tak wyglądała rzeczywistość, niby to nazywana sprawdzalną.

 

Pożegnania i powroty.

Po raz ostatni w życiu widziałem go 5 stycznia 2004. Niczym rzeźba orła z niemieckiego okresu sztuki romantycznej właśnie przygotowywał się by wzbić się do lotu.
Wyglądał imponująco, chociaż śmiertelnie, ale czymże dla Jerzego mogła być śmierć ? Najwyżej pewnego rodzaju ulotnością.
Leżał na łóżku, w koło niego pełno przyrządów, rurek, przewodów podtrzymujących go przy życiu doczesnym.
I orzeł gotowy do lotu.
Kiedy wyszedłem ze szpitala świat ulicy wydał mi się nic nie znaczącym pyłem niewartym nawet by po nim dreptać.
Kilka metrów poza mną pozostała wielkość, która w kilkadziesiąt godzin później wzbiła się do lotu.
Pozostali mali ludzie, jak ja, ale już za chwilę znowu się z Jerzym spotkamy. Na szczęście nie ma innej możliwości.

KONIEC

fotografie w tekscie: Ewa Skrzyszowska

poprzednie odcinki

 

galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt


Copyright by "SZTUK PUK" 2001 - 2005 Kraków , Ryszard Bobek, Filip Konieczny