galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt

 

Roman Wysogląd - Oczy pełne snu

powieść kryminalna

 

Świat stworzony został o godzinie 9 rano czasu
Babilońskiego, 26 października roku 4004 p.n.e
Według kalendarza juliańskiego.
Jon Lightfoot ( 1694 )

Jerzemu Skarżyskiemu

 

część I

część II >>>

 

 

 

 

 

 

Kiedy ją dotknąłem jeszcze żyła. Leżała wciśnięta w krawężnik - jakby się do niego przytulała - i w pierwszej chwili pomyślałem, że jest kompletnie pijana. Ale, niestety nie była.
Właśnie dochodziła trzecia i oprócz świtu wiatr od zatoki przyniósł ze sobą kilka kropel deszczu. Oraz pewność, iż tego poranka szybko nie położę się spać.
Ubrana była w czarną, długą suknię, skórzane buty, z których prawy poniewierał się kilka kroków na lewo od niej, oraz - co mnie trochę zdziwiło - tandetne, słoneczne okulary.
Odruchowo zdjąłem je. Jej oczy nie wyrażały nic. Przez chwilę wpatrywałem się w nie zastanawiając, kiedy na powrót staną się lustrem, w którym będzie można czytać. Nic na to jednak nie wskazywało.
Niemal w tej samej chwili uniosła lewą dłoń i wskazała nią za siebie. Podążyłem tym śladem i po sekundzie wzrok mój natchnął się na małą torebkę ze złotym łańcuchem zastępującym pasek, leżącą w półmroku jakiegoś rozlatującego się garażu.
Podniosłem ją i otworzyłem. Była pusta, jeżeli nie liczyć podszewki z fioletowego atłasu.
- Nic w niej nie ma - powiedziałem bardziej do siebie niż kobiety, która widać pasjami lubiła o trzeciej nad ranem leżeć w rynsztoku mając pod głową tylko krawężnik.
Nagle uśmiechnęła się, ręka opadła a oczy zamknęły. Po chwili lekkie westchnienie miało chyba oznaczać, iż pożegnała się z tym podobno lepszym ze światów. Raz na zawsze, a przy tym nadzwyczaj skutecznie.

 

I.

 

Rozejrzałem się. Portowa, ponura dzielnica bardziej przypominająca dekorację do drugorzędnego filmu - w którym bohater najpierw dostaje po pysku, by w kilka minut przed zapaleniem świateł na sali kinowej odnieść tak przez wszystkich oczekiwane zwycięstwo - kazała zastanowić się, co właściwie tutaj robię?
Dwa metry ode mnie martwa już teraz kobieta, w ręce trzymam prawdopodobnie jej torebkę, a w kieszeni przeciwsłoneczne okulary. Zupełnie nieźle, jak na trzecią nad ranem.
Zapaliłem, jeszcze raz zaglądnąłem do torebki i dotknąłem fioletowego atłasu, którym wyłożone było jej wnętrze. Miałem przy tym uczucie jakbym dotykał trumny obitej czymś identycznym.
W którejś z pobliskich ruder, egzystujących wyłącznie dzięki cierpliwości losu zadzwonił budzik, lecz natychmiast posłało go w kierunku wieczności celne uderzenie butelką.
Schyliłem się, by położyć torebkę obok ciała, kiedy nagle uprzytomniłem sobie, iż znajdują się na niej odciski znanych mi palców. Wróciłem, więc do samochodu, otworzyłem bagażnik i przez chwilę przyglądałem się jak pośród tylu nikomu niepotrzebnych rupieci, które nie wiadomo, po co ze sobą woziłem niknie mała torebka ze złotym łańcuchem.
Czynny telefon drzemał ze trzy przecznice dalej. Wykręciłem tak dobrze kiedyś mi znany numer, przedstawiłem się imieniem i nazwiskiem, co tylko niepotrzebnie mnie rozśmieszyło, gdy zdałem sobie sprawę z banalności tego, co mówię, i opowiedziałem, co wiedziałem.
Kazano mi czekać, ale niczego nie ruszać. Spróbowałem odwiesić słuchawkę, lecz okazało się, iż w czasie tej krótkiej chwili gdzieś zapodziały się widełki, więc zostawiłem ją zwisającą jak ubranie na bardzo bogatym człowieku, który pewnie nie ma już, z czego się cieszyć.
Wracając na miejsce, gdzie jeszcze kilka minut temu kobieta uśmiechała się miałem wrażenie, iż wszystko to jest tylko snem, nieprzyjemnym, dość realistycznym, chociaż tandetne okulary psuły go w sposób niewybaczalny.
Odruchowo włożyłem rękę do kieszeni i razem z pudełkiem papierosów wyjąłem je. Leżały teraz na tylnim siedzeniu samochodu, jakby zaprzeczając, iż jednak nie śniłem
Zatrzymałem samochód w tym samym - mniej więcej - co poprzednio miejscu, wyłączyłem silnik, podszedłem do ciała pewnie by upewnić się, czy ktoś go nie usunął, chwilę przypatrywałem się jej nagim ramionom, następnie usiadłem na krawężniku i czekałem. Jak zawodowa płaczka wynajęta do czuwania przy zwłokach, albo mąż, któremu się poszczęściło?
Najpierw przyjechało ich dwóch. Młodzi gówniarze, którym wydawało się, iż wypili cały alkohol, który ostatnimi czasy skonfiskowali. Popatrzyli na zwłoki, jeden nawet uparł się, by zbadać puls.

-, Co u diabła robisz tutaj o porze...Rozpoczął ten z białymi zębami, na policzku miał ślad po opatrzeniu a kątem oka zauważyłem, iż trzęsą mu się ręce.
- Byłem w ZOO, zasiedziałem się trochę i nagle nadszedł świt.
- W ZOO? - Zdziwił się, ale dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że bawię się z nim jak rząd społeczeństwem.
- I co tam cwaniaczku oglądałeś?
- Takich jak wy.
Już szedł żeby mi przyłożyć, lecz ten drugi powstrzymał go, chociaż zacietrzewienie jeszcze długo z niego parowało.
- Trafimy go jeszcze Al. Tacy jak ten prędzej niż później wdepną w gówno. A wtedy zapytamy go, kto jest właścicielem tego ZOO.
Podszedłem kilka kroków w ich kierunku. Ten rozmowniejszy bał się jeszcze bardziej niż przed sekundami.
- W ZOO jedna z klatek jest pusta. Orangutan, który był jej właścicielem przeniósł się do pracy w Policji. Czy przypadkiem nie jesteś to ty?
Była żona miała chyba rację twierdząc, iż niewyparzona gęba to nieszczęście o wiele większe niż puste konto w banku, czy kochanka utrzymująca stosunki także z gromadą niedomytych mormonów.
Od nieuchronnego lania wybawiła mnie karetka. Lekarz był wzrostu pingwina, koloru podobnego, ale za to głos miał dorosłej sufrażystki.
-, Co się jej stało? - Zapytał z głupia wskazując na zwłoki.
- Zakochała się.
- Nie słuchaj go - ten trochę rozmowniejszy policjant był szybszy - to jakiś debil, albo pijany. Podobno znalazł ciało i dał znać do Komisariatu, a na nasze nieszczęście byliśmy pod ręką i porucznik Scott...
Nie miałem najmniejszej ochoty słuchać tego mamrotania, więc odszedłem w stronę samochodu, otworzyłem drzwi, usiadłem i zapaliłem. I wtedy wzrok zatrzymał się na słonecznych okularach leżących na tylnim siedzeniu. Włożyłem je do schowka obok tablicy rozdzielczej i zacząłem zastanawiać się, po jaką cholerę miała je na nosie.
Prawdopodobnie zdrzemnąłem się, gdyż obudziło mnie dotknięcie. Na wpół wypalony papieros leżał na asfalcie, asfalcie pamięć wracała wolniej niż kobieta wyrzucona za drzwi.
- Chyba otruta - wyseplenił pingwin.
-, Kto? - Zapytałem z głupia.
- Ta tam - wskazał w kierunku krawężnika - ale pewność będę miał dopiero po sekcji. Ci dwaj - znowu wykonał ruch ręką - kazali ci jechać za nimi i nie myśleć o głupich numerach.
Uśmiechnął się, ale nie jak pingwin, czym głęboko mnie rozczarował, podał do pocałowania dłoń i rozpłynął się,
Ociężale podniosłem niedopałem z asfaltu i włożyłem go sobie w usta, następnie uruchomiłem samochód i wolno podjechałem do miejsca, w którym znalazłem ciało. Wysiadłem. Ślad po kredzie, która obrysowała zwłoki był bardziej niż wyraźny.
Przez moment miałem ochotę wyciągnąć okulary i położyć je w miejscu, gdzie jeszcze nie tak dawno temu znajdowała się głowa dziewczyny, ale doszedłem do wniosku, iż za dużo symboli tyle mających wspólnego z przeszłością, co ja sam.
Było wpół do piątej, gdy dowlekliśmy się do Komisariatu. Zaparkowałem w miejscu oznaczonym żółtym krzyżem zupełnie nie przejmując się faktem, iż zajmuję miejsce jakiejś grubej dupie. Powinna mi była wybaczyć, przecież to ja znalazłem zwłoki. Jeżeli naturalnie coś to znaczy. No, może nie zupełnie zwłoki, ale postanowiłem o tym nie wspominać. Zresztą nie wiem, dlaczego.
Na drugim piętrze panowała sielska atmosfera. Trzy kurwy spały w ramionach swoich alfonsów, alfonsów kury i dzika kaczka plątały się pod krzesłami srając gdzie popadnie, ale jako materiał dowodowy były nietykalne.
Za niedomkniętym oknem słońce potęgowało już i tak nierealne wrażenie, jakiego doznałem wchodząc w tej przybytek jedynej w swoim rodzaju sztuki.
Orangutan zwany Alem kazał pozostać mi na korytarzu, zapukał w najbliższe, pobrudzone chyba sadzą, drzwi i nie czekając na pozwolenie wszedł, ale jeszcze szybciej wrócił.
Roześmiałem się, podszedłem do niego i wyłącznie z miłości do zwierząt chciałem pogłaskać go po policzku, jednak rozmyśliłem się, wyminąłem go i zatrzymałem się przy niezamkniętym oknie.
Sen znowu mnie dopadł i czułem, że jeżeli najdalej za godzinę nie położę się, przyznam się do zgwałcenia córki prezydenta. Albo i do czegoś o wiele gorszego.
Porucznik Scott siedział na parapecie i na nodze huśtał diabełka. Przeżegna-
łem się, nawet chciałem uklęknąć, ale śmiałość opuściła mnie. Jedyne, co uczyniłem to zapaliłem, lecz nigdzie nie dostrzegłem popielniczki, więc popiół opadał na podłogę jak rzeka niemogąca znaleźć ujścia.
Porucznik Scott albo tego nie widział, lub olewał ten głupi z mojej strony przejaw arogancji. W pewnym momencie jednak zeskoczył z parapetu, podszedł do biurka i przesunął leżące na nim pudełko spinaczy o kilka milimetrów w lewo.
- Wygląda, że masz problemy ze spaniem - stwierdziłem.
Popatrzył, jakbym już był martwy, z szuflady biurka wydobył popielniczkę i lekko pchnął ją w kierunku brzegu biurka.
-, Z czego to łazęgo wywnioskowałeś?
- Jesteś nerwowy, a tacy nie mogą spać. Podobnie jak tlenione blondynki.
W pokoju było tylko jedno krzesło, więc nie ruszyłem się z miejsca gdzie stepowałem. Popiół nadal spadał na podłogę, spać chciało mi się coraz bardziej. Nagle przypomniały mi się ramiona kobiety, nagie, jakby proszące o pomoc. I ten ruch lewą ręką wskazujący gdzie leży torebka.
- Chyba nie masz zamiaru płakać? - A nie doczekawszy się odpowiedzi dodał tym swoim tak wychwalanym w mediach głosikiem : po pedałach można się spodziewać się wszystkiego.
Podszedłem do biurka, wziąłem popielniczkę do ręki i ta po chwili rozprysła się na kilkanaście małych cząstek.
- Niszczysz dobro społeczne. O ósmej ma się zjawić prokurator i może poproszę byś został na dłużej?
Nie wiem, w jaki sposób moja twarz znalazła się o cal od jego, widocznie tak było im sądzone.
- Odpieprz się ode mnie, rób, co do ciebie należy, pytaj, o co chcesz, ale jeżeli zależy ci na informacji, kto za mną stoi - zadzwoń. I podałem mu kilka cyfr.
Zatrzepotał rzęsami, czym tylko upodobnił się do nieznanego mi z nazwiska aktora, którego prawie codziennie spotykałem, gdy nerwowym, drobnym krokiem udawał się do pralni ponarzekać na mafię niedopuszczającą go do miodów Hollywoodu.
- Chcesz powiedzieć, że pracujesz...
...dla pana Harrisona - wpadłem mu w słowo.
- Mam ci wierzyć?
Był jak landrynkowata, nieukształtowana jeszcze masa na cukierki. Na dodatek w ohydny sposób perfumowana.
- Wykręć tych kilka cyfr, każ go obudzić i zapytaj czy mnie zna.
- A jak się nazywasz? - Zapytał złośliwie, ponieważ doskonale wiedział.
Przeliterowałem i wyszedł z pokoju. Nie było go przez kilka minut. Usiadłem na jego krześle i ze sześć razy przeliczyłem wszystkie długopisy, jakie znajdowały się obgryzionym przez mole pudełku.
- Masz szczęście - warknął, gdy wrócił.
Zarechotałem, ponieważ numer, który mu podałem rzeczywiście był prywatnym, domowym numerem pana Harrisona, właściciela kilku stacji telewizyjnych i czegoś tam jeszcze, ale znalazłem się w jego posiadaniu zupełnie przypadkowo. Kilka dni wcześniej pozwoliłem jego niańce od dzieci chwilę potrzymać się za kolano a ta, w dowód wielkiej miłości, zezwoliła mi telefonować, kiedy tylko znowu zacznę odczuwać bóle w stawach.
- I co powiedział?
Zrobił ruch ręką, który miał chyba znaczyć żebym wstał i łaskawie powrócił na miejsce do stepowania.
Po godzinie byłem wolny. Opowiedziałem wszystko, ale naturalnie nie wspomniałem ani słowem o torebce i okularach. Następnie jeszcze raz powtórzyłem to samo zaspanej i zasmarkanej maszynistce, czarnemu facetowi z białą brodą i paznokciami jak czarownica, które o dziwo nie przeszkadzały mu w drapaniu maszyny do pisania, podpisałem protokół i wyjąkałem, iż wiem, że nie wolno mi bez wcześniejszego zgłoszenia tego faktu wyjeżdżać z miasta.
Kiedy tylko wymówiłem słowo miasto Scott natychmiast z powrotem wskoczył na parapet i niewzruszony powrócił do huśtania diabełka.
Podszedłem do jego biurka i przesunąłem pudełko na spinacze na poprzednie miejsce, czym tylko zasłużyłem na wdzięczność byłej żony kochającej porządek o wiele bardziej niż mnie.
- Nie umrzesz we własnym łóżku - syknął.
- Bardzo możliwe, i tak kiedyś wszyscy spotkamy się w kanale, ale zanim fakt ten będzie miał miejsce, ty staniesz się diabłem. Tym z własnej nogi.
Wydobył gwizdek i użył go. Orangutan zwany Alem jakby tylko na to czekał.
- Przypatrz mu się uważnie - wycedził przez zaciśnięte zęby Scott wskazując na mnie - może zdarzyć się, że spotkasz go nie będąc na służbie. Przyłóż mu wtedy także ode mnie.
Wyciągnąłem dłoń by pogłaskać Ala, ale ten odskoczył jak oparzony mamrocząc pod nosem, że śmierdzę.
Trzasnąłem drzwiami i wyszedłem. Zrobiła się już siódma. Kurwy, alfonsi oraz ptactwo znikły z korytarza. Słońce także, widać rozpoczął się nowy dzień, a ja jeszcze nie zdążyłem zakończyć starego.
Za wycieraczką włożony był mandat, ale widać w przeszłości uczył się sztuki latania, gdyż unosił się w powietrzu długo i majestatycznie.
Po pół godzinie byłem w domu, z podłogi w przedpokoju podniosłem leżące na niej listy, marynarkę rzuciłem na fotel.
Same rachunki, druki reklamowe oraz ankieta zawierająca tylko jedno pytanie: czy sklep, w którym stale kupowałem alkohol odpowiada mi.
Wszedłem pod prysznic, ogoliłem się, nałożyłem świeżą koszulę i zjechałem windą piętro poniżej parteru, kilka kroków ciemnym korytarzem i wyszedłem na ulicę po przeciwnej stronie domu.
Bar Jiżego Ondraszka czynny był przez całą dobę. Nigdy nie dowiedziałem się, kiedy jego właściciel odpoczywa. Raz nawet zapytałem go o to.
- Na takie głupstwa miałem czas - odparł trochę zdziwiony - kiedy mieszkałem w Pradze - teraz w końcu zarabiam pieniądze.
Zrobiło mi się przykro. Facet tylko zarabia. A kiedy wydaje?
Zamówiłem jajka na bekonie i dzbanek kawy. Ktoś widać znudził się poranną gazetą, ponieważ leżała na barze i przyciągała swoim ciepłem. Wepchnąłem ją pod pachę, zająłem stół pod oknem i na kilka minut oderwałem się od świata. Wiadomości o pogodzie, jak i kawa, tylko mi w tym dopomogły.
Kiedy wróciłem do mieszkania odniosłem wrażenia, iż przed momentem ktoś obcy w nim był. Zajrzałem do drugiego pokoju, łazienki, kuchni. Niby wszystko było na swoim miejscu, jeżeli o przedmiotach martwych można coś takiego powiedzieć.
Nagle, pewna myśl przyszła mi do głowy. Aż się jej przestraszyłem. By odwlec moment, w którym miałem przekonać się, czy rzeczywiście popełniłem błąd zapaliłem papierosa, następnie leżącą na podłodze popielniczkę myłem i czyściłem aż do przesady.
W końcu już nic nie mogło mnie uratować. Podszedłem do marynarki, którą zostawiłem na fotelu i w tym właśnie momencie uświadomiłem sobie, że przecież okulary włożyłem do schowka obok tablicy rozdzielczej.
Usiadłem jak martwy i zacząłem zastanawiać się, czy to zmęczenie, czy może zmysł przewidywania, który nigdy jeszcze mnie nie opuścił wysłał ten ostrzegawczy sygnał.
Doszedłem do wniosku, iż chyba i jedni i drugie. Nałożyłem sweter, podniosłem słuchawkę i poprosiłem by połączono mnie z biurem zleceń. Nie było dla mnie żadnej wiadomości. Odetchnąłem, zjechałem na parter, odszukałem swój wóz, wsiadłem do niego i przejechałem kilka przecznic. W najbliższym sklepie postarałem się o plastykową torebkę, zapakowałem do niej okulary oraz torebkę ze złotym łańcuchem zamiast paska, podjechałem pod najbliższą stację metra, zszedłem na poziom automatycznych skrzynek, wrzuciłem w pusty otwór kilka monet i na tydzień stałem się jej właścicielem. Schowałem w niej plastykową torbę, wymyśliłem kombinację cyfr będącą odpowiednikiem daty rozwodu rodziców, zatrzasnąłem drzwiczki, przekręciłem zamek tak, iż data rozsypała się na nic nieznaczące liczby, klucz włożyłem do koperty, którą zaadresowałem na nazwisko i adres biura przyjaciela, który kilka dni temu wyjechał na dziesięciodniowy urlop.
List wrzuciłem do skrzynki, wróciłem do samochodu, podjechałem pod ulubiony hotel, zaparkowałem na parkingu dla gości, wynająłem pokój, w sklepie znajdującym się tuż obok nabyłem butelkę wódki, papierosy oraz pierwszy tom Wojny i pokoju. Była to jedna z niewielu książek, przy której po dziesięciu minutach spałem jak zabity.
Wziąłem jeszcze jeden prysznic, napiłem się dwa łyki wódki, wypaliłem papierosa i wskoczyłem do łóżka.
Jak przypuszczałem Wojna i pokój uśpiła mnie w niecałe cztery minuty To był mój nowy rekord.
Zasypiając odniosłem wrażenie, iż to nie nieznajoma kobieta umarła dzisiaj nad ranem tylko ja, i że sprawa na tym bynajmniej się nie skończy. Czułem także, że w związku z nią ktoś jeszcze umrze, lecz nie wiedziałem dokładnie, kto.

 

II.

 

Obudziłem się, a po kilkunastu sekundach odzyskałem pamięć. W pokoju było ciemno. Na całe szczęście nie poruszyłem się, więc postać siedząca przy stole nie zdawała sobie sprawy, że dokładnie widzę jak delikatnie gasi papierosa w kubku bardziej nadającym się do płukania zębów.
Po chwili następny papieros począł ścigać się ze śmiercią, kotary były zaciągnięte a drzwi na korytarz prawdopodobnie zamknięte na klucz.
Nie miałem żadnej szansy. Na dodatek pistolet leżał w szufladzie biurka zagracającego pół stołu, ale w zupełnie innej dzielnicy.
Nie wiadomo, dlaczego akurat w tym momencie przypomniała mi się kobieta, która uwielbiała opowiadać, jak wysyłała swego męża do drogerii po czekoladki, a ten za każdym razem wracał z taśmą do uszczelniania okien. Idiota wstydził się powiedzieć, iż ciało używające jego nazwiska i ręczników kocha słodycze, więc brał do ręki taśmę i mówił, że ma zamiar zabezpieczyć mieszkanie przed zimą, w skutek, czego kobieta zmuszona była zaklejać swoje usta zamiast wpychać w nie kolejną czekoladkę.
- Daj zapalić.
W sekundzie w pokoju zrobiło się jasno. Strumień światła sprytnie wycelowany prosto w oczy na jakiś czas pozbawił mnie zdolności orientacji. Zamknąłem je, więc i spokojnie czekałem, co się będzie działo.
Kiedy już byłem przekonany, iż w takiej pozycji spędzę większość tego roku poczułem jak wargi mi się rozchylają, znajomy zapach drażni nozdrza a płomień zapalniczki lekko opala mi brwi.
- Mentolowy - skrzywiłem się - dobry dla dorastających panienek lub przekwitłych paproci.
Światło jakby na moment przygasło, więc otworzyłem oczy. Ubrany w żółty garnitur kutas założył nogę na nogę i spokojnie bawił się nożem, jak debil podczas wojskowego capstrzyku.
- Całe życie palę mentolowe, może nawet jeszcze dłużej, i nie widzę w tym nic złego.
Oparłem się na łokciach. W głowie szumiało mi jakbym, co najmniej całą dobę na pamięć uczył się Koranu.
- Tutaj gdzieś powinna być wódka?
Kutas uśmiechnął się i dopiero wtedy poczułem, iż nie mył się od urodzenia. Widać nie czuł takiej potrzeby.
- Była, ale wyszła.
Uśmiechnąłem się, ale pewnie jakoś blado, jakby świt znowu ominął dziurę, w której mieszkałem.
- Daleko? Może wróci?
Skrzywił się nienaturalnie jak to tylko Murzyni potrafią, a wielcy, biali pisarze wynoszą ten ich grymas pod niebiosa jako kolejny cud nienaturalności świata.
- Nie bądź taki dowcipny - położył nóż na stole i popatrzył na zegarek.
- Która godzina?- Zapytałem zupełnie bez sensu, ale co w sytuacji, w jakiej się znalazłem miało sens?
- Trzydziesta druga i pół - dodał z niechęcią.
Łokcie zaczęły mnie boleć, więc znowu się położyłem. Niestety na suficie nie było napisane, w co będziemy się bawili.
- Usiądź kochany - grzecznie, należy mu to przyznać, poprosił czarny kutas w żółtym garniturze.
Bardzo lubię, kiedy mnie o coś proszą, więc po chwili siedziałem naprzeciwko niego. Kubek pełen petów dyskretnie przypominał o mijaniu czasu.
- Skup się i słuchaj - rozpoczął jak w kościele - bardzo nalega - przerwał, pewnie zacięła mu się taśma w magnetofonowej pamięci.
- Nie tak - mruknął do siebie. Pewien dżentelmen - teraz szło mu o wiele lepiej - jest przekonany, iż wczoraj położyłeś się do łóżka o jedenastej wieczorem i

od razu zasnąłeś.
- I śniło mi się, że natrafiłem na dziewczynę wciśniętą w krawężnik.
Przypatrzył mi się uważnie, widać na taką ewentualność nie był trenowany, lub po prostu jej nie przewidzieli. Wybrnął jednak całkiem nieźle.
- Faceci w twoim wieku nie miewają już snów.
- Dlaczego?
- Nie istnieje taki punkt w regulaminie: przyrody, życia, istnienia - niepotrzebne skreślić. Wykonał błyskawiczny ruch ręką, jakby pokazując mi jam mam tego dokonać.
Rzuciłem niedopałkiem w kierunku stołu i ten, o dziwo wpadł prosto do wyszczerbionego od zbyt częstego używania słoika.
...więc - kutas kontynuował jakby się nic nie stało - jak już powiedziałem zasnąłeś. Obudziłeś się o ósmej rano, śniadanie i tak dalej. Możemy nawet przyjąć, iż zacząłeś się...
- Czy muszę?
Roześmiał się urywanym rechotem żaby widzącej nadjeżdżający rower.
- Egzystujemy w wolnym kraju, możesz nawet chodzić nieogolony.
Udawałem, że się zastanawiam. Nóż nadal leżał na stole, światło świeciło mi w oczy, a czarny bawił się paznokciem przy małym palcu.
- Co będę miał w zamian, gdy wyrzeknę się snów?
Popatrzył na mnie jak na kompletnie rozkojarzoną panienkę z burdelu, który właśnie się spalił, a ta dalej nie może odżałować tych kilkudziesięciu zasyfionych materacy, na których przeżyła tyle rozkoszy.
- Koperta leży na sraczu w łazience.
Nagle, nie wiadomo, dlaczego, postanowiłem być szczery. Aż po ból.
- Rano złożyłem zeznanie porucznikowi Scottowi. I nawet je własnoręcznie podpisałem, chociaż...
Włożył rękę do kieszeni i dla zwiększenia napięcia chwilę nią poruszał, a po kilku następnych sekundach - kiedy uznał, iż już można - kartka papieru złożona na czworo wylądowała koło mojej ręki.
- Nie zaglądniesz? - Zapytał, kiedy się nie poruszyłem.
- Domyślam się, co zawiera, a nie lubię przyglądać się własnemu podpisowi. Za każdym razem wydaje mi się, że jest sfałszowany.
- Bystry jesteś...
Wielka mucha usiadła na brzegu stołu i z widoczną bezczelnością zaczęła oddawać się czynności fizjologicznej, zupełnie nie przejmując się kodeksem dobrego wychowania.
- Co na to wszystko porucznik Scott?
- Nie twoja sprawa, więc o nim także zapomnij.
Mucha znikła, ale w zamian jakiś dziwny dźwięk począł wiercić moje lewe ucho z przerażającą intensywnością
- O wielu rzeczach na raz muszę zapomnieć. Nie wiem, czy potrafię aż tak bardzo się skoncentrować.

Wstał. Głową sięgał sufitu.
- Postarasz się, przecież nie masz nic innego do roboty. Ja będąc na twoim miejscu wyjechałbym.
Dźwięk nagle ustąpił i wpadłem w przerażającą pustkę ciszy, której nie powstydziłby się nawet pustelnik.
- Już to zrobiłeś.
Nie zrozumiał, ja także nie.
- Co masz na myśli?
- Opuściłeś krainę ludzi uczciwych.
W mojej butelce było jeszcze kilka kropel wódki, więc wypił je łapczywie.
- Nigdy w tej mistycznej krainie nie byłem, nawet przez sekundę - prawdopodobnie była to odpowiedź na moją próbę złośliwości.
- Pamiętaj! Położyłeś się spać o jedenastej. I nic ci się nie śniło.
Kiedy był już w drzwiach nagle zatrzymał się, zawrócił, zabrał nóż ze stołu i w tym momencie jego wzrok padł na Wojnę i pokój.
- Co to takiego?
- Powieść - odpadłem zgodnie z prawdą.
- W jakimś zupełnie niezrozumiałym języku.
- Po rosyjsku, prawie jedna trzecia ludzkości...
- I ty znasz ten język?
- Nie.
- To, po co u diabła ją czytasz?
- By zasnąć - wstałem i zamknąłem za nim drzwi.
Później przez dłuższą chwilę nie mogłem znaleźć zegarka. Kiedy już byłem pewien, iż opuścił mnie na zawsze okazało się, że przyłożona nim była koperta leząca na sraczu.
Dochodziła siódma. W kopercie było pięćset dolarów, oraz zdjęcie. Wróciłem do pokoju, pieniądze schowałem pod poduszkę a zdjęcie oparłem o śmierdzący kubek pełen petów.
Zapaliłem. Szesnaście godzin temu dziewczynę, którą przedstawiało zdjęcie, gdy roześmiana biegnie w stronę morza znalazłem wciśniętą w krawężnik.
- Po jaką cholerę zrobiono mi taki prezent? - Zastanowiłem się. Następnie rozsunąłem kotary, pomachałem w przestrzeń i wyszedłem. Pieniądze przyjemnie grzały przez kieszeń koszuli.
W windzie jakaś staruszka długo i przeciągle patrzyła mi w oczy. Podbudowany jak każdy próżny i samotny mężczyzna położyłem klucz od pokoju na recepcyjnej ladzie.
- Dobrze się czujesz?
Oblizałem się, typ mówił do mnie.
- O co biegasz?
- Ten kubek, w ręku - delikatnie wskazał na moją dłoń.
Rzeczywiście, w lewej ręce trzymałem kubek w połowie wypełniony niedopałkami. Ale to była moja sprawa i nikogo innego.

- O której kończysz pracę?
Zaczerwienił się i przełożył zapalniczkę z jednej kieszeni spodni do drugiej.
- Do przyszłego wtorku jestem bardzo zajęty - wydukał w końcu.
- Środa także jest dobra, by nakłaść ci po pysku.
Postawiłem kubek na ladzie i wyszedłem przed hotel. Zaczął padać deszcz, nie zbyt intensywny, ale nieprzyjemny. Poprosiłem panienkę, która akurat posiadała wolne miejsce pod parasolem by odprowadziła mnie do samochodu, ale widać źle mnie zrozumiała.
- Nie cierpię dziewic - krzyknąłem za nią, zły na sposób wychowania amerykańskiej młodzieży.
Wróciła po sekundzie, otworzyła torebkę i pokazała zaświadczenie wystawione przez rodzinnego lekarza, iż cnoty pozbyła się cztery lata temu.
- Jak ci teraz?- Syknęła widząc moją minę.
- Ciągle tak samo.
Odwróciłem się od niej, próbowałem zapalić, ale wiatr gasił płomień zapalniczki cierpliwiej i konsekwentniej jak grabarz świece.
- Nie zaprosisz mnie na kawę?
Widać doszła do wniosku, iż jak się już pofatygowała wrócić, otworzyć torebkę, wyjąć z niej zaświadczenie i do tego narazić się na sarkazm takiego durnia jak ja należy się jej zadośćuczynienie.
- Umiesz grzecznie siedzieć?
Okazało się, iż potrafiła. Byłem na siebie zły. Na wszystko miałem ochotę, tylko nie na towarzystwo młodej kobiety.
- Nie jestem w twoim typie? - Nie doczekawszy się odpowiedzi przywołała kelnera i poprosiła o koniak. Niestety jeden z tych najdroższych.
Na moment przyszła mi do głowy wątpliwość, wątpliwość, czy przypadkiem pieniądze, które tak przyjemnie grzały przez kieszeń nie są fałszywe. Poza nimi miałem dolara i trzy centy. Wstałem.
- Wrócisz? - Zaczynasz mi się podobać.
- Szybka jesteś.
- I nie golę włosów pod pachami.
Wracając z toalety musiałem przejść obok stoiska z gazetami. Odruchowo wziąłem do ręki jedną z leżących na stojaku, otworzyłem i zbaraniałem.
Zdjęcie kobiety, którą znalazłem wciśniętą w krawężnik zajmowało pół strony, drugie pół dziewczyny czekającej na mnie przy stoliku.
Ponownie odwiedziłem toaletę, zamknąłem się w kabinie i z wypiekami na twarzy, nerwowo czytając migające przed oczami litery, dowiedziałem się, iż Dorotea Harrison zmarła dzisiaj nad ranem w swoim własnym mieszkaniu. Ciało znalazła służąca, która o ósmej przyszła do pracy. Teraz cały majątek przebogatego tatusia dziedziczy Vivian.
Rzuciłem gazetę na podłogę, nie wiadomo, po co spuściłem wodę i spoglądałem w głąb muszli mając nadzieję, iż razem z wodą niknie pozostałość po nocy, która zdawała się nie mieć końca.

Piła trzeci koniak. Czwarty zamówiłem dla siebie.
- Jak masz na imię? - Zapytałem, chociaż znałem odpowiedź. Zbyt jednak byłem rozkojarzony, by ufać samemu sobie.
- Vivian.
- To dobre dla kota.
- Lub ciebie.
Odstawiłem kieliszek i popatrzyłem jej w oczy. Była już rozebrana i czekała na właśnie myjącego się faceta. Ponieważ patrzyłem nie zbyt dokładnie nie zauważyłem, czy tym facetem jestem ja sam.
- Rano umarła twoja siostra - powiedziałem cicho, cedząc słowa przez durszlak jak złoto, którym jednak nie były.
- Nie lubiłam jej.
Przy sąsiednim stoliku jakaś zakochana para zaczęła sobie wyliczać pozycje, w których mogliby się kochać, gdyby nie byli kalekami.
- Tylko tyle masz do powiedzenia?
Wstała, chociaż kelner nowe, proste zamówienie postawił na stoliku.
- Co o siostrze wiedziałam w południe opowiedziałam na policji.
- Porucznikowi Scottowi?
Zamrugała oczami jak clown odbierający z lombardu statuetkę Oskara.
- Kto to taki? Pierwszy raz w życiu słyszę to nazwisko.
Patrzyłem, jak przeciska się pomiędzy ciasno ustawionymi stolikami. Nie wiedziałem, dlaczego nie poszedłem za nią. Była przecież ładna, chętna i bogata. Ja zresztą także. Pięćset jeden dolarów i trzy centy minus rachunek był majątkiem nie do pogardzenia. Przynajmniej dla mnie.
Zapłaciłem, dałem zbyt duży jak na mnie napiwek i poprosiłem o piwo. Nie zdążyłem nawet zamaczać w nim ust, gdy Vivian usiadła na pewnie jeszcze ciepłym krześle.
- Co będzie tym razem? Numer z zaświadczeniem o utraconym dziewictwie jest dobry, przyznaję, ale nie dwa razy tego samego dnia.
- Deszcz dalej pada - uśmiechnęła się rozbrajająco - a przecież prosiłeś o pomoc w dostaniu się do samochodu.
Natychmiast, jak tylko przestaliśmy się kochać odwróciła się na drugi bok i zasnęła. Nie jestem przekonany, czy w trakcie odwracania się na drugi bok już nie spała.
Popatrzyłem na jej plecy. Opalone, bez jednego pieprza wyglądały jak plaża, po której spacerowanie jest zabronione.
Wstałem, zapaliłem papierosa, przeszedłem do kuchni, nastawiłem express i czekać aż kawa zaparzy się siedziałem nagi przy stole i bezmyślnie przyglądałem się ścianie, na której co rok malowałem nowego ptaszka.
Doliczyłem się sześciu, czyli od tylu lat nie pracowałem już w policji, a także nie byłem z żadną kobietą związany na stałe. Jakby to się dało.
Po trzecim łyku kawy zapaliłem nowego papierosa, wróciłem na chwilę do pokoju, podniosłem leżącą na podłodze torebkę Vivian, wróciłem do kuchni

i całą jej zawartość wysypałem na stół.
- Powiesz, czego szukasz, to może ci pomogę.
Stała w drzwiach owinięta moją najlepszą koszulą, którą zakładałem tylko na święta, pogrzeby oraz sądowe rozprawy.
- Sam nie wiem.
Wzięła mój kubek z kawą, usiadła na podłodze i bezczelnie zaczęła przypatrywać się w pewne, dość intymne miejsce.
- Nigdy nie widziałaś czegoś takiego?
- Nie.
- Tak dużego?
- Tak śmiesznego.
Założyłem dół od piżamy i jakoś udało mi się znaleźć drugi kubek.
- Czym się zajmujesz?
Gdzieś w pobliżu jakieś dziecko zaczęło kłócić się z rodzicami o miejsce na świecie, w którym nie stanęła noga Murzyna.
- Kiedyś byłem policjantem - zacząłem jak podczas przesłuchania.
- I czego pilnowałeś?
Za ścianą rodzice pewnie przypuścili zmasowany atak na pierworodnego, ponieważ w sekundzie wszystko ucichło, a cisza zaczęła wręcz dokuczać.
- W pracy - porządku, w domu - kobiety, ale tylko do momentu, kiedy nie stała się własnością wszystkich. Wtedy wyleczyłem się i z policji i z miłości.
- I od tego czasu...Zaczęła mnie nieudolnie przedrzeźniać...
...zarabiam na życie próbując wybawiać z kłopotów innych.
- Coś w rodzaju gliny.
Nagle parasol od lat stojący bez ruchu oparty o kaloryfer otworzył się budząc do życia stado mew.
- Gliny, która jednak nie przykleja się do palców.
Podeszła i pocałowała mnie w usta, piżama podniosła się, więc zaciągnęła mnie do łóżka
- Ojciec cię zaangażował, to pewne jak dwa razy trzy. Płaci ci także za sypianie ze mną?
Nie uderzyłem jej zbyt mocno. Jeszcze bardziej przylgnęła do mnie i po chwili nie wiedziałem, gdzie jestem i jak się nazywam.
Obudził mnie dźwięk telefonu. Popatrzyłem na zegarek. Było kilka minut po dwunastej, a po dziewczynie ani śladu.
Przez kilka sekund zastanawiałem się czy podnieść słuchawkę, ale chęć porozmawiania z kimkolwiek okazała się silniejsza niż zdrowy rozsądek podpowiadający, by wyłączyć telefon, połknąć pastylkę i spać przez dwadzieścia cztery godziny.
Jednak podniosłem słuchawkę, powiedziałem swój numer i nazwisko. Miły głos poprosiłbym chwilę poczekał.
W tym czasie zdążyłem założyć szlafrok, przenieść się na fotel, zapalić i zauważyć, iż obok fotela coś leży. Co, tego już nie zdążyłem sprawdzić.

- Tutaj Rex Harrison - pausa. Z wrażenia spróbowałem zaczerpnąć tchu. - Coś ci to mówi?
Udałem, że się zastanawiam.
- Prawdopodobnie kilka lat temu wystartowałem w konkursie na prezentera telewizyjnego. Podobno organizowała go jedna z pańskich stacji.
Bzyczenie w słuchawce było nie do wytrzymania i zastanowiłem się, czym mogłem go urazić.
- Przestań się wygłupiać - z nerwów musiał zgryźć cygaro, gdyż usłyszałem charakterystyczny dźwięk.
- Wcale się nie wygłupiam - grałem dalej - to było w maju tysiącdziewięćset...
Ze złością odłożono słuchawkę, chyba nawet rzuconą ją, lecz jeszcze szybciej telefon dał znać o swoim istnieniu.
- Przepraszam - usłyszałem - ale od śmierci córki nie jestem w najlepszej formie.
Wyraziłem współczucie i żal, najprostszymi słowami, na jakie tylko było mnie stać.
- Mógłbym się z tobą zobaczyć? - Wreszcie wydukał, po co budził mnie w środku nocy.
- Zaraz zajrzę do terminarza, kiedy jestem wolny.
Roześmiał się, ja także, czyli wynikało, iż przez chwilę śmialiśmy się razem. Wielki Harrison i ja, który nocy znalazłem jego córkę przytuloną do krawężnika, a następnej nocy przytulałem się do kolejnej. A kilka dni wcześniej niańka od jego dzieci trzymała mnie za kolano.
- Tylko, których? - Zastanowiłem się - w gazecie nie było wzmianki o innych jego dzieciach.
- Ile ma pan dzieci? - Zapytałem z głupia.
- Dwoje - odpowiedział, a po chwili cichym głosem dodał: teraz już jedno.
- Ja nie mam żadnego - nie wiadomo, dlaczego zacząłem się usprawiedliwiać.
- Jestem w Orionie, wiesz gdzie to jest?
Kilkanaście hektarów prywatnych gruntów, zatoka z brzegiem jak marzenie, wszystko do zabawy i wypoczynku, co tylko cywilizacja wymyśliła, oraz karta wstępu na rok równa moim dziesięcioletnim zarobkom. Plus trzech wprowadzających, każdy z kilkoma milionami na koncie.
- Widziałem na jakimś prospekcie.
- Za ile minut dasz radę przyjechać?
- Na zawsze?
- Powiedzmy, że na godzinę.
- Biorę dwadzieścia dolarów, oraz zwrot kosztów.
Krótki, urywany spazm gonionego kota.
- Dwadzieścia, czego, tysięcy?
- Dolarów. Dolarów mogę pojawić się za trzy kwadranse. Problem tylko czy mnie wpuszczą. Nie mam odpowiedniej prezentacji, a i ...
- O to możesz być spokojny.

-Więc będę - odłożyłem słuchawkę i schyliłem się pod fotel zobaczyć, co pod nim leżało.
Był to kawałek fioletowego atłasu zawinięty w przeźroczysty papier. Takim samym materiałem wykończone było wnętrze torebko Dorotei Harrison. którą znalazłem obok jej ciała.
Widocznie Vivian upychając w pośpiechu rzeczy, które wysypałem na stół w kuchni musiała przeoczyć ten drobiazg. Ale jak znalazł się on w pokoju?
Chwilę na ten materiał patrzyłem. Wróciło wspomnienie wstającego świtu, a razem z nim czegoś, co omiotły światła mojego samochodu, kiedy tylko wyjechałem zza zakrętu.
Podszedłem do baru, nalałem do szklanki porcję w porządnych domach zwaną dla alkoholików, wypiłem jednym haustem, materiał łącznie z papierem wrzuciłem do biurka, ubrałem się i wyszedłem.
Po deszczu nie pozostał żaden ślad. Można było nawet bez większego ryzyka powiedzieć, iż nie odczuwało się, że tego dnia padało.
Tylko zielony parasol leżący na tylnim siedzeniu samochodu był dowodem na spadanie z nieba kropel wody. Oraz potwierdzał fakt istnienia dziewczyny o imieniu Vivian.
Dotknąłem parasola, był jeszcze wilgotny.
- Starzejesz się - pomyślałem próbując uruchomić silnik - dotykasz parasola a wydaje ci się, że to kobieta.

 

III.

 

Gdzieś po pół godzinie jazdy miasto, jakby ucięte potężnym tasakiem skończyło się ustępując miejsca zieleni, wodzie i pieniądzom.
Naturalnie, nie leżały one na trawie czy asfalcie, po którym, jak po maśle jechałem, ale czuć je było w powietrzu. Tak samo czuje się ropę, szczęście, strach, kaca czy kota
Włączyłem radio, ale program dla karmiących matek wydał mi się bezsensowny na równi z meczami hokejowymi, czy wspinaniem się w niedostępne góry.
W pewnym momencie zatrzymałem się, wyłączyłem silnik, wysiadłem, oparłem się o maskę i zapaliłem.
Za sobą miałem miasto. Nagle, przerażony odwróciłem się, jakby bojąc się, że znikło. Ale nie, było, pulsowało tysiącem świateł i wydawało z siebie pomruk podobny do głosu denerwującego się oceanu.
Mieszkając w nim zakochałem się w nic nie wartej kobiecie, w nim także prałem brudy brzydkich ludzi, zanieczyszczając przy tym nie tylko własne ręce.
Wróciłem do samochodu, zapaliłem nowego papierosa, ponieważ nie wiedziałem, co stało się z poprzednim, otworzyłem schowek przy tablicy rozdzielczej i długo przypatrywałem się okularom zdjętym z twarzy Dorotei Harrison.

Do rzeczywistości wróciłem dzięki klaksonowi wielkiej ciężarówki, której kierowca pewnie myślał, iż ma do czynienia z parą, której nie stać na motel.
Włączyłem silnik i powoli ruszyłem. Nie potrafiłem ukryć przed samym sobą, iż nie miałem większej ochoty na spotkanie z panem Harrisonem. Nic a nic nie interesowały mnie jego sprawy, a jeszcze mniej fakt, iż miał do mnie jakiś interes, bez względu na wysokość honorarium, które mogłem zainkasować.
Czułem rybę psującą się od głowy, a świadomość tego ograniczała moją zdolność do akceptacji.
Po dziesięciu minutach czołgania się zjechałem z głównej drogi, przejechałem nie więcej jak milę i orgia świateł oraz kolorów poraziła mój wzrok. Do tego wszystkiego niebieski szlaban, ubrany w liberię pajac oraz pół naga hostessa dopełniały reszty. Tak witał mnie Orion marzenie niejednego, będącego na dorobku idioty.
Hostessa kołysząc biodrami podeszła do mojego luksusowego wraka.
- Nie jest ci zimno? - Zapytałem.
- Dla dostawców wyznaczono osobny wjazd - popatrzyła przy tym na mnie jak na zwiędłą w erze mezzointu paproć.
Miałem wszystkiego dość. Najbardziej siebie, więc popatrzyłem tylko na nią jak na martwy posąg stojący w greckim ogrodzie.
- Masz rację ślicznotko, przyjechałem dostarczyć panu Harrisonowi ważnych informacji. Na przykład coś w rodzaju obietnicy, iż w przyszłym tygodniu zostanę jego zięciem.
Zaczerwieniła się i małe plasterki miodu poczęły opadać z niej jak z wielkiej, bogatej pasieki.
- Przepraszam, pan prawdopodobnie nazywa się...oderwała od mnie wzrok i zaglądnęła do notesu.
- Prawdopodobnie. Poza tym powinnaś wiedzieć, że wszystko mi jedno, z kim się żenię, byleby tylko ten ktoś nie nosił stanika i bez przerwy trzymał w buzi...
- Co? - Niepewność i zmieszanie parowało z niej jak z marynarza, gdy znajdzie się na stałym lądzie.
- Długopis.
Rzuciła nim we mnie, odwróciła i dała znać pajacowi by podniósł szlaban. Nie uczynił tego zbyt chętnie, ale nie miał innego wyjścia.
Będąc w połowie schodów, które z powodzeniem mogły wystąpić w filmie Pancernik Potiomkin miałem zamiar zawrócić, kiedy nagle lekkie dotknięcie w ramię wróciło we mnie poczucie obowiązku.
Vivian miała na sobie błękitny, zupełnie pozbawiony smaku kostium. Powiedziałem jej to, zresztą nie lubiłem - jeżeli chodziło o drobiazgi - kłamać.
- Kogo nie widzę! Książę z bajki - próbowała grać, ale wyszło jej to jak amatorowi w niedzielnej szkółce, albo mężczyźnie, który boi się deszczu.
- W łóżku jesteś bardziej pomysłowa, więc powinnaś z niego nie wychodzić. Mogę poprosić ojca, by zainstalował ci w nim prysznic i telewizor. Chłopów będziesz przyciągała siłą woli.

Złość odjęła jej mowę. Pocałowałem ją w policzek i dalej wspinałem się schodami, mając nadzieję, iż te nigdy się nie skończą.
Niestety przeliczyłem się. Na szczycie czekał na mnie goryl podobny do Rudolfa Valentino, a może nawet on sam? Nie wiem, nie chodzę do kina.
- Mały łowca sensacji - wycedził na powitanie.
Miałem zamiar ugryźć go w ramię, ale rozmyśliłem się i tylko nadepnąłem mu na stopę mile się przy tym uśmiechając. Zamknął oczy i próbował pohamować łzy. Wielki, chyba jednak wypchany ptasio stał za nim w odległości nie większej jak na wyciagnięcie ręki.
- Proszę za mną - w końcu Valentino przemówił - ale nie czuj się jak u siebie w domu.
Nie zrozumiałem, co miał na myśli. Było mi zupełnie obojętnie, co myśli sobie byle, jaki facecik w służbowym uniformie, uważający by przypadkiem nie pobrudzić klamek z mosiądzu.
W pewnym momencie zatrzymał się, popatrzył mi głęboko w oczy i westchnął.
- Co zobaczyłeś? Lewą pierś, czy może prawą?
Staliśmy w załamaniu fioletowego korytarza i przez wysokie, czyste aż do przesady okno ocean wchodził i w nas.
- Zaczekaj tutaj chwilę mały łowco sensacji. A przy okazji pomyśl o dniu, w którym znowu się spotkamy.
Udałem, że się zastanawiam. Ptasior dalej stał za nim, chociaż nie zauważyłem, w jaki sposób potrafi się przemieszczać.
- Nie ma takiej możliwości - odpowiedziałem podchodząc do okna - nie jesteś w moim typie. Pewnie golisz się pod włos.
- Co to znaczy? Przystanął zdenerwowany. Ptak zniknął.
Ocean, na który patrzyłem był mi o wiele bliższy niż ten wymoczek, jeżeli naprawdę był Rudolfem Valentino.
- Zapytaj w Klubie Aktora.
Zrobił ruch ręką jakby odganiał się od natrętnej muchy lub łowczymi autografów, ale ta przecięła tylko kawałek pustego powietrza.
- Doprawdy, nie wiem, po co zapraszają tutaj takich typów - wyseplenił przez rozkapryszone usta.
- Żeby ci się nie nudziło dupku - Brak konkurencji wykończył już niejednego matoła.
- Mówisz o sobie?
Wypowiedział ten truizm i zniknął. Włożyłem rękę do kieszeni, a ta natknęła się na paczkę papierosów. Jednym z nich poczęstowałem usta, ale nie byłem pewien, czy w tym muzeum wolno palić.
W końcu jednak zaryzykowałem, nie zaczęły wyć żadne syreny alarmowe, ani opuszczać się schowane przed niepożądanym wzrokiem kraty.
Odetchnąłem, usiadłem na najbliższym sarkofagu i spokojnie paliłem. Z oddali, jak ze złego snu sączyła się łagodna muzyka, ocean podnosił się coraz wyżej i pływający po nim pospiesznie musieli szukać schronienia.
Kobieta, która do mnie podeszła była w trudnym do określenia wieku. Całkiem dobrze mogła mieć dwadzieścia kilka, jak i czterdzieści sześć lat. Ale to był jej problem.
- Dobrze, że dzisiaj nie pływam - odezwałem się, mając na myśli wzrastającą z minuty na minutę falę.
Zupełnie zignorowała moje wysiłki na rzecz pojednania, ręką pokazałabym wstał i poszedł za nią.
Nie poruszyłem się. Po kilku krokach zdumiona zatrzymała się i lekko odwróciła głowę, jakby bała się strącić drogie perfumy ze szklanej półki. Widać, nie przywykła by nie wykonywano jej poleceń.
- Nie lubię mieć do czynienia z niemowami. W dzieciństwie jeden taki wyrżnął mnie kijem beisbolowym w głowę.
- Nie wygląda pan na człowieka, który miał dzieciństwo - wyniosłość biła z niej na milę.
Upchnąłem niedopałek w palmę, wstałem i wybrałem kierunek odwrotny niż mi proponowano.
- Co pan na Boga robi? - W oczach miała strach pomieszany z kompletnym niezrozumieniem dla takich typów jak ja.
- Wynoszę się. Nie lubię, kiedy się mnie obraża. Zostałem przez pana Harrisona osobiście zaproszony, nie nadskakiwałem mu i nie wypychałem się tutaj na siłę, więc nie widzę powodów, dla których mam pozwolić by traktowano mnie gorzej od felczera, który przyszedł zrobić zastrzyk przeciw biegunce niekochanemu kotu.
- Coś podobnego! - jej ręka dotknęła policzka i przez chwilę zamarła w bezruchu - mysz, która ryknęła. Śmiałą się przy tym głośno i ordynarnie, aż do momentu, gdy otworzyły się najbliższe drzwi i mężczyzna, którego znałem z fotografii nie pojawił się na korytarzu.
- Co się stało Agnes? - Zapytał bardziej mnie niż kobiety.
- Jak pan pewnie zauważył śmieję się. Może przypomniała sobie profesora od gimnastyki, lub nianię, która próbowała uczyć ją zasad dobrego wychowania.
W sekundzie opanowała się, ręka opuściła policzek i powróciła na swoje miejsce, czyli znowu beztrosko dyndała w pobliżu biodra.
- Wszystko w porządku panie Harrison, to jest właśnie ten człowiek - była opanowaną i wyniosłą kobietą w wieku trudnym do określenia.
- Dom wariatów - wymamrotał pod nosem, ale tak, byśmy usłyszeli - szlag może człowieka trafić. Rano umiera jedna córka, druga w nocy wraca pijana a służba w najlepsze bawi się jakby nic się nie stało.
- Wcale się nie bawię panie Harrison, pracuję - obraziła się i zaraz musiała to zademonstrować.
- Wiesz? - Zwrócił się do mnie - Czasami zastanawiam się, czy dobrze jest mieć pieniądze? Kiedy ich jeszcze nie miałem żyło mi się o wiele spokojniej.
- Proszę przyjąć mnie na wspólnika, a po roku pozbędzie się pan podobnych problemów.
Nie wiem, czy zaakceptował moją propozycję, ale napięcie zostało rozładowane. Kobieta odpłynęła a my przeszliśmy do jego gabinetu. Nic nadzwyczajnego. Trochę skóry, wypchanych wbrew ich woli ptaków, parę drogich obrazów w brzydkich ramach, kilka karafek, szklanek i kurz.
- Pewnie dziwisz się, że mieszkam w czymś takim jak Orion - usiadł za wielkim biurkiem, które jednak zupełnie nie pasowało do tego wnętrza. Było jak kapelusz na nienadającej się do jego noszenia głowie. Albo jak kobieta w złym łóżku, chociaż to już brzmi jak żart.
- Odkąd udało mi się wrócić z wojska niczemu się już nie dziwię. A po rozwodzie rodziców przestałem się nawet zastanawiać.
Przez chwilę milczał, może trawił, co udało mi się na poczekaniu wymyślić. Nagle ocknął się, widać wewnętrzny budzik dał mu znak, iż już pora.
- się, Czego się napijesz? - Wskazał na barek.
Przypomniała mi się jego córka leżąca w rynsztoku i ta druga przyklejona do ściany w mojej sypialni.
- Wszystko mi jedno.
Nalał dwie szklanki wódki z cytryną a ja przysunąłem krzesło bliżej biurka i nie pytając o pozwolenie zdjąłem słuchawkę telefonu z widełek.
- Jest jeszcze wewnętrzny - jego ręka wykonała półobrót i dotknęła niewidocznego dla mnie domofonu.
Nakryłem go abażurem i przez chwilę milczeliśmy nie patrząc na siebie. W końcu zapytał:
- Nad ranem znalazłeś Doroteę, prawda? - Był bardzo daleko i bałem się czy wróci.
- Nie ją, lecz jej ciało - od momentu podpisania protokółu obiecałem sobie, iż wyłącznie będę kłamał, więc i teraz nie miałem innego wyjścia.
- I co o tym wszystkim sądzisz?
Wódka była ciepła a cytryna tylko przeszkadzała w piciu. Wepchnąłem do szklanki dwa palce, wyłowiłem ją i delikatnie położyłem na abażurze.
- abażurze.
-, O czym?
Przeważnie nie wypada pytaniem odpowiadać na pytanie.
- Czytałeś gazety?
- Przejrzałem.
Nagle popatrzył mi po raz pierwszy prosto w oczy, ale nie byłem pewien, czy widzi moją twarz. Widać należał do facetów, którzy bardziej ufają głosowi.
- I pewnie nic z tego, co napisane nie rozumiesz.
Leżącą na środku biurka mosiężną popielniczkę przesunął w otchłań zupełnie nie przejmując się jej protestami.
- Nie ma tutaj nic do rozumienia - postanowiłem, nie wiadomo, dlaczego być szczery - dają panu znać, na przykład z policji, iż właśnie znaleziono ciało Dorotei. W rynsztoku. By uniknąć skandalu, a mając wystarczające wpływy doprowadza pan do sytuacji, iż to służąca pańskiej córki znajduje chlebodawczynię - jak to się ładnie nazywa - w łóżku. Martwą. Załatwienie takiej sprawy to dla pana pestka. Wystarczy kilkoro uzależnionych przyjaciół i pieniądze. Czyli, jak dotychczas wszystko się zgadza. Do pełni szczęścia brakuje dwóch pewniaków: lekarza policyjnego, oraz faceta, który znalazł ciało.
Wzdrygnął się. Mosiężna popielniczka powróciła na swoje miejsce a cytryna znikła z abażuru.
- Dobrze to ująłeś, pewniaków. Jeden z nich siedzi przede mną, ale drugi rozpłynął się jak kamfora. I właśnie, dlatego poprosiłem, byś łaskawie pofatygował się tutaj. Pragnę, byś go odnalazł.
- Po co?
Zamachał rękami, może uczył się pływać?
- Przed chwilą powiedziałeś: do pełni szczęścia.
Wstałem i podszedłem do okna. Ocean uspokoił się, powoli wstawał świt. O tej mniej więcej porze, dwadzieścia cztery godziny temu natknąłem się na Doroteę Harrison.
- Jeśli go odnajdę, co mam mu zaproponować?
- Ze chcę z nim wypić jednego?
Przypomniał mi się czarny kutas w żółtym garniturze. Nie opowiedziałem jednak panu Harrisonowi o nim, kopercie z pięciuset dolarami ani o zdjęciu jego córki. Nie musiał wszystkiego wiedzieć, przy czym nie wyglądał na człowieka, który płaci dwa razy.
- Co będę z tego miał?
Może zachowałem się niegrzecznie, ale nadeszła pora zacząć myśleć o sobie, a nie popadać w kobiecy, tani sentymentalizm.
- Kontrakt plus premia, właściwie dwie - dodał po chwili - za odnalezienie tego przeklętego lekarza i...sam rozumiesz.
- Czyli, jakby kupuje pan milczenie.
Skinął głową a po chwili opuścił ją, Wyglądał jak podróżnik z Południa, który nie może doczekać nienadjeżdżającego pociągu.
- Należy podpisać kilka papierków - miałem żal, że mu przeszkadzam.
- Agnes załatwi to za mnie, posiada wszystkie potrzebne upoważnienia.
Wyszedłem przekonany, że nie jest łatwo być ojcem, szczególnie córki, którą o trzeciej nad ranem znajduje się w rynsztoku.
Agnes bez słowa podpisała typowy kontrakt, na który formularze zawsze wożę ze sobą. W ogóle traktowała mnie jak powietrze, do tego prawdopodobnie zanieczyszczone.
Bez sprzeciwu wystawiła także czek na sto dolarów płatny na okaziciela. Powoli robiłem się coraz bardziej bogatym.
- Ile właściwie ma pani lat? - Zapytałem, nie chcąc rozstawać się bez pożegnania.
Podskoczyła jak oparzona.
- Co to pana może obchodzić?

Uśmiechnąłem się, najsympatyczniej jak tylko potrafiłem, czyli wyszło, że co nieco się skrzywiłem.
- Założyłem się sam ze sobą. Jeżeli mniej niż sześćdziesiąt dwa przegrywam i za karę mam się w pani zakochać.
Przekleństwo - jedno z tych subtelnych - dopadło mnie dopiero na korytarzu. Prawie w tej samej sekundzie, co indywiduum, które trzy kwadranse wcześniej czekało na mnie na schodach. Próbował dotknąć mnie palcem.
- Pani Vivian chce się z panem natychmiast zobaczyć - wyszeptał mi tę wielką tajemnicę konspiracyjnie do ucha.
- Niestety, ale nie mogę. Jestem właśnie w drodze do specjalisty od chorób wenerycznych - naplułem mu do ucha.
Otrzepał się, z zakamarków duszy wydobył chusteczkę bielszą niż niejeden charakter i przetarł nią ucho a delikatnością najwyższego uznania.
- Naprawdę mam to powtórzyć?
Pozostawiłem go w niepewności zastanawiając się, czy może należało poczęstować go czymś bardziej przyjemniejszym. Na przykład...
Schody, kiedy się z nich schodziło nie wyglądały już tak pompatycznie jak poprzednio. Ot, zwykłe stopnie prowadzące nie wiadomo, dokąd, wy budowane dla poratowania upadającego prestiżu jakiegoś upadającego architekta.
Siedziała na przednim siedzeniu mojego grata i dla pewności by od razu zostać rozpoznaną w ustach trzymała największy długopis, jaki w życiu widziałem.
- Jedziemy do mnie, czy najpierw mam się dać zaprosić do Grubego Ediego?
Udałem, że się zastanawiam. Gdzieś w pobliżu gdakała kura, a słońce nieznacznie zaczynało dominować nad światem.
- Wszystko mi jedno - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Chciało mi się spać. Samemu.
- Ostatecznie może być Gruby Eddi.
Już w obrębie miasta, kiedy tylko zauważyłem wolną taksówkę dałem jej znać światłami by się zatrzymała. Przystanąłem metr za nią.
- To jeszcze nie to miejsce - dziewczyna rozejrzała się, a po chwili jakby zrozumiała. Posmutniała.
- Wiem, zapraszasz mnie do siebie, nich tak będzie, ale miałam straszną ochotę potańczyć.
Poprosiłem ją by wysiadła, ująłem ją pod ramię, podeszliśmy do taksówki i kiedy przed zdumioną miłośniczką tańców otworzyłem drzwi krzyknęła:
- Bezczelny.
- Ja? - Zdziwił się kierowca.
- Ten palant mnie napastuje - niezdarnie wskazała w moim kierunku. Taksówkarz uśmiechnął się i puścił do mnie oko.
- Wsiadaj -zakomenderował - ale wcześniej pokaż pieniądze. Inaczej pójdziesz piechotą. Taki spacer podobno dobrze robi na trawienie.
Po dwudziestu minutach byłem w domu. Nie umyłem się nawet, zdążyłem się tylko rozebrać.
Obudził mnie telefon. Odruchowo popatrzyłem na zegarek. Było kilka minut po szóstej. Nieobecność moja nie trwała dłużej niż półtorej godziny, w głowie miałem szum a w ciele sen związany z oceanem, który widziałem z okna korytarza czekając aż pan Harrison łaskawie zechce mnie przyjąć.
Nie wiadomo, po co podniosłem słuchawkę. Zupełnie nieznany mi głos wymienił moje nazwisko. Przytaknąłem, odczekałem czas potrzebny na zapalenie papierosa i kiedy już byłem pewien, iż wszystko mi się śni dopadł mnie przewlekły bas kapitana Sharpa.
- Ma twoją wizytówkę, dlatego - między innymi - cię niepokoję.
- Kto?
Westchnienie, jedno z tych, na których prawdopodobnie zbudowany został świat, lub przynajmniej jego gorsza część.
- Żebym to wiedział. Znaleziono ją jakieś dwie godziny temu. Na ulicy.
- Następna - pomyślałem - która umarła około trzeciej n ad ranem - zamknąłem oczy i przez chwilę się nie odzywałem.
- Jesteś tam?
Niestety byłem, więc dałem temu wyraz.
- Nie miała nic przy sobie, tylko w lewej kieszeni kurt ( kapitan Sharp był pedantem, jeżeli chodziło o szczegóły) znaleźliśmy twój znak rozpoznawczy. Przyjedziesz, czy mam po ciebie posłać?
- Dokąd?
Powiedział mi. Była to ta sama, portowa dzielnica, w której wczoraj od trzeciej tak wesoło się zabawiałem.
Kiedy tylko słuchawka wylądowała na widełkach wstałem, głowę włożyłem pod kran a ubierając się zastanawiałem, kto tym razem leżał wepchnięty w krawężnik?
W pierwszym odruchu pomyślałem o Vivian, lecz wydało mi się to - nie wiadomo zresztą, dlaczego - nieprawdopodobne.
Jiżi Ondraszek jak zwykle tkwił na swoim posterunku, czyli za barem, uśmiechnięty i zadowolony, więc naturalną koleją rzeczy było, iż zaproponowałem mu by zamienił się miejscami.
- Mam żonę - wyszeptał konfidencjonalnie - a jest szelma wymagająca.
- Co masz na myśli? - Roześmiałem się,
Popatrzył na mnie wzrokiem głodnego myśliwego, któremu zamknięto drogę na strzelnicę i w rezultacie musi - by nie zwariować - strzelać do brudnej pościeli.
- Uwielbia czystość w mieszkaniu. Bez przerwy muszę odkurzać, zmywać, ścierać kurze, czy...
- A ona, czym się zajmuje?
- Tęskni - a uprzedzając moje zdziwienie pospiesznie dodał - za ojczyzną, czyli za czymś, co nie istnieje.
Wypiłem ze trzy kawy a palcem popchnąłem rogalik z masłem czosnkowym.

- Jak się zdecydujesz, wiesz gdzie mnie szukać - rozmarzył się, gdy zamykałem drzwi, więc by trochę orzeźwiającego powietrza dotarło i do niego nie zamknąłem ich do końca.
Pewnie, powinienem był skorzystać z jego propozycji. Jest więcej niż pewne, iż żona Jiżego nie miała mojej wizytówki.
Ulica zastawiona była radiowozem i przenośnym znakiem zakazu wjazdu. Zaparkowałem na poboczu, smętnemu policjantowi, który może także jak żona Ondraszka tęsknił za ojczyzną wyszczekałem coś o kapitanie Sharpie i po kilku sekundach ślizgałem się pustą ulicą mając przy tym wrażenie, że oglądam film z lat, kiedy pistolet był jedynym prawem. Ale moje złudzenie szybko rozwiało się, gdy w pierwszej przecznicy zauważyłem wóz do przewożenia zwłok, kilkoro tajniaków kręcących się jak się dziecinny bąk, oraz ludzi z sekcji zabójstw.
Kapitan Sharp podszedł do mnie i chwilę mi się przyglądał. Trochę czasu upłynęło odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. Nie byłem sentymentalny, przynajmniej o tak wczesnej porze i powiedziałem to Sharpowi. Odsunął się jakby przepuszczał zgnitą smugę cienia.
- Kto znalazł zwłoki? -Zapytałem, kiedy milczenie zaczęło się niebezpiecznie przedłużać, a przecież dzieci musiały zdążyć do szkoły.
- Telefon - uśmiechnął się z żartu - pewnie jakiś pijaczyna na chwilę wytrzeźwiał, a kiedy zdał sobie sprawę, w co może być wplątany natychmiast po odłożeniu słuchawki zalał się znowu i...
- Może łzami? - Ale kapitan Sharp zignorował moją złośliwość, więc musiałem pytać dalej.
- Dlaczego twierdzisz, iż została zabita?
Popatrzył na mnie trochę uważniej niż poprzednio, ale widać chyba przypadłem mu do gustu.
- Młode kobiety ( jakby stare już nie istniały) nie mają zwyczaju kłaść się obok krawężnika. Na dodatek w takiej dzielnicy jak ta.
- Do tego o trzeciej nad ranem.
- Właśnie.
Gdy doszliśmy do leżącego ciała jeden z ludzi Sharpa podniósł kiedyś białe płótno, którym była przykryta.
Przez moment patrzyłem w milczeniu nie wierząc własnym oczom. Było to ciało dziewczyny, która przed kilkoma dniami wylądowała u mnie i przez chwilę potrzymała za kolano podając się za niańkę od dzieci Harrisona.
- Poznajesz ją?
- Tak.
- Jesteś pewny? - Sharp stawał się natarczywy, ale cóż. Premii nie dostaje się za pisanie sprawozdań bez błędów ortograficznych.
Skinąłem głową i zapaliłem nowego papierosa, chociaż poprzedni miał się jeszcze całkiem dobrze.
- Chcesz kielicha?

Kapitan Sharp widać jeszcze nie pozbył się ojcowskich odruchów, którymi kiedyś mnie zadręczał. Kiedyś, znaczy, gdy byłem jego podwładnym.
Usiedliśmy na tylnim siedzeniu w jego samochodzie. Piersiówkę miał przy sobie, nawet dwie, więc niemal równocześnie pociągnęliśmy pod solidnym łyku.
- Jak ci się wiedzie stary? - Nie wiem, co miała oznaczać melancholia w jego głosie.
- Tak sobie - odparłem zgodnie z prawdą.
Chwila ciszy potrzebnej jak kobiecie kapelusz.
- Podobno rozstałeś się.
- I z kobietą i z policją.
Pstryknął palcami i mały diabełek wskoczył przez okno, jakby przyłapany na gorącym uczynku.
- Szczęściarz - burknął - ja, niestety mam na głowie i jedno i drugie. I nie wiem, które jest gorsze. A jakaś pijana wróżka przepowiedziała mi, iż tak będzie aż po kres.
O nic więcej nie pytałem, tak nie usłyszałbym odpowiedzi. Nigdy nie odpowiadał na żadne pytania. Przynajmniej, kiedy byłem jego podwładnym.
- Zapalisz?
Palił papierosy bez filtra, więc zaplułem z pół samochodu, Zupełnie się tym jednak nie przejmował.
- I jak to jest? - Zapytał nagle, kiedy byłem pewien, iż w milczeniu wytrzymamy, co najmniej do Wielkiej Nocy.
- Z czym? - Nie wiedziałem, o co mu chodzi.
Nie patrząc na mnie wskazał na jakiś punkt w przestrzeni.
- Kiedy się jest samemu.
Roześmiałem się, ale od razu zdałem sobie sprawę, iż nie było to na miejscu.
- Powinieneś spróbować, ale według mnie zawsze jest tak samo.
- Tak przypuszczałem - wypluł niedopałek przez otwarte okno - kiedy Sylwia wyjeżdża przez kilka pierwszych dni jestem bezgranicznie szczęśliwy, następnie tydzień nie trzeźwieję, panienki czyszczą parapety a gdzieś po trzech tygodniach biorę urlop i jadę za nią. Człowiek to niestety dziwna istota bez stałego adresu zamieszkania.
- Chociaż czasami kończy w rynsztoku.
- Wszyscy tam kończymy - dodał - zmieniają się tylko dekoracje, ale rynsztok zawsze jest taki sam. Jeszcze po jednym?
Wypiliśmy, oddałem butelkę, wygramoliłem się z samochodu. Stał obok mnie, ale na mnie nie patrzył.
- Przyjdź koło jedenastej.
Czułem się, jakby w ogóle mnie nie było. Było to trudne do wytłumaczenia, ale przecież jakże naturalne.

 

IV.

 

Budzik nastawiony na z piętnaście dziewiąta zadzwonił o dziwo, co do minuty, co mu się nie zdarzało od wielu lat. Wyłączyłem go czując się jak bezwładna kłoda drzewa porzucona przez zbankrutowanego właściciela tartaku.
Odsunąłem zasłony. Dzień wtargnął we mnie, a niestety razem z nim pamięć. W dzbanku resztka kawy z ostatniego parzenia, zimna, gorzka, ale zacisnąłem zęby i wypiłem. I dopiero wtedy podszedłem do telefonu.
Vivian kazała na siebie czekać, może myślała, iż to zakochany fryzjer, lub natrętny ajent stacji benzynowej z koncernu Hamleta.
- O, książę się bajki! - Zarechotała usłyszawszy mój głos, ale nie wyszła jej ta źle udawana obojętność. Spóźniłeś się kilka godzin. Czyżby Alfred nie przekazał ci wiadomości, że chcę się z tobą zobaczyć?
- Teraz role się odwróciły. Spotkajmy się o pierwszej w Dominikanie.
- Zastanowię się.
- Płaczemy w wolnym kraju.
- Co powiedziałeś?
Byłem martwy, jak to tylko człowiek potrafi.
- To cytat z klasyki. Wiem, że nie uwierzysz, ale czasami przeglądam ją. Szczególnie, gdy...
Odłożyłem słuchawkę, ale natychmiast znowu ją podniosłem. Dziewczyna z centrali miała młody, przyjemny głos. Poprosiłem, by pod żadnym pozorem z nikim mnie nie łączyła.
- Masz dość ludzi? - Zapytała i natychmiast dodała - podobnie jak ja.
- Nie ludzi, ich kłopotów.
- Ale niestety bez nich nie da się żyć. Po drugie, co by to było za życie - upierała się.
- Jest możliwe, należy tylko wyobrazić sobie świat, w którym czekolada pomieszana ze spirytusem...
- Wariat - podsumowała krótko i rzuciła słuchawką.
W przedpokoju pod drzwiami codziennie oprócz świąt i potopu druki reklamowe, rachunki oraz - o dziwo - czek na okaziciela. Trzydzieści dolarów od faceta, któremu sprawdziłem, dlaczego ukochany jedynak omija szkołę jak oparzoną część ciała.
Wszystkie te śmieci wrzuciłem - łącznie z czekiem - do kosza. Koszula była niewyprasowana, ale nie przejmowałem się drobiazgami, krawat modny, lecz dziesięć lat temu. Popatrzyłem na siebie w lustrze i nie poznałem się. Za to kapitan Sharp nie miał kłopotów z identyfikacją.
- Wyspałeś się?
- Jak foka w beczce soli.
- Co to u diabła znaczy?
Spinki od jego mankietów błyszczały groźnie, ale nie jeden raz byłem w o wiele większych tarapatach.

- Nie wiem, ale przecież wypadało odpowiedzieć.
Wyszedł na korytarz i po chwili plastykowy kubek z kawą przyjemnie grzał mi lewą dłoń. I tak minęło z pół wieczności. Tej przyjemniejszej.
- No stary - w końcu przerwał tę sielankę - mów, co podpowiada ci sumienie.
- Na jaki temat?
- Dlaczego Murzyni nie potrafią tak dobrze jak biali jeździć na nartach.
Przełożyłem kubek z kawą do prawej ręki i poruszyłem się na krześle.
- Poznałem ją jakiś tydzień temu. Dokładnie, w który dzień nie pamiętam. Wyszedłem z kina, chyba był to Atlantic, zaraz obok jest bar, poprosiłem o kielicha i wtedy ta dziewczyna nie pytając czy może się dosiąść usiadła obok i powiedziała, iż według niej był to okropnie nudny film, czy cos w tym rodzaju. Musiała mnie widzieć albo w kinie lub, kiedy z niego wychodziłem.
- I od razy zabrałeś ją do łóżka?
- Skąd wiesz? - Udałem zdumienie.
- Trochę cię znam.
- Znałeś - poprawiłem go.
Ktoś zapukał do drzwi, ale chyba nawet nie zdążył dotknąć klamki, gdy Sharp zbył go nie zbyt cenzuralnym słowem.
- Najpierw poprosiła, czy mogę podwieźć ją pod Główną Pocztę. Nie było jej z dziesięć minut i kiedy już byłem przekonany, iż zafundowała sobie bezpłatną taksówkę pojawiła się, ale zanim wsiadła do samochodu coś wyrzuciła do kosza. Wyglądało to na list.
- Płakała?
- Nie powiedziałbym, iż płakała, może uroniła kilka łez. Ale później była już wesoła.
- Potrafisz rozbawić panienkę.
- Kiedy się rozbiorę nie mogą powstrzymać się od śmiechu.
- Pewnego dnia zaproszę cię w porze lunchu i pokażę dzieciom, jak będą wyglądały, gdy grymasy biorą górę nad jedzeniem - zaproponował Sharp.
- Dwadzieścia za seans, taką mam stawkę dla przyjaciół.
Nagle zapadłą cisza i słychać tylko było bzyczenie maszyny do borowania zębów. Trochę mnie to zdziwiło skąd w budynku policji takie instrumenty, ale nie zapytałem o to. Nie moja sprawa, czym wymusza się zeznania.
- Wyszła nad ranem. Na szczęście nie poprosiła o podwiezienie, nie zgodziła się także na wezwanie taksówki. Zapisała tylko swój numer telefonu na skrawku gazety i powiedziała, że pracuje jako niańka u Harrisona.
Sharp przestał bezmyślnie przyglądać się swoim palcom i przeniósł wzrok na mnie.
- Wtedy dałem jej swoją wizytówkę. I więcej nie miałem z nią żadnego kontaktu. Chyba miała na imię Katia, przynajmniej takim się przedstawiła.
Sharp dotknął słuchawki, ale powstrzymałem go. Nie wiadomo skąd doszedł mnie ten słaby sygnał SOS.
- Nie musisz telefonować do Harrisona. Nie zatrudnia żadnej niańki do dzieci.

Jego starszą córkę znaleziono przedwczoraj nieżywą we własnym łóżku, a druga jest w wieku, w którym nianiek raczej się nie potrzebuje.
Popatrzył na mnie lekko rozbawiony.
- Wcale nie miałem zamiaru niepokoić Harrisona. Chciałem tylko uprzedzić żonę, iż chyba nie wrócę na kolację. Takie przynajmniej mam przeczucie, a jak dobrze wiesz...
Nie dokończył myśli, popatrzył na ścianę. Była przeźroczysta.
- Pod numerem telefonu, która mi podała rzeczywiście mieszka rodzina Harrisonów.
- Wiesz więcej od mnie - smutnym głosem obwieścił Sharp.
- Początki zawsze bywają trudne.
- A końce?
- Tych na szczęście nie da się przewidzieć.
- Na czyje szczęście?
Sygnał SOS zamilkł, ale w zamian pojawiło się trzech facetów z krzesłami, biurkiem i gazową lampą w kształcie bogini Wenus.
- Czasami się nad tym zastanawiam, ale jak dotąd żadna, logiczna odpowiedź nie przyszła mi do głowy.
Odwróciłem się do niego plecami. Kubek z kawą stał się zimną bryła lodu, więc wrzuciłem go do kosza. Minęło kilka pustych minut. Nagle Sharp zapytał:
- Czy nie wydaje ci się to dziwne? Kobieta podająca się za niańkę Harrisonów idzie z tobą do łóżka, a po upływie kilku dni już nie żyje. Na dodatek dzień wcześniej umiera starsza córka jej domniemanego pracodawcy. Szczególny zbieg okoliczności? Nie sądzisz?
Sądziłem. I to o wiele bardziej niż Sharp przypuszczał. Ale nigdzie nie było napisane, iż to właśnie ja mam wprowadzić go w pogmatwane sprawy ostatnich dwóch dni.
- Jakie masz powiązania z Harrisonami? - Strzelił, jednak nie dałem się zatopić.
- Wczorajszej nocy zostałem przez niego osobiście zaangażowany na czas nieokreślony. Do odnalezienia pewnego typa.
Przypatrzył mi się z pod wpół zamkniętych oczu. Faceci z krzesłami i biurkiem zdążyli w tym czasie przemeblować cały pokój.
- I naturalnie nie powiesz mi, co to za jeden?
- Naturalnie.
Zamachał rękami jak zawodowa praczka, która dowiedziała się, że nieboszczyk ośmielił się zmartwychwstać.
- Zaczynasz mnie nudzić.
Postanowiłem nie być mu dłużny i jak tylko faceci z krzesłami znikli wypaliłem:
- Niestety, nie mogę powiedzieć ci żebyś się od...gdyż nabawiłbym się tylko kłopotów, ale czuj się obrażony.
Po chwili, która przerodziła się w wieczność, wieczność ta na powrót stała się znowu chwilą zapytał:
- Chyba gdzieś mieszkasz?
Podałem mu wizytówkę. Identyczną jak dziewczynie, która już nie żyła.
- Myślisz, iż skończę podobnie? - Sharp dał głos natychmiast, gdy tylko dotknął papieru, z którego była wykonana.
- Nie wiem, co masz na myśli?
- Wyimaginowaną niańkę od Harrisonów, jak i Doroteę.
Miałem dość tej w gruncie rzeczy nieciekawej rozmowy. Potrafiłem tracić czas w sposób o wiele bardziej przyjemny. Na przykład stojąc na moście i rozmyślając i Prouście.
- Nie znałem jej - po raz pierwszy od dłuższego czasu nie kłamałem.
- Miała szczęście, ale na nic jej się to nie przydało - popatrzył przez okno - możesz dotknąć klamki po drugiej stronie drzwi, ale nie wyjeżdżaj z miasta.
W ciągu ostatniej doby usłyszałem ten wyświechtany zwrot po raz drugi. Sytuacje zaczynały się powtarzać, lecz ciała były różne.
Wolnym krokiem przeszedłem przez wyheblowanie podwórko Komendy Policji i znalazłem się w gmachu C. Był to zapewne najprzyjemniejszy ze wszystkich, jakimi policja dysponowała. Zawierał kostnicę, pokoje do sekcji zwłok oraz laboratoria. Cisza, spokój, elegancja.
Zaglądałem do każdego pokoju szukając znajomej twarzy. Nikt nie zapytał, co tutaj robię. W ogóle panowała tam dość dziwna atmosfera i miało się wrażenie, jakby czas nie liczył się zupełnie, albo przynajmniej zatrzymał w miejscu. Jeżeli, naturalnie jest to fizycznie możliwe.
- Napijesz się jednego? - Dłoń, która się do mnie wyciągnęła była wielkości futbolowej piłki. W swoim brudnym wnętrzu miętosiła płaską, do połowy opróżnioną butelkę z jakimś kwasem. Do tej ręki przynależał olbrzym siedzący na korytarzu z nogami wyciągniętymi poza równik.
- Chętnie.
Kiedy oddawałem mu szkło podniósł głowę i nie bez trudności rozpoznałem w nim starego Lee B. Coobsa w gmachu policji człowieka od wszystkiego.
- To ty? - Zapytałem jak debil, albo przynajmniej jego syn.
Rozejrzał się, widać sprawdzał czy adres się zgadza.
- Nie pamiętam cię - wydukał.
Opowiedziałem mu mniej więcej, kim byłem, kiedy tutaj pracowałem i jak długo.
- Zabójstwo dwóch misjonarzy i zakonnicy. Zgadza się? - Miał w zwyczaju zwracanie się do personelu poprzez najważniejszą sprawę, jaką dany gość prowadził. Za mną często wołał misjonarz, lub, szczególnie, gdy sobie popił zakonnica.
- Dożywocie i piętnastka.
Posunął się, więc usiadłem obok niego na drewnianej ławce. Cuchnął jak skunks.
- Napijemy się jeszcze?

- Za drugi trzeba już zapłacić.
Wepchnąłem mu do kieszeni kilka zmiętych dolarów. Nie poruszył się, ale także nie podał mi butelki.
- Dzisiaj akurat mijają dwa lata jak wyrzucili mnie na zbity pysk po prawie czterdziestu wiosnach przeoranych na tym gnijącym ugorze. Nie wiesz przypadkiem, komu przeszkadzałem? Pójdę i skuję mu mordę.
Nie wiedziałem. Popatrzył na mnie rozczarowany. Pewnie byłem jego ostatnią szansą. A on moją.
Najdokładniej jak tylko potrafiłem opisałem mu lekarza, który w nocy, kiedy natknąłem się na Doroteę Harrison przyjechał karetką zawezwaną przez policyjne radio. Zdumiało mnie tylko, dlaczego nie zapytałem o jego nazwisko pana Harrisona.
- Był wzrostu pingwina, a i głos miał podobny?
- Wyjąłeś mi to z ust.
Roześmiał się. Echo jego śmiechu powaliło wchodzącą na korytarz staruszkę, która odbiła się od ściany i jak bańka mydlana wypadła na podwórko.
- Nikt inny jak tylko doktor White. Jeszcze dwa lata temu, za moich czasów - dodał z nieukrywaną dumą - mieszkał z mamą na przedmieściu.
Chwilę się zastanowił zanim podał mi adres.
- Znałem go dobrze. Często, jak przywoził jakiegoś nieboszczyka a formalności przeciągały się przychodził do mojej dyżurki na jednego. Coś przeskrobał? - Zainteresował się.
- Chcę zaprosić go na ślub. W zamierzchłej przeszłości był narzeczonym mojej dziewczyny, więc...
- Nie rób tego - złapał mnie za rękę - w zamian zaproś mnie. Posłuchaj jak śpiewam.
Zapomniał o mnie i zaczął wyć jakby go szlachtowali. Słyszałem go przechodząc przez podwórko, jak i gdy wsiadałem do samochodu.
Byłem spóźniony na spotkanie z Vivian prawie czterdzieści minut. Nie wiedziałem czy to mało, czy wystarczająco. Postanowiłem jej o to zapytać, ale nie dopuściła mnie do głosu.
Kiedy tylko pojawiłem się w Dominikanie zaczęła ujadać iż zachowuję się jak dwugarbny gbur. Najpierw nie przychodzę na jej wezwanie - Alfred już ma za swoje - a teraz spóźniam się jak XXI wiek.
Skinąłem na kelnera, a kiedy podszedł zapytałem, czy przypadkiem nie wie ile godzin może liczyć wiek.
Zupełnie nie dał po sobie poznać zdziwienia, tylko ręka, w której trzymał zdechłą papugę niedostrzegalnie dla niewprawnego oka lekko drgnęła.
- Proszę łaskawie chwilę poczekać, zapytam szefa kuchni. On wie wszystko, ponieważ jest spod znaku Wagi.
Czekałem w napięciu. Vivian otworzyła torebkę i przypudrowała nos. Złoty stolik pod oknem stał pusty, chociaż kwiat więdły na nim jak na zawołanie.
- Około ośmiuset siedemdziesięciu sześciu tysięcy. Co podać?

Poprosiłem o podwójną whisky zupełnie nie przejmując się faktem, iż przecież siedziałem z damą. Do tego w kapeluszu.
- Najpierw zapytaj chamie, czego ja mam ochotę się napić.
Popatrzyłem na taras i wydawało mi się, iż w jednym z siedzących tam gości rozpoznaję starego Lee B. Coobsa. Wstałem, podszedłem do niego i pogratulowałem głosu na światowym poziomie. Towarzystwo wyniosło się szybciej niż ja wróciłem do stolika.
- Coś ci dolega? - O dziwo Vivian czasami odkrywała w sobie ludzie odczucia.
- Chyba jestem zmęczony.
Szklanka z whisky była pusta, chociaż nie pamiętam momentu maczania w niej ust.
- Pojedźmy do nas - zaproponowała nie patrząc na mnie. Świerszcze budują gniazda, ryby pluskają a ja brnę w nieznane.
- Do nas? - Udałem zdziwienie.
Wzruszyła ramionami, jakby konduktor nie znał na pamięć rozkładu jazdy i musiała prosić o pomoc maszynistę.
- Nie sądzisz przecież, iż Orion to nasz jedyny dom. Nie wiem, dlaczego ale ojciec nie chce kupić w mieście innego mieszkania. Widocznie przywiązał się do tej rudery. Zresztą mieszka w niej od lat.
Miałem tego wszystkiego dość, najbardziej siebie.
- Podobno wczoraj w nocy wróciłaś do domu pijana?
Obruszyła się, jak rak, kiedy nadchodzi pora połowu.
- Kto naopowiadał ci takich głupstw?
-Twój własny ojciec.
Kelner postawił przede mną szklankę z whisky, a przed Vivian lody.
- Nie zamawiałam ich - krzyknęła i rzuciła łyżeczką o śnieżno - białą serwetę.
Podniosłem się, a wtedy kelner dał mi dyskretny znak, więc poszedłem za nim.
- Proszę mi wybaczyć - zaczął niepotrzebnie i zupełnie bez sensu, kiedy znaleźliśmy się w przejściu między kuchnią a Wrotami Salomona - ale ja znam tę panią - wskazał na stolik, przy którym Vivian bezmyślnie spoglądała przed siebie.
- Ja niestety także.
- Przedwczoraj koło dziewiątej były tutaj obydwie.
Nie zrozumiałem go, więc mu to powiedziałem. Zniknął na chwilę, a kiedy znowu się pojawił w ręce trzymał gazetę.
- Z tą! Otworzył na stronie ze zdjęciem Dorotei.
Łamigłówki mają to do siebie, iż czasami robią się niepotrzebnie skomplikowane.
- Były same?
Zastanowił się. Jakaś przeźroczysta żyłka zaczęła pulsować mu na nieopalonym od nowości czole.
- Dosiadł się do nich jakiś mężczyzna. Nie protestowały, widocznie znały go.

Niestety, nie mogę opisać jak wyglądał, widziałem go zaledwie przez sekundę i do tego z profilu.
Jakaś pół naga pomoc kuchenna przeleciała obok nas trzymając się za biust większy od biedronki.
- Dlaczego uważasz, że może mnie to zainteresować?
Uśmiechnął się, jak przez mgłę, ale jednak.
- Wiem, czym się pan zajmuje. Jakiś czas temu pomógł pan siostrze rozwieźć się, znaczy dostarczył dowody, że jej stary ma na boku inną firmę.
Poklepałem go po ramieniu. Natychmiast, kiedy tylko przestałem strząsnął z ramienia niewidoczny dla nikogo pył.
- Daleko zajdziesz chłopcze.
- Mam na imię Mike.
- Chcesz na lizaka?
Grymas wykrzywił jego usta, jakby znowu był dzieckiem i musiał uczyć się tej wstrętnej geografii.
- Pana nie stać na napiwki, widziałem pańskie mieszkanie - i odwrócił się, jakby nagle zrobiło mu się niedobrze.
- Pracujesz, co drugi dzień?
Kiwnął głową i zniknął. Kiedy wychodziliśmy po zapłatę pofatygował się zupełnie inny naciągacz.
Wsiadłem do samochodu, przejechałem nie więcej jak milę, zatrzymałem, upewniłem czy nie jesteśmy śledzeni, odwiedziłem sklep, papierową torebkę rzuciłem na tylnie siedzenie a z butelki zerwałem nakrętkę.
- Niepotrzebnie się spieszysz.
- Nigdy nie byłem w Hiszpanii.
- Nie rozumiem? - Popatrzyła na mnie zdziwiona.
- Jestem za bardzo zmęczony by tłumaczyć, co miałem na myśli.
- Może ja poprowadzę?
Nie przejechaliśmy więcej jak dwie mile, gdy zapytała:
- Dlaczego kupiłeś gazetę?
Z najbliższej przecznicy wyjechało pół samochodu. Kątem oka zauważyłem, iż drugie pół spokojnie parkowało przed parterowym domkiem.
- Chcę mieć przy sobie program telewizyjny. Popołudnie jak i wieczór mogą okazać się strasznie nudne.
O mało, co nie nabiliśmy się na wielką ciężarówkę z mlekiem zamiast herbu, ale widać opatrzność jeszcze czuwała.
- Ojciec pewnie by się ucieszył - zaśmiała się Vivian - jeden pogrzeb załatwiłby obydwie niedogodności.
Nie wiem jak długo jechaliśmy, w każdym razie, gdy zbudził mnie pocałunek jedna z butelek w zasadzie była pusta.
- Gdzie jesteśmy? -Zapytałem jak nowonarodzony prezydent.
- W raju.
Przez środek parku przepływała rzeczka, park utrzymany jak w Europie za dobrych czasów Renesansu straszył doskonałością, a kilka gór na horyzoncie tylko potęgowało już i tak nierealne wrażenie jakiego doświadczyłem. Wydawało mi się, iż zaraz się rozpłaczę. By jakoś ukryć wzruszenie schowałem się za butelkę.
- Mógłbym mieszkać tutaj resztę życia - skłamałem.
- Nic trudnego. Poproś o rękę, pewnie zostaniesz przyjęty a ojciec już postara się by świat nie widywał zbyt często tak okropnego zięcia.
- Komu mam się oświadczyć? - Zacząłem rozglądać się wokół jak świeżo złapany w sidła lunatyk.
Rzuciła mi gazetę pod nogi a sama odjeżdżając w kierunku garażu powiedziała:
- Pomarz sobie sekundę. Każę służbie przygotować sypialnię i coś do zjedzenia.
Znikła, lecz w zamian pojawił się pies. Cały oszroniony, tak, iż nie byłem pewien gdzie zaczyna się a gdzie kończy.
- Masz imię?
Zupełnie zignorował mnie, więc szybko wróciłem do samochodu i z przykrością stwierdziłem, iż ten zniknął. Najpierw oszroniony pies, a teraz samochód. Przyroda żartowała ze mnie w żywe oczy.
Jakoś udało mi się dowlec do werandy i usiąść na jej schodach. Po kilku minutach pojawiła się Vivian.
- Woda w wannie już się przelała.
Udałem, że nie rozumiem, o czym mówiła. Przed oczami miałem jej siostrę przytulona do krawężnika.
- Kiedy po raz ostatni widziałaś Doroteę?
Nie zastanawiała się zbyt długo, pewnie była na takie pytanie przygotowana.
- Tydzień przed jej śmiercią wypadały urodziny ojca. Wpadła na godzinkę wyrecytować życzenia.
Popatrzyłem na najbliższe drzewo. Nie wiem, dlaczego ale wolałbym żeby to ono mnie tutaj przywiozło.
- Mogę skorzystać z telefonu?
Zaprowadziła mnie przed miedziany aparat porośnięty środkami czystości wylewanymi na niego dwa razy dziennie, poinformowała jak połączyć się z miastem, bąknęła, że mnie kocha a w zamian za pół godziny miałem zjawić się przy stole.
- Po zapachu poznasz którędy się do niego idzie.
Nie bez problemów połączyłem się z mieszkaniem Andy Carlucciego. Był moim kumplem, a za kilka dolarów stawał się nawet bliskim przyjacielem.
- Myślałem, że już nie żyjesz - ile razy usłyszał mój głos jego portfel pęczniał do nieprawdopodobnych rozmiarów - co tym razem?
Opowiedziałem, gwizdnął.
- Na kiedy?
- Jutro w południe.

- To musi kosztować dwa razy więcej niż zwyczajnie.
Nic mnie to nie obchodziło. Oszroniony pies intrygował mnie bardziej niż kilka brudnych banknotów.
- Może być nawet trzy, znalazłem sponsora. Spotkamy się w knajpie pod redakcją.
Pewnie, by przedłużyć rozmowę zapytał skąd telefonuję, ale nie dałem się na taki prosty numer nabrać i odłożyłem słuchawkę, odnalazłem łazienkę i przez moment z niesmakiem przyglądałem się napisowi na lustrze głoszącym coś o uczuciach.
- Kłamie pani jak z nut - powiedziałem na głos przypomniawszy sobie słowa kelnera.
- Niby, dlaczego tak uważasz?
Naga Vivian wyślizgnęła się zza kotary, wzięła mnie za rękę i po chwili odbijaliśmy się od siebie jak piłki golfowe wrzucane do kieliszka.
Kolacja była wspaniała. Sęk w tym, iż zupełnie nie dopisywał mi apetyt. Za to z przyjemnością patrzyłem jak Vivian zmiata ze stołu jedną potrawę za drugą.
- Chyba nie za wiele jadłaś przez ostatnie kilka lat - niby to żartowałem, ale z powodu ciężkości tego żartu poruszyły się ledwie trzymające się ścian obrazy. Przedstawiały starych, zamyślonych ludzi, pewnie jej kupionych za wielkie pieniądze przodków.
- Po kochaniu zawsze mam apetyt.
Przyszło mi do głowy pytanie, jak często musi to robić, by utrzymać się przy życiu.
- Lepiej ubierać cię niż karmić - brnąłem dalej w to bagno rozrywki.
Ze zdziwieniem popatrzyłem na resztki kurczaka, który miał czelność tak szybko się zdematerializować.
- Nie byłabym tego taka pewna. Ojciec twierdzi coś przeciwnego. Apropo, ile płaci ci za pilnowanie mnie? Może będę w stanie go przebić?
Wstałem od stołu i podszedłem do okna. Zapadł już zmierzch, co absolutnie nie znaczyło, że nie byłem w stanie trafić szyjką butelki do ust.
- Dlaczego, nie potrafisz napić się jak normalny człowiek?
Denerwowała mnie i zacząłem drapać się jak stwór nerwowy.
- Służba nie zasługuje na kieliszek. Tak jest od czasu wymyślenia świata, więc niby, dlaczego nagle ma być inaczej?
- Przepraszam - przytuliła się do moich swędzących pleców - ostatnio strasznie jestem rozdrażniona. Śmierć Dorotei tylko ten nastrój spotęgowała.
Czułem, że do pleców przylepia mi się karakon. Postanowiłem zmyć go jeszcze jednym łykiem wódki. Poskutkowało. Kiedy się odwróciłem Vivian siedziała przy stole i wpatrywała się w pusty talerz.
- Zależy mi na tobie, zresztą nie wiem, dlaczego - wydukała jak zły aktor wspaniałą kwestię.
Usiadłem naprzeciwko niej. Dzieliły nas kości kurczaka niesprzątnięte przez służbę, butelka, zera na koncie oraz fakt, iż na szczęście nie byłem z tego świata
- Dlaczego kłamiesz? - Zapytałem najbardziej spokojnym głosem, jaki tylko potrafiłem naśladować.
- Co masz na myśli? - Jej oczy, rozkojarzone jak biedak, który nagle wygrał kosz pełen czekolady rozpoczęły niespokojną wędrówkę między prawdą a nocą.
- W noc jej śmierci, koło dziesiątej w Dominikanie - po chwili przeźroczystej ciszy dodałem jakby od niechcenia - widziano was, nie byłyście zresztą same, więc dlaczego wmawiasz mi, że ostatni raz widziałaś ją na urodzinowym przyjęciu ojca?
Zdrętwiała, dotknęła resztek po kurczaku i przez chwilę miętosiła je w lewej dłoni zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.
- Spływaj stąd tajniaku - wydusiła w końcu - i żebym cię więcej nie widziała.
Wstałem, ukłoniłem się. Prawdopodobnie rzuciła we mnie resztkami, które miętosiła, a później i talerzem, gdyż chyba jakaś mucha dotknęła mojego ramienia.
Kiedy znalazłem się przed domem uzmysłowiłem sobie, iż na szczęście, całkiem odruchowo zabrałem ze sobą butelkę, więc trochę z niej pociągnąłem.
- Szanowny pan nie dysponuje samochodem?
Chińczyk, który te słowa wypowiedział był zgięty w pas. Może wziął mnie zza swoją teściowa? Tak przejąłem się sytuacją, że zupełnie zapomniałem gdzie zaparkowałem gruchota.
- Niestety.
- Niestety takim razie proszę za mną.
Zaprowadził mnie do ogrzewanego garażu, w którym pachniało rycynusem i wręczył kluczyki od super wozu, na jaki tylko mogłem patrzeć, i to z daleka pod warunkiem, iż takiego jak ja łachudrę wpuszczą do salonu sprzedaży nie bojąc się o jakość posadzek.
- Rano zatelefonować i być uprzejmy poinformować gdzie łaskaw zaparkować - dalej zgięty był w pół. Zacząłem podejrzewać go o chorobliwy paraliż.
- Ona tak często? - Wskazałem na dom.
- Zdarza się.
- I co wtedy robicie?
Wskazał na samochód i zniknął. Po przejechaniu kilku mil będąc już na autostradzie zjechałem na pobocze, pociągnąłem ostatni łyk butelki, wyrzuciłem ją do rowu, zapaliłem i wysiadłem.
Noc była upalna, niestety nie docierał tutaj wiatr od zatoki. Przeszedłem kilkanaście kroków w kierunku miasta, następnie w przeciwną stronę. Miałem przy sobie ponad sześćset dolarów, sam sobie byłem winien wakacje, ale, by na nie wyjechać potrzebny był doktor White. Postanowiłem odnaleźć go z samego rana, a później spakować manatki i nie przejmując się dwoma ostrzeżeniami o nie wyjeżdżaniu z miasta zniknąć przynajmniej na tydzień.
Wróciłem do samochodu, jakoś włączyłem się w ruch i nie wiadomo, dlaczego akurat wtedy przypomniałem sobie, iż gdy skończyliśmy się kochać i Vivian wyszła do drugiego pokoju poszukać zapałek odruchowo otworzyłem jedną z szuflad stojących obok jej toaletki. Natrafiłem na zdjęcie Dorotei, identyczne jak to, które zostawił mi w prezencie łącznie z pięćset dolarami czarny kutas w żółtym garniturze. Dlatego między innymi podczas kolacji nie dopisywał mi apetyt.
Nie wiem, jakim cudem wylądowałem przed knajpą, na której świecił się rząd liter układający się na napis Gruby Eddi. Pikola wyrwał mi kluczyki od samochodu, inny szeroko otworzył wrota. Lubię być zapraszany, więc wszedłem. Wewnątrz wzrok wszędzie napotykał się na bar. Przetarłem oczy, zmora nie znikła, jedynie w przejściu pojawiły się pół nagie dziewczyny.
- Chyba odkryłem niebo na ziemi - pomyślałem i - ponieważ z przekonania jestem lewicowcem - wybrałem bar po prawej stronie, skromnie usiadłem w samym rogu za plecami mając ścianę, w automacie, który się po sekundzie pojawił zamówiłem podwójną wódkę z cytryną i zacząłem przysłuchiwać się jak jakiś obrzydliwy Murzyn tłumaczy kompanowi, iż kilka lat temu był zupełnie biały, na sto procent, tylko przez pracę, alkohol i kobiety zmienił mu się Kolo skóry.
- Więc, uważaj na siebie - wyseplenił do towarzysza podróży, próbował zwalić się pod blat, ale lata praktyki nie poszły na marne, gdyż w ostatniej chwili przytrzymał się kieliszka.
Automat postawił przede mną szklankę i porozumiewawczo mrugnął. Był tak pokojowo nastawiony do świata, jak co najmniej prezydent Roosvelt.
- Lubisz się onanizować? - Zapytałem uprzejmie.
- A bo co? - Bąknął.
- Więc zniknij na zapleczu i nie pokazuj się przez pięć minut. Chcę wypić w spokoju.
W następnym barze było jeszcze przyjemniej. Co prawda nikt nie zmieniał kolorów skóry, ale rozmieniłem większy z banknotów i od razu miałem towarzystwo.
- Postawisz mi kieliszek? - Zaproponowało bóstwo o dwóch nogach, oraz takiej samej liczbie pośladków.
- Przewrócił się? - Udałem naiwnego.
Zatrzepotała rzęsami, z których jedna była większa od drugiej, o co najmniej metr.
- Że też jeszcze takich wpuszczają. Co na to związki zawodowe? I po jasną cholerę płacę podatki!
Pogłaskałem ją po głowie mając nadzieję, że się nie zarażę. Plakaty rozwieszone w każdej szkole przestrzegają przed czymś takim.
- Uspokój się mamusiu - starałem się być bardzo delikatny - wydaje mi się, iż nadeszła pora na umycie ząbków i paciorek.
- Odwieziesz mnie? - Nadzieja połączona z wyceną.
Uśmiechnąłem się. Po przeciwnej stronie baru młoda kobieta zrywała innej perukę, a mężczyzn, którego to wszystko pewnie dotyczyło siedział przy barze i liczy sobie palce przy obu rękach.
- Pewnie, tylko po drodze muszę gdzieś kupić sznurek.
- Za zboczenia doliczam pięćdziesiąt procent.
- Mam zamiar przywiązać się do ciebie na stałe.
Przez jakiś czas znowu piłem sam. Kiedy już miałem nieźle w czubie wychodząc z toalety wpadłem na faceta w niebieskiej koszuli i zaprosiłem na jednego. Nie odmówił.
- Dlaczego w Dominikanie podszedłeś do stolika przy którym siedziałem z rodziną i pogratulowałeś mi świetnego głosu? Wiesz, co zrobiłeś? Teściowa obraziła się i wyjechała, chociaż miała zostać jeszcze przez tydzień, a żona złapała za walizkę i pognała za starą. Zostałem sam, z kotem, kupą brudnych garnków oraz kompletnym brakiem planów na najbliższe dni.
- Sam nie wiem, dlaczego - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Nie możesz nie wiedzieć - był w trakcie pokazywania barmanowi na palcach, co tamten ma podać.
- Więc dobrze - przez moment udałem, iż się waham - dziewczyna z którą byłem w Dominikanie jest w ciąży i właśnie zaproponowała mi małżeństwo. By odwlec moment podjęcia decyzji wstałem i jak w malignie podszedłem do twojego stolika. To wszystko.
- I zgodziłeś się?
- Nie chce wyjść za wariata.
Przywołała barmana i kazał podać mu - co wcześniej zamówił - ale poczwórne.
Przynajmniej na coś dobrego się przydałem - zarechotał jak kaflowy piec - pal sześć starą i jej ukochaną córeczkę. Wrócą wcześniej niż mnie dopadnie sraczka.
Przerwał na złapanie powietrza, którego, pewnie z wrażenia nagle mu zabrakło.
- Nieświadomie młodego człowieka wybawiłem z tarapatów. Że też mnie się tak nie poszczęściło. Ale jak szczęście może sprzyjać gnidzie? Przenieśliśmy się do stolika i zabawny staruszek natychmiast poprosił o flamaster oraz duży arkusz papieru i wymalował na nim kilka słów w rodzaju tutaj pijacy nie życzą sobie towarzystwa żadnych kobiet, nawet martwych, lecz po chwili namysłu napluł na palec wskazujący i zamazał słowo martwych.
Przybił plakat do tekturowej ściany nad stolikiem, otrzepał ręce i zanurzył je w wiaderku.
- Szkoda, że nie widzi mnie żona. Pewnie posikałaby się z radości.
- Aż takie ma poczucie humoru?
Dłonie na moment ugrzęzły mu w alkoholu, ale na szczęście nie stracił w nich czucia.
- Jedyne, co ma to łaskotki. Zresztą w dość nietypowym miejscu, czyli pod garnkiem do prania bielizny. Trzyma w nim wszystkie nasze oszczędności oraz metrykę swoich urodzin. Jest bardziej żółta niż niejeden pergamin pokazywany w muzeach.
W pewnym momencie zasnął. Napiłem się jeszcze ze dwa łyki cocktailu z wiaderka, ale że samotność nie jest zbyt przyjemnym stanem wyruszyłem na poszukiwanie towarzystwa.
Natrafiłem na nie szybciej niż przypuszczałem. Hostessa z Oriona, którą poprzedniej nocy spławiłem przyszpiliła mnie parasolką do ściany.
- Złodziej - krzyknęła i trzech byłych facetów rzuciło się jej na pomoc, ale szybko wytłumaczyła im, iż to tylko porachunki męsko - damskie.
Odeszli zawiedzeni a męskość spływała po nich zamieniając się w nic nieznaczącą kałużę, która parowała szybciej niż ludzie wstający z grobów.
- Postawisz...chciałem coś powiedzieć o kieliszku i szampanie, ale bezczelnie przerwała mi bardziej naciskając parasol.
- Nie stoi ci? Jesteś pierwszym w tym roku, któremu nie podniósł się na mój widok.
- Stoi, stoi - wymamrotałem zrezygnowany - tylko tego nie widać. Przewiązany jestem bandażem.
- Dlaczego? Nacisk na parasol jakby zelżał.
- Wpadłem na minę... która nazywa się Harrison.
Parasol przybrał postawę na spocznij, więc wyminąłem zwolenniczkę czynnej szermierki i podłączyłem się pod bar.
Niestety byłem w nim sam tylko kilka sekund. Kobiety mają do to siebie, iż jak już zdecydują się dręczyć robią to konsekwentnie.
- Co ci zrobiła? - Już siedziała obok i żądała od barmana zamrożonego szampana. Ten najpierw ni to pytająco popatrzył mi w oczy.
W kilka minut później upiła łyk a ja w swoim kieliszku moczyłem - jak przed manicure - palce. Nie wszystkie się zmieściły i tych kilka mniejszych było wyraźnie pokrzywdzonych.
- To ja nic nie chciałem jej zrobić, więc rozgrzała jodynę i polała nią mojego biednego ptaszka.
- Wredna kurwa.
Facet siedzący obok zaczął się dopytywać, kiedy ten przeklęty pociąg w końcu dojedzie do Frisco.
- Uspokój się, jakby nie było jeszcze oficjalnie nie zerwaliśmy, więc jakby ma prawo do...
Nie słuchała, o czym mówię, byłem jej obojętny jak mrówki słoniowi.
- Nie widywałam cię w Orionie.
Nie wytrzymałem mamrotania niecierpliwego podróżnego i pomogłem mu przenieść bagaże w pobliże drzwi wyjściowych. Kiedy wróciłem niepotrzebnie wdałem się w dalszą rozmowę?
- Ogrody zoologiczne wolę w naturalnej postaci.
Następne pytanie z trudem przecisnęło się jej przez gardło.
- Długo jesteście razem?

- Czterdzieści osiem. Godzin.
Parasol znowu był w użyciu i kieliszek ścięty jak róża rozpadł się w proch, z którego podobno wszyscy powstaliśmy, nawet sprzedawcy odkurzaczy.
- Nerwowa jesteś.
-Ale w zamian mam pojemne serce.
Widać popatrzyłem na barmana z litością w oczach gdyż natychmiast podtrzymał mnie na duchu szybkim kieliszkiem wódki.
- Idziemy? Zapytała, gdy w dnie kieliszka odbił się zniekształcony wyraz mojej twarzy.
- Czy to zaproszenie do tańca?
- Masz o czymś takim pojęcie?
Kiedy przytuliłem się do niej i bezmyślnie zacząłem rozglądać po sali tortur w której kilka par zamiast jak porządni ludzie pójść do łóżka bezmyślnie dręczyło się co jakiś czas następując sobie na nawzajem na nogi, dostrzegłem doktora White siedzącego przy stoliku i rysującego na olbrzymim udzie chudziutkiej blondynki mapę Azji.
- Opuściłeś Pakistan.
Niechętnie oderwał wzrok od tej fascynującej roboty i popatrzył na mnie zamglonym wzrokiem zmęczonego faceta.
- Spływaj.
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia?
- Nie znam cię - kręcił długopisem jak biedronką.
Z trudem udało mi się przesunąć blondynkę o kilka milimetrów i jakoś wcisnąć się w szczelinę pomiędzy nich.
- Znasz już wyniki sekcji?
- Twojej?
- Dorotei Harrison.
Miał w oczach uśpiony kawałek łajdactwa, nie wiedział tylko jak z niego skorzystać. Jak na mój gust zastanawiał się zbyt długo.
- Nie wiesz, o czym ten gość mówi? Zwrócił się do blondynki.
- Odchrzań się - chyba zwróciła się do mnie - ma mi zapłacić pięćdziesiątka za narysowanie tej mapy. Podobno całe życie szukał tak olbrzymiego uda.
Niby rozumiem ludzkie słabości, sam jestem właścicielem kilku. Wskazałem, więc na wolny stolik pod wywietrznikiem.
- Tam na ciebie poczekam. I myślę, że przyjdziesz. Porucznik Scott nocuje dzisiaj u mnie, więc...
Chyba nadmiar wypitego alkoholu, oraz pętająca się za nim dziewczyna sprawiły, że mi uciekł. Po prostu dorysował, co miał, zapłacił, widziałem to dokładnie i nagle, z szybkością, o którą nie podejrzewałem go poderwał się, dał nura w snujące się na parkiecie pary i tyle go widziałem.
- Kto to był? - Zapytała właścicielka agresywnego parasola.
- Ojciec Święty w naturalnym przebraniu.
Niechętnie wyciągnąłem z kieszeni kilka dolarów i poprosiłem, by przyniosła pierwszą lepszą butelkę na jaką natrafi w promieniu sześciu mil.
Zauważyła, iż dzieje się ze mną coś niedobrego i nie protestowała. Wypiłem szklankę i ubzdurało mi się, że znowu jestem w szkole i wyrywam się do tablicy.

 

V.

 

W miejscu, gdzie u normalnego człowieka znajduje się głowa miałem nogi. Wstałem. Drzwi prowadziły donikąd. Za następnymi dziewczyna od parasola siedziała na bujaku i przez szkło powiększające przyglądała się swoim palcom.
- Szukasz w nich przyszłości? Nie wiem, po co starałem się być złośliwy.
Czas zatrzymał się, dziewczyna odłożyła szkło powiększające a do ręki wzięła parasol.
- Wszystko, tylko nie to - krzyknąłem i schroniłem się w łazience.
Na niewiele mi to jednak pomogło, ponieważ drzwi nie posiadały zamka. Dopadła mnie, kiedy usiłowałem schować się za lustrzanym odbiciem.
- Dobry pomysł - zatrzymała ostrze kilka cali od mojej twarzy - więc może w zamian pójdziemy do Muzeum Sztuki Nowoczesnej?
Chciało mi się pić a głowa przypominała swoim ciężarem piłki lekarskie.
- Dlaczego nie - nie wiadomo po co grałem na czas - po raz ostatni w czymś takim byłem za szkolnych czasów, gdy padał deszcz i klasa musiała się gdzieś przed nim schować.
- To wspaniałe miejsce, wszystko wisi tak obok siebie - wróciła do pokoju i zaczęła przeglądać wiszące w nim skrzypce.
W przymuzealnej kawiarni zjedliśmy śniadanie, znaczy ja wypiłem, następnie zmuszono mnie bym kupił kwiaty a później długo i bez sensownie włóczyliśmy się po zupełnie niewykorzystanych salach nie wiadomo, w jakim celu obwieszonych wymysłami chorej wyobraźni.
- Miewam bardziej skomplikowane sny. Na przykład...
- Czyżby?- Przystanęła w lekkim rozkroku gotowa do nowej drogi na szafot.
- Kiedy nie piję dłużej niż tydzień...nie zdążyłem dokończyć. Podeszło do nas indywiduum w surducie.
- Państwo przyjezdni?
Wyrwany do tablicy odpowiedziałem n natychmiast.
- Tak, z wieczności.
Ta od parasola zamachała rękami nieudolnie naśladując zepsuty wiatrak.
- Proszę go nie słuchać - była zła, ponieważ parasol wymknął się jej spod kontroli.
- Ależ to takie ciekawe - surdut nie ustępował - dokąd zmierzacie?
- Beze mnie, beze mnie, nie jestem ubezpieczona - odpłynęła jak sen lub przywódca, któremu przestaje doskwierać gorączka.

- Dziwna kobieta - podsumował surdut.
By podtrzymać rozmowę zapytałem jak dziecko przyłapane na podglądaniu babci spisującej testament tłumaczy swoje postępowanie?
- Czyżby?
- A jakże inaczej muzeum opuścić mężczyznę? Jeszcze o takim przypadku nie słyszałem. Należy to oblać.
Z żalem, ale byłem zmuszony odmówić. Nie leżało to w moich charakterze, ale człowiek zawsze postępuje jak powinien?
- Przykro mi, ale nic z tego. Przez ostatnie dni nie robiłem nic innego.
Popatrzyła na mnie jak na idiotę próbującego szpilką przebić oponę.
- Więc po co u diabła przyszedłeś do muzeum?
Zastanowiłem się. W tym samym czasie Einstein odłożył na półkę książkę traktującą o względności liczb.
- Wyłącznie, by zapomnieć, lub nie robić tego, co powinienem - powiedziałem bez przekonania, o co Einstein miał później do mnie pretensje.
Surdut dotknął nieogolonej twarzy.
- Dziwny dzień. Kobieta, która odchodzi i niepijący mężczyzna. Jak w takim razie budować w świecie zaufanie?
Niestety czekała na schodach. Rozłożony parasol - chociaż nie zanosiło się na deszcz - przyciągał wróble i inne męty.
- Co dalej? Zapytała jakby się nic nie stało.
Miałem jej dość. Jak siebie, przynajmniej na ten dzień. Wyczuła to.
- Powinniśmy wymienić numery telefonów.
- Po co?
- Tak napisano w podręczniku dobrego wychowania.
- Posiadasz taki? Zdziwienie.
- Kiedyś ocknąłem się w dworcowej poczekalni i dyżurny tragarz pozwolił mi go przejrzeć. Tak doczekałem świtu.
Odprowadziła mnie kilkadziesiąt kroków po gładkiej posadzce szlifowanej codziennie przez wiatr.
- Kobiety całują na pożegnanie. Ja postanowiłam być oryginalna, podaruję ci parasol.
Zmieszałem się. Nie lubię dostawać prezentów od czasu, gdy pewna kobieta dała mi siebie jako nagrodę. Wszystko to skończyło się szybkim rozwodem.
- Wytłumaczę ci także gdzie zaparkowałeś samochód. Jesteś dziwnie rozkojarzony. Canaletta pomyliłeś z Chagalem.
Kiedy dotarliśmy na parking zdumiałem się?. Zamiast ukochanego grata patrzyłem na wóz pożyczony przez służącego Harrisonów.
- Coś nie tak? - Zapytała zaniepokojona.
- Cuda - wepchnąłem jej w rękę kilka drobnych monet - zamieniono mi samochody. Z gorszego na lepszy.
-Żonę także? Szczęśliwiec.
Nie wiem, po jaką cholerę podtrzymywałem tę mistyczną rozmowę z cieniem.

- Nie za bardzo. Mam bardzo przetrenowaną wątrobę, oraz psa lejącego po całym mieszkaniu.
- Można go dobić.
- Ale wtedy już nie będzie psem.
Nie pojechałem do domu, chociaż rozsądek tak nakazywał, lecz przecież całe życie miałem z nim na pieńku, więc niby, dlaczego akurat dzisiaj musiał nastać czas nawróceń?
Jeden z najdroższych zakładów zaparkowanych przed jednym z najtańszych zakładów fryzjerskich trochę szpecił okolicę, ale zaryzykowałem.
I słusznie. Obrońcy zachowania równowagi w przyrodzie własnymi tyłkami czyścili skórzane fotele, lub odkurzali żony przed zbliżającym się weekendem. Nie zauważyłem, więc ich obecności na sprośnej, pustej ulicy pełnej piegów.
Brzytwa leżała na umywalce, radio brzęczało smutnym basem a Freddi przeglądał sportową rubrykę w miejscowym szmatławcu.
Jak zwykle od czterdziestu lat, mniej więcej tyle stracił na próby upodobania swoich klientów do ludzi, ale - był o tym w stu procentach przekonany - nie poszczęściło mu się ani raz.
- Może grzebienie nie są robione na miarę? A może w człowieku istnieje coś, co nie da się wymodelować? - Zwykł mawiać.
Kiedy wszedłem odłożył gazetę, podał mi suchą rękę. Usiadłem w fotelu i popatrzyłem na zdjęcie panienki połykającej ślimaka przybite do ściany zardzewiałą pluskiewką.
- Jak zwykle pomyliłeś lokale - Fredii wyciągnął rękę w kierunku samochodu.
- Nie lokal, piętra.
Dotknął mojej twarzy, a ja lekko się poruszyłem.
- Jak zwykle nie rozumiem cię.
- To proste - wstałem z fotela i wziąłem do ręki butelkę wody kolońskiej.
- Masz zamiar to pić?
Oblałem ten żart kilkoma kroplami.
- Kobiety, samochody, kapelusze i biżuteria rozmieszczane są piętrami. Im wyższe...
- W takim razie mieszkam w suterynie - odkręcił kran i w brudnej wodzie zaczął myć suche ręce.
- A ja pod tobą.
Później długo bez celu jeździłem po mieście. Co prawda nadeszła już pora, kiedy miałem spotkać się z Andy Caluccim, ale zbytnio mi się nie spieszyło.
Na stacji benzynowej na bardzo rozbudowany dział zabawek. Pograsowałem w nim trochę, a gdy z olbrzymim słoniem pod pachą trafiłem na właściciela i chciałem zapłacić usłyszałem:
- To prezent od firmy.
- Dlaczego? - Zdziwienie może nie na miejscu jak szmaragd na stole bilardowym.
Popatrzył na mnie uważnie, może obawiał się szaleńca strzelającego ślepymi nabojami?
- Przeważnie buszują tutaj dzieci, mamusie lub babcie. Wściec się można. To tak, jakby prowadzić kino dla niewidomych.
- Pozory mylą - za benzynę, nie wiadomo, dlaczego zapłaciłem czekiem. Może trochę zmiany w codziennym zrutynizowanym życiu była mi natychmiast potrzebna? Tylko, po co?
Przytaknął burząc wystudiowaną do granic wytrzymałości fryzurę.
- Niestety masz rację. Mój ostatni kochanek nie posiadał zębów mądrości.
Zgłupiałem, kilka drobnych monet wypadło mi z dłoni i potoczyło się po asfalcie na kształt pijanych weteranów wracających z wojny, na której nigdy nie byli.
- Kiedy się o tym dowiedziałam, przestał mi w jego kierunku stawać. Nic tak mnie nie wkurwia jak brak wykształcenia. I dzisiaj nic na to nie poradzę.
Zdenerwowany rzuciłem słonia na tylne siedzenie i przez co najmniej milę jechałem pod prąd.
Andy Carlucci wypił morze piwa. Plus cztery. Tyle pustych puszek stało na krześle w idealnym porządku.
- Jak leci?
Nie był zbyt oryginalny, ale nikt tego od niego nie wymagał.
- Nieźle - Skłamałem.
- To widać.
Zdenerwował mnie, więc wypaliłem:
- Niegrzeczny jesteś, a człowiek stara się jak idiota. Wykosztowywuje się na fryzjera, wygłupia w muzeum by przed spotkaniem z tobą trochę się dokształcić, pół dnia traci na znalezienie odpowiedniego prezentu.
- Chcesz truskawek w śmietanie?
Wszystko, na co miałem ochotę to odrobina stepowania.
- Czym się to je?
- Nie mam zielonego pojęcia, lecz coś takiego znajduje się w karcie dań jako deser. Może to kolejna prowokacja syjonistów?
Podszedłem do baru, poprosiłem o kawę i wróciłem do Carlucciego. Usiadłem i przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Kiedy pracowałem w policji byłem dla jego gazety nie wysychającym źródłem informacji. Dzisiaj on dla mnie, z tą małą różnicą, iż ja musiałem za każde słowo słono płacić.
- O czym myślisz? Byłem więcej niż pewien, że na tym groteskowym świecie nigdy już nie zostanie wypowiedziane żadne słowo.
- Zastanawiał się, czy jako dziecko nie popełniłem błędu.
Otworzył nową puszkę piwa.
- Mianowicie?
- Może powinienem był poprosić matkę by przerobiła mnie na dziewczynkę?
Doszedł mnie brzęk tłuczonych orzechów lub w pośpiechu zamykanej piwnicy.
- Z takimi sprawami należy zwracać się do ojców.

- Zgoda, ale nie w wieku sześciu lat.
Chłód miejsca, w którym siedzieliśmy nagle dopadł mnie i w połączeniu ze zmęczeniem stworzył dość ponurą mieszankę.
- Już wtedy miałeś wszystkiego dość?
Pustymi oczami popatrzył w coś, co uczuciowi poeci nazywają pustką.
- Dzisiaj wydaje mi się, że już wtedy.
Podumał chwilę.
- Nie chciałbym być tobą.
- Ja także nie, ale czym mam jakieś inne wyjście?
Nagle włożył rękę do kieszeni i zwykła, taka sobie koperta pojawiła się obok popielniczki. Dotknęła jej i znieruchomiała.
- Wszystko, o co prosiłeś.
- Ile jestem winien?
Z trudem wypowiedział kilka następnych słów. Może nie miał ochoty na rozmowę z kimś takim jak ja?
- Zapłacisz później. Nie mam sumienia brać forsy od faceta będącego na granicy szaleństwa. To niemoralne.
Zamówiłem dla niego truskawki w śmietanie. Kiedy je podano polał je piwem i przez kilka minut w milczeniu przyglądaliśmy się jak się rozpływają, piwo zrobiło się szare a stół brudny.
- Na pewno nie chcesz jednego? Wrzucił puchar wraz z całą zawartością do kosza.
- Dobrze wiesz, że na jednym się nie skończy, a kiedyś chciałbym wytrzeźwieć. Co innego jednak mnie niepokoi.
- Po tym, co zawiera koperta mogę się domyślić, iż chyba trochę niż więcej,
Przysunąłem popielniczkę, dotknąłem koperty, jakieś na wpół obłąkane dziecko krzyczało do rodziców, że już czas do szkoły.
- Nie lubię być sobą - Znowu mnie dopadło.
- Myślisz, że ktoś poza żabami lubi?
- Bezmyślna masa producentów...
- I wiertarek.
Jak na rozkaz roześmialiśmy się w tym samym momencie. Andy wstał i po chwili dwie szklanki napełnione do połowy odbiły kontury naszych prawych dłoni.
- Po jednym nie zaszkodzi.
Sądziłem podobnie, wypiłem i wyszedłem. Niestety, zapomniałem zabrać ze sobą koperty.
Policjant, który oglądał mój samochód podobny był do meduzy. Lekko go przesunąłem, ponieważ tarasował dostęp do drzwi i ruszyłem. Chyba użył gwizdka, ale miałem go gdzieś.
W budce telefonicznej przy cyfrze sześć miniaturowy rysunek męskiego narządu płciowego, a przy ósemce roweru.
Chińczyk nie kazał na siebie długo czekać. Umówiliśmy się, iż dokonamy wymiany samochodów w połowie drogi pomiędzy miastem a ich posiadłością.
Kiedy zjawiłem się w oznaczonym miejscu już na mnie czekał. Stał w przyzwoitej odległości od mojego wraka, jakby się bał ubrudzić.
- Czy z czymś takim można żyć? - Zapytał, jak tylko podszedłem do niego ( nie byłem pewien, ale chyba miał na myśli samochód), więc trochę rozczarowany odpaliłem:
- A z tobą można? Służba jest służbą i niczym więcej.
Wydawało mi się, że chce splunąć w moim kierunku, więc by uprzedzić bieg wydarzeń trochę mu przyłożyłem.
Kiedy podniósł się z ziemi wymamrotał coś o biciu słabszego, ale ponieważ w ustach miał pełno trawy nie zrozumiałem o czym bredzi.
- Przestań pieprzyć, kto tutaj jest słabszy? Za tobą stoi sto wieków historii, Mao, słuszna sprawa, o którą walczycie...
- Ja nie, żona mi nie pozwala. Ściągnęła mnie do tego cholernego kraju, więc jakby ponosi odpowiedzialność za moje postępki.
Roześmiałem się. Z pobliskiego drzewa oderwała się spora gałąź i poleciała w przestrzeń jak mucha, kiedy dopadnie ją tęsknota za nienazwanym.
- Dlaczego więc nie opuścisz jej?
- Jak ci się wydaje? Czy przyjemnie jest mieszkać na wsi pod Szanghajem?
- Nie wiem - Odrzekłem zgodnie z prawdą - Ale miło jest czuć się wolnym.
Splunął. Tym razem nie zareagowałem.
- Wy, demokraci, myślicie, że wolność ma tylko jedną twarz. Sam wiążesz krawat i sam go gubisz. A co z resztą?
- Jaką? - Zapytałem chcąc dać mu jakiś argument. Niech, chociaż raz w życiu poczuje się dowartościowany.
- A widzisz! - Krzyknął triumfalnie - Nie można dwa razy kąpać się w tej samej rzece.
Tego było już za wiele. Powiedziałem mu to. Delikatnie odsunął się ode mnie, ale nie odchodził.
- Pani Vivian prosi o kontakt.
- Jesteśmy na ty? - Zdziwiłem się jak kelner przyłapany na zjadaniu resztek po kliencie.
- Niestety, dotknąłeś mojej skóry.
Roześmiałem się, on także, po drugiej stronie autostrady jakiś gruby kierowca dużej ciężarówki pogwizdywał patrząc w zachmurzone niebo.
- Ten ma dobrze, pewnie za chwilę znajdzie się w zupełnie innej rzeczywistości - Rozmarzył się Chińczyk.
I tak się stało. Facet pogroził jakiemuś niewidzialnemu ptaszkowi, dmuchnął w ręce, wsiadł do samochodu i zniknął. Po chwili Chińczyk i ja zrobiliśmy podobnie, nie wymieniając grzecznościowych słów na pożegnanie. Tak po prostu każdy poszedł w swoją stronę.
Kopertę, którą podarował mi Carlucci położyłem na stole a marynarkę rzuciłem na fotel. W końcu znalazłem się w domu. Nie pamiętałem jak długo w nim nie byłem, ale przecież dla nikogo nie miało to większego znaczenia.
Zadzwonił telefon, ale widać musiał wiedzieć, w jakim jestem stanie, ponieważ natychmiast zamilkł.
Po chwili żałowałem, że nie podniosłem słuchawki, przynajmniej przez moment miałem szansę na oderwanie się od rzeczywistości, pod warunkiem, iż telefonował dostawca akordeonów lub najwyższej klasy sprzętu do nurkowania.
Pod prysznicem przypomniałem sobie, iż przecież miałem odnaleźć doktora Whita i natychmiast wyjechać odpocząć. Roześmiałem się i by ukryć zmieszanie podkręciłem kran z ciepłą wodą,.
Kiedy w końcu znalazłem się w kuchni kawa kojarzyła mi się z życiem, czyli lura, na dodatek bez cukru, ale nie chciało mi się parzyć nowej, więc przeniosłem się do pokoju z kubkiem w ręku, kopertę schowałem pod poduszkę postanawiając, że przed zaśnięciem będę miał na tyle świeży umysł by spokojnie zapoznać się z jej zawartością.
Mówiąc prawdę akurat w tym momencie nie miałem najmniejszej ochoty na zaprzątanie sobie głowy dodatkowymi faktami z życia bliżej nieznanych mi ludzi. Fakt, że dwie kobiety postradały życie w podobnych okolicznościach interesował mnie jak problem, kim będę po śmierci. Liczył się jedynie doktor White, torba podróżna oraz mapa, na której już kilka miesięcy temu zaznaczyłem trasę, którą zamierzałem przebyć.
Wydobyłem ją. Odpoczywała wciśnięta pomiędzy buty narciarskie a słoik z suszonymi śliwkami. Nie pamiętałem, od kogo do dostałem, za to gdzie kupiłem mapę bardzo dokładnie.
Zdarzyło się to o świcie pewnego majowego poranka. Nie mogłem spać i zupełnie bez celu włóczyłem się po okolicy. Drugstor z wyglądu przypominał indiański wigwam. Kobieta siedząca przy ladzie zupełnie się mną nie interesowała. Znalazłem filiżankę, nalałem do niej kawy z naczynia stojącego na zardzewiałej, butlowej kuchence gazowej i chciałem zapłacić.
- Należy się jeszcze mapa - Powiedziała nie patrząc na mnie wydając resztę,
- Mapa?
- Nie czytałeś reklamy dwie mile stąd? Kawałek tektury przybity na drzewie.
- Nie.
Zupełnie nie przejęła się moją niewiedzą. Rzuciła gazetę na podłogę i popatrzyła mi w oczy.
- Zupełnie bez znaczenia. Jedyne, co jeszcze posiadam to ze dwa worki kawy i trzysta map. Całą resztę pewien skurwysyn przegrał w karty, Jaka szkoda, że do puli nie dołożył mnie. Przynajmniej miałabym teraz jakieś zajęcie, a tak muszę tkwić tutaj czekając aż skończy się kawa. Mapy - jak słyszałeś - dodaję gratis.
- Dlaczego nie zamkniesz tej budy wcześniej? - Zdumienie parowało ze mnie jak waszyngtońska rosa.
- Byłoby to wbrew ekonomi rozwoju. Uczył mnie tego na studiach wielbiciel Marksa. Póki jest, czym handlować nie wolno się poddawać.
Usiadłem przy niej. Była mniej więcej w moim wieku, ale o wiele młodsza.
- Pewnie chciałbyś się ze mną przespać - Ni to zapytała, ni stwierdziła, a nie wiedząc, co odpowiedzieć popatrzyłem na puste półki przypominające podobne w kostnicy.
- Niekoniecznie - Była to odpowiedź najgłupsza z możliwych - Włóczę się bez celu, ponieważ nie wiem, co mam z sobą począć.
- Dręczy się sumienie?
- Powiedzmy, że raczej brakuje celu.
- Chyba pracujesz na własny rachunek - stwierdziła - inaczej nie tkwiłbyś o wpół do szóstej rano w takiej jak ta norze.
Podeszła do drzwi, otworzyła je, odwróciła tabliczkę tak, że teraz wynikało z niej, iż drukstor jest nieczynny.
- Idziemy do kuchni - rozkazała - i zagramy w karty. Jeżeli wygrasz...
- Nie umiem grać w karty - Skłamałem.
- O boże, jaki tuzinkowy gość. Pewnie za to lubisz jak baby nie noszą staników.
Zastanowiłem się. Kobieta otworzyła pokój po lewej stronie lady i kątem oka zauważyłem jak zaczyna ścielić łóżko.
Na ladzie położyłem monetę, może nieoszałamiającej wartości, ale jednak. Mapę schowałem do kieszeni.
Po przejechaniu mnie więcej dwóch mil rzeczywiście natknąłem się na kawałek tektury przybity do drzewa. Dopisałem do niej, że islam bezwarunkowo zwycięży.
Teraz odłożyłem mapę na półkę, zapaliłem i może zacząłem żałować, iż w chwili, kiedy stałem się jej właścicielem nie wszedłem do pokoju, w którym kobieta ścieliła łóżko. Może dzisiaj byłbym kimś innym? Na przykład sprzedawałbym mapy a kobieta grała w karty?
Popatrzyłem w kierunku baru ( trzy deski na dwie oraz półtora nadszarpniętej butelki), ale wzdrygnąłem się. Umaczałem usta w kubku z kawą, nałożyłem świeże rzeczy, przypomniałem adres matki Whita, który podarował mi stary Lee. B. Coobs, sprawdziłem czy koperta na pewno znajduje się pod poduszką, zaświeciłem wszystkie światła w pokoju, chociaż było jeszcze zupełnie jasno i wyszedłem.
Jiżi Ondraszek jak zwykle tkwił na posterunku, lecz nie zamieniłem z nim ani słowa. Usiadłem w rogu sali, wykałaczkę włożyłem pomiędzy wargi i zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem nie zwariowałem.
Dwie kobiety wciśnięte w krawężnik, na dodatek na śmierć, pan Harrison i jego córeczki, Chińczyk, szofer ciężarówki patrzący w niebo i mapa z wyrysowaną drogą jak do skarbu, którym na dodatek byłem ja sam.
Wykałaczka wylądowała na podłodze, w jej miejsce pojawił się papieros. Wstałem, miałem przecież do wykonania robotę i im wcześniej ją skończę tym dla mnie lepiej. Rozumowałem jak glista w deszczowy, ciepły dzień.

Dzielnica, w której podobno dwa lata temu doktor White mieszkał z matką przypominała filmy, których nienawidzę najbardziej, czyli pseudo - naukowej fikcji. Pagórkowaty krajobraz, beczki po piwie, kosmiczny kurz, Portorykańczycy Portorykańczycy i inna hołota z zegarkami na głowach, azjaci poprzebierani w kombinezony czy pół nagie dzieci z wielkimi brzuchami dopełniały obrazu tej radosnej krainy.
Użyłem klaksonu, ale nic się nie zmieniło. To coś istniało nadal, łącznie ze mną. Oraz wielkim zdjęciem jakiejś wyleniałej gwiazdy podartym przez wiatr.
Ulica Południowa z numerem, który miałem zapisany na kawałku gazety jak na ironię mieściła się na wschód od centrum, tuż za rzeźnią numer 5.
Przez moment zastanawiałem się, dlaczego doktor White mieszka, lub mieszkał w czymś tak obskurnym, ale żadne rozsądne rozwiązanie nie przychodziło mi do głowy. Może po prostu takie miał hobby?
Dom z numerem 57 stał sobie spokojnie kilkanaście metrów od czegoś, co nawet przy dużej dozie wyobraźni nie można było nazwać rzeczką. Trochę szarawej wody, tysiące puszek i nadmuchany, przegniły ponton miały pewnie symbolizować nieuchronny upływ czasu.
Dom porośnięty był schodami. Na każde piętro, w sumie chyba z siedem, wchodziło się innymi, co oznaczało, iż jak na przykład mieszkałeś na piątym a chciałeś trafić na szóste musiałeś obowiązkowo zejść na dół i wspinać się od nowa.
Zaparkowałem w rynsztoku, pusty kot otarł się o nogi jak zwiastun śmierci lub przynajmniej niepokoju.
Nie wiem, dlaczego, ale miałem wrażenie, iż nawet lekkie trzaśnięcie drzwiami byłoby tutaj nie na miejscu, więc pierwsze, na które się natknąłem domknąłem delikatnie jak tylko mogłem. Nie wydały nawet miauknięcia.
Jakieś czarne od brudu dziecko lecące chyba ku przeznaczeniu przytrzymałem za pasek od spodni.
- Doktor White? - Zapytałem nie wiedzieć, dlaczego szeptem.
- Nie wiem, psze pana, ale na trzecim - wskazało ręką na schody - mieszka administratorka. Wie wszystko, albo jeszcze więcej. Tak twierdziła moja mama zanim nie zeszła na psy pracując w stanowej bibliotece. Od obcowania z książkami przewróciło się jej w głowie i teraz rozmawia z nami wyłącznie przez adwokata.
- Na co zeszła? - Dotknąłem go, więc otrzepał się z malin. Albo jak kaczka po świętach.
- Tam mówimy, ponieważ wyszła za hycla. Z wyższym wykształceniem.
- Czyli jesteście bogaci.
- Może i bylibyśmy, ale we wszystko wmieszał się zazdrosny ojciec i matka musiała wyprowadzić się aż za Manhattan, przez co strasznie mi do niej nie po drodze.
Dotknąłem lodowatej poręczy schodów i zmartwiałem. Jakże to? Środek lata, kończy się dzień przepełniony słońcem a tutaj zimna poręcz? Fakt ten powi -

- nien dać mi do myślenia, ale olałem kolejne ostrzeżenie.
Kiedy po kilku minutach wspinaczki wylądowałem na korytarzu miałem wrażenie iż znalazłem się w kurniku. Smród, płacz i zgrzytanie zębów. Przed jakimiś oderwanym od futryny drzwiami ni to wydra, ni człowiek pompował wielkie koło.
Zapytałem go o administratorkę. Natychmiast odrzucił pompkę i do ust przyłożył palec w ostrzegającym geście.
- Śpi. I nie radzę jej przeszkadzać. Normalnie nie jest zbyt sympatyczna, a co dopiero, gdy zbudzi się za wcześnie.
Wściekły przeniosłem wzrok z pompki na ścianę. Trochę przypominała niektóre obrazy z muzeum, w którym byłem rano. Podobne kolory, kompozycja i malarska głębia.
Ziewnąłem i nie wiedzieć, dlaczego pomyślałem o parasolu, który podarowała mi hostessa z Oriona.
- Nie możesz mi pomóc? - Zapytała ni wydra ni człowiek.
- Niestety, moje ubezpieczenie obejmuje wyłącznie pracę podstawową. Składka na coś ekstra przerasta moje możliwości i...
Skrzywił się jak to pewnie tylko wydra potrafi, pieprznął pompką w mrok korytarza i z czegoś, co trudno nazwać kieszenią wydobył butelkę wody mineralnej.
Ośmieliłem się zapytać, które to drzwi i zaryzykowałem. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki te otworzyły się kiedy tylko ich dotknąłem. Pomyślałem, iż muszą reagować jak fotokomórka.
- Pan do mnie młody człowieku?
Niezdecydowany skąd dochodzi głos obejrzałem się, ale nagle ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął do pokoju. Znalazłem się w świecie baśni i smutku. Antyczne meble, kilka kotów, kolorowe wstążki a wszystko spowite jakby mgłą pajęczyny.
- Wszyscy myślą, że śpię, ale niedoczekanie. Czuwam dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Przesunąłem się w stronę lekko uchylonego okna by złapać trochę świeżego powietrza. Po kilkunastu głębszych wdechach znowu byłem sobą, jeżeli tak wyświechtany truizm coś jeszcze znaczy. Zapytałem czy mogę zapalić, pozwolono, nawet wskazano krzesło.
Usiadłem, czując się jakbym siedział na scenie w operze komicznej, a sufler zastanawiał się, co ma mi podpowiedzieć.
- Jesteś przedstawicielem, którego wyznania?
Dopiero teraz miałem sposobność by przyjrzeć się kobiecie. Wiek nie do określenia a może i z płcią byłyby kłopoty?
- Trudne pytanie. Jednak myślę, iż gram z ateistami. Oraz zwolennikami samotności.
- Prawie jak ja.
Trzymane w lewej dłoni karty położyła na stole. Wypadła z nich zasuszona róża i potoczyła się szlakiem wielkich wędrowników.
- Coś jednak musiało cię do mnie sprowadzić? Chcesz wynająć mieszkanie, czy może zapomniałam zapłacić jakiś podatków?
Zapytałem o Whaitów. Popatrzyła na mnie przeciągle, ale nic nie odpowiedziała, podeszła do szafy, otworzyła ją, wypadł fioletowy motyl i natychmiast zdematerializował się a w chwilę później wielka, brązowa księga leżała obok kart.
- Popatrz pod pozycją 1344b - Rozkazała.
Był to koniec księgi i pod tym numerem widniała adnotacja, iż panią White równe sześć miesięcy temu na koszt miasta odtransportowano do domu starców. O synu nie było ani słowa, więc sam o niego zapytałem.
- Wiem, że ktoś taki czasami pojawiał się u tej podkurczonej poczciwiny, ale nigdy nie miałem z nim kontaktu. Nie meldował się, zresztą ten przepis zniesiono zaraz po wojnie. Mówisz, że był lekarzem? I trzymał matkę w takiej dziurze?
- Nie był. Jest.
Księga, łącznie z wspomnieniami o motylu wróciła do szafy. W zamian karty wskoczyły do jej ręki.
- Nie potrzebujesz dziewczynek? Wiek, jak i kolor nie grają roli. Gorzej jest ze starszymi, znaczy takimi po dwudziestce. Emigrują do krajów swoich przodków.
- Na szczęście jeszcze nie. Zależy mi wyłącznie na doktorze Whaicie.
- Aż tak bardzo go kochasz?
- Coś w tym rodzaju.
Rozłożyła ręce w dobrze znanym mi geście, na korytarzy wydra znowu pompowała koło.
- I jak poszło? - Pompka wydłużała się to zmniejszała podobnie do dochodów człowieka.
- Fenomenalnie.
Wyrazy smutku pojawiły się na jego kwadratowej twarzy.
- Zapomniałem powiedzieć ci, iż dzisiaj przypada jej święto. Pochodzi z Jugosławii a dzisiaj podobno wypadają urodziny ich króla. W dawnych, dobrych czasach w ten dzień ustawiała się przed jej drzwiami kolejka. Można było prosić o wszystko. Raz nawet zdobyłem się na odwagę, zaryzykowałem i...
Nie dokończył, machnął ręką i powrócił do pompki. Podszedłem do niego i pogłaskałem po policzku. Rozpłakał się. Wyciągnąłem chusteczkę nie pierwszej młodości i długo rozmazywałem łzy po jego spoconej twarzy.
Adres domu starców udało mi się wygrzebać dopiero w straży pożarnej. Przez pierwszą godzinę szukałem książkach telefonicznych, towarzystwach dobroczynnych, ogrodach zoologicznych. Nawet na posterunku policji o czymś takim nie słyszeli. Kiedy już miałem zamiar dać spokój wepchnąłem sobie w usta kolejnego cukierka. Szelest papierka, w który był zapakowany podsunął mi pomysł by spróbować w straży pożarnej.

Dyżurny oficer be słowa zapisał mi go na śnieżno białej kartce wyrwanej z olbrzymiego bloku, jakim przyłożony był męski tygodnik, który przeglądał zanim się pojawiłem. Obok adresu widniała adnotacja: pali się tam codziennie.
Z daleka budynek wyglądał jak żywcem przeniesiony z dziewiętnastowiecznej angielskiej powieści grozy. Stał na wzgórzu, cały z czerwonej, tłuczonej cegły o nieregularnych kształtach rozrastającej się wszerz matrony.
Woźny, a może portier nie chciał mnie wpuścić, tłumacząc przy pomocy rąk, iż przecież już dawno minęła pora odwiedzin. Przekonałem go argumentem, czyli banknotem złożonym w specjalny sposób, wyglądającym na kaskadę pieniędzy.
Zaparkowałem na trawniku przed głównym wejściem, drzwi nie chciały ustąpić, więc podważyłem je scyzorykiem i po kilku minutach błądzenia korytarzami długimi jak pamięć lub salom łodzi podwodnej wylądowałem przed sekretariatem. Nie pukając nacisnąłem klamkę i wszedłem. Naga dziewczyna stała przed lustrem i przyglądała się sama sobie. Na mój widok zamarła i przez dłuższą chwilę nie wiedziała jak ma się zachować. Po chwili jednak powoli odwróciła się i wskazując palcem na niewidoczny punkt na plecach zapytała:
- Nie wydaje ci się, że przybył mi nowy pieprz?
Podszedłem bliżej. Najpierw spojrzałem w to miejsce, a później nawet dotknąłem go.
- Nie sądzę, ale za to chyba przytyłaś.
-Co za ulga! - Dziewczyna owinęła się sukienką leżącą na krześle.
- Nowy pacjent, którego jeszcze nie znam?
Nie chciało mi się bawić w kotka i myszkę. Byłem zmęczony, a oczy pragnące snu ciążyły bardziej niż przeszłość.
- Szukam pani White.
Odniosłem wrażenie, że w jej ciele na sekundę zagościł smutek i rozczarowanie.
- Zjawiłeś się trochę za późno.
- Wiem, portier powiedział mi to samo.
Odwróciła się w moim kierunku, suknia wymknęła się jej z dłoni i znowu była naga.
- Pochowaliśmy ją tydzień temu na miejskim cmentarzu. Bądź tak dobry i poczekaj na korytarzu.
Usiadłem na krześle przy oknie i przez kilka minut zupełnie bez sensu myślałem o małych dzieciach jeżdżących na sankach. Dość dokładnie widziałem pagórek, na który się wspinały ciągnąc za sobą sanki, następnie siadały na nich, machały rękami do kogoś, kogo nie mogłem dojrzeć, ponieważ znajdował się poza obrazem, niezdarnie odpychały się nóżkami od podłoża i...
- Była twoją krewną?
Miała na sobie te samą sukienkę, którą niezdarnie się zasłaniała, ale zdążyła się uczesać i podmalować.
- Nigdy w życiu nie widziałem jej na oczy.

-Więc, po co jej szukałeś?
Opowiedziałem o doktorze White, ale jedynie najpotrzebniejsze fakty, z których wynikało, iż mogłem skontaktować się z nim wyłącznie przez matkę.
- Pierwszy raz słyszę, że pani White miała syna.
Śnieg stopił się i dzieci popłakując wróciły do domu ciągnąc sanki po brudnym asfalcie. Wstałem, i zacząłem iść korytarzem w stronę wyjścia.
- Poczekaj - Jej głos odległy był o tysiące mil, galaktyk i lat - Mój klucz od szafki w przebieralni pasuje do pomieszczenia z kartotekami.
Odwróciłem się. Nie byłem jednak zbyt entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu. Nie chciałem w nie swoje sprawy wplątywać przypadkowych ludzi.
-Po co to robisz?
Wahała się przez sekundę. W tym akurat momencie Wielki Zegar zaczął wydzwaniać swoją melodię śmierci.
- Może wyrzut sumienia? Może nagroda za nieodnalezieni piega? Kto to wie.
Było mi to w gruncie rzeczy zupełnie obojętne. Jedyne, czego pragnąłem to by ten przeklęty zegar zamilkł.
- Narażasz się na nieprzyjemności.
- Już samym faktem urodzenia się człowiek...
Przerwałem jej a zegar zamilkł. Zrobiło się cicho jak pod wsią Borowino, w kilka chwil po nakręceniu ostatniego ujęcia.
- Znam te bajki. Jedną nawet sam wymyśliłem. Tę o czerwonym kapturku i wilku.
Uśmiechnęła się jak przez siatkę ochronną, ale jednak.
- Nigdy za nią nie przepadałam. Dzisiaj przekonałam się dlaczego.
- Autor Biblii pewnie także nie był sympatyczny, ale...
- Nie o to chodzi. Bajka o czerwonym kapturku źle się kończy.
- Zależy, dla kogo.
Pomyślała chwilę i sprawdzając czy nikt nas nie widzi:
- Masz rację, zależy, dla kogo.
Pokój z szafą mieszczącą kartoteki był ogromny, przynajmniej jak rozmrożone lodowisko i równie niesympatyczny. Na środku biurko, porcelanowa popielniczka, palma o wymiarach zupełnie przyzwoitego faceta. Na ścianach jeszcze gorsze obrazy niż w muzeum, podwójne okno pokryte kurzem, oraz nie wiadomo, po co kosiarka do trawy stojąca obok posążku Napoleona dopełniała reszty.
Poprosiłabym zaciągnął kotary a lampę na słoniowatej nodze przytaszczył w pobliże szafy. Uczyniłem to. W międzyczasie dziewczyna z wprawą, o jaką jej nie podejrzewałem rozprawiła się z zamkiem.
Kilkaset starannie ponumerowanych kartotek stało w równych rzędach jak wojsko w oczekiwaniu na defiladę. Numery odpowiadały nazwiskom, które wypisane drobnym charakterem pisma zapełniały osobny zeszyt.
- Co za skurwysyn! - Nagle dziewczyna parsknęła gniewem - My także się tutaj znajdujemy.

- Kto? - Nie za bardzo wiedziałem, o co jej idzie.
- Personel - Odpowiedziała jak w lunatycznym śnie - Przy okazji sprawdzimy, co zawiera moja.
Chwilę w szafie pogrzebała i teczka pani White znalazła się w mojej ręce. Usiadłem na podłodze w pobliżu lampy i zacząłem przeglądać. Oprócz mnóstwa normalnych danych, zaświadczeń, opisów stanu zdrowia i innych dupereli jedyną interesującą mnie rzeczą były fotokopie czeków, co miesiąc regularnie przesyłanych na adres domu starców, z zaznaczeniem, iż dotyczą pani White. Sumy były nawet dość spore, ale podpisy nieczytelne. Zapisałem nazwę banku, numer konta oraz daty trzech ostatnich wpłat.
- Zadowolony? - Trzymała palec w buzi i wydawało mi się...Zresztą bez znaczenia.
Skinąłem głową.
- Podwieziesz mnie do miasta? - Zapytała, kiedy mniej więcej uporządkowaliśmy wszystko i zamykali pokój.
- Kończysz pracę o dość nietypowej porze - Grałem na zwłokę, ponieważ mogłem przypuszczać, czym się to wszystko skończy.
Podeszła do mnie i poczułem zapach perfum. Śmierdziała lasem, marnymi zarobkami oraz facetem, który za diabła nie chciał się do niej przeprowadzić.
- Uważają mnie za chorą psychicznie. Tak przynajmniej jest zapisane w moje teczce. Ich zdaniem wyżywam się na pacjentach, a na mężczyznach w szczególności. To podłość. Za tyle serca włożonego w tę obskurną budę.
- Nie traktuj tego wszystkiego poważnie - Próbowałem pocieszyć ją, ale zaraz sama zatkała sobie usta. - Żyłam wyłącznie pracą, w domu nie podlewałam nawet kwiatków, tak wracałam wykończona.
Gdzieś po piętnastu minutach usiadła obok mnie w samochodzie. Zapadła właśnie kolejna noc, na którą nie miałem najmniejszej ochoty.
- Przepraszam - Powiedziała nie patrząc na mnie - Ale musiałam podać pani Robinson pastylki a następnie zatelefonowała szefowa i jak się domyślasz trochę sobie ulżyłam.
Poczęstowałem ją miętowym papierosem trzymanym na tak specjalne okazje w długim futerale wyłożonym skórą bobra.
Przez moment paliła w milczeniu, aż nagle zreflektowała się, co robi i wyrzuciła w na pół zużytego papierosa przez okno.
- Przecież nie palę - Powiedziała cicho zdumiona nie bardziej niż ja - Co ja robię?
- Siedzisz z mężczyzną w samochodzie - Próbowałem zorientować ją w sytuacji - I jak się domyślam gdzieś od dziesięciu minut jesteś bezrobotna.
- W końcu będę mogła się wyspać, aż po kres. Oraz dokładniej podlać kwiaty, nawet te uschnięte.
- Kres?
- Tak, wyobraźni, ponieważ problem polega wyłącznie na myśleniu o nim, czyli mieście się w wyobraźni.

Przyznałem jej rację, chociaż nie za bardzo rozumiałem, o co jej idzie, lecz dla świętego spokoju człowiek podobno nawet odkrył Amerykę.
Dojechaliśmy do miasta, popatrzyłem na dziewczynę, wydawało mi się, że zasnęła i kiedy zastanawiałem się, co mam z nią zrobić nagle odezwała się pytając, czy mam ochotę opowiedzieć jej bajkę na dobranoc.
- Tę o czerwonym kapturku?
- Może być.
Udałem, że się zastanawiam.
- Odpowiedź będzie przecząca - Pewnie umiała czytać w myślach.
- Co w tym złego?
- Nic, ale widać bezrobotnych nie zaprasza się do domu.
Kiedy dojechaliśmy w jej okolice wyskoczyła z samochodu jak oparzona. Przez sekundę miałem wrażenie, że chce mi coś powiedzieć ważnego, ale tylko wydukała jak dziewczynka przed maturą:
- Gdyby przyszła ci ochota na bajki to mieszkam na piąty piętrze - Pokazała ręką - Naprzeciwko mich drzwi jest wejście na taras, więc nie możesz się pomylić i wylądować w innym łóżku.
Wróciłem do siebie, rozebrałem się, kopertę od Carlucciego przełożyłem spod poduszki pod doniczkę z uschniętą paprocią, położyłem do łóżka i zacząłem zastanawiać, w jaki sposób dowiedzieć się, kto kryje się za czekami wystawianymi na pokrycie kosztów pobytu pani White w domu starców, kiedy nagle uświadomiłem sobie, iż przecież, gdy wychodziłem z mieszkania włączyłem w pokoju wszystkie światła, chociaż było jeszcze zupełnie jasno, a kiedy na powrót znalazłem się w domu było w nim ciemno jak w pijalni wód mineralnych.
Oblał mnie zimny pot, potem gorący, przez moment chciałem wstać i przeszukać mieszkanie, ale doszedłem do wniosku, iż byłby to gest zupełnie pozbawiony sensu. Jeżeli ktoś czekał na mnie już dawno powinien był się pokazać, widocznie jego, lub ich, celem nie byłem ja.
Przez dłuższą chwilę leżałem nieruchomo i starałem opanować bezmyślnie wpatrując się w sufit, później chciałem wstać, ubrać się i pojechać do dziewczyny, która na dobranoc lubi słuchać bajek, ale doszedłem do wniosku, iż wszystko to byłoby za proste.
Jedyne, co zrobiłem to wstałem i uchyliłem okno. Wróciło we mnie życie i sen

 

VI.

 

Obudził mnie ogień, wydawało mi się, że płonę, lecz gdy dostatecznie oprzytomniałem okazało się, iż to tylko zapalniczka kogoś, którą siedzący w fotelu przypalał papierosa.
Miałem ochotę na wszystko tylko nie na towarzystwo, ale widać los chciał ina

- czej, więc nie protestowałem.
- Jesteś kobietą czy mężczyzną? - Zapytałem nie poruszając się. Nie chciałem narażać się na dodatkową nieprzyjemność w postaci zabłąkanej kuli czy niechcianych pozdrowień z kosmosu.
To coś głośno i nieprzyjemnie roześmiało się.
- A co byś wolał?
- Kawę.
Po sekundzie usłyszałem krzątanie w kuchni, szum wody i tym podobne odgłosy.
- Nieźle - Pomyślałem - Może zaangażowałem służącą nic o tym nie wiedząc?
- Pijesz gorzką, z mlekiem, cukrem czy może czymś innym?
- Gorzką z cukrem.
- W łóżku?
- Bynajmniej, zaraz do ciebie przyjdę.
Niechętnie wstałem, odszukałem szlafrok przyłożony bilardowymi kulami, popatrzyłem na zegarek, wskazówki zatrzymały się na za kwadrans siódma. Przez moment zastanowiłem się, czy nie założyć krawata, lecz doszedłem do wniosku, iż byłaby to przesada. To coś przecież nie było za mą umówione.
Chwilę pokręciłem się po pokoju, znalazłem papierosy, użyłem jednego z nich i kiedy w końcu znalazłem się w kuchni zamurowało mnie.
Express z kawą wesoło dymił na kuchence, kubek, popielniczka oraz serwetka leżały na stole, ale w około nie było - poza mną -żywej duszy.
Uszczypnąłem się. Jedyna korzyść to ból oraz gazeta leżąca na krześle. Nalałem kawy, usiadłem przy stole i zacząłem przeglądać gazetę. Zachowywałem się jak automat, który stracił panowanie nad urządzeniem sterującym.
Po dwóch kubkach kawy jakoś do siebie doszedłem, odrzuciłem gazetę, która wypłynęła za okno, podszedłem do telefonu a kiedy zgłosiła się panienka z centrali zapytałem o godzinę.
- Jedenasta - Odarła uprzejmie.
- Nie chcesz wyjść dziecino za mąż?
- Czy to poważna propozycja?
- Naturalnie.
Jej głos od razu brzmiał inaczej. Ze służbowego przemienił się w skowronka.
- Dlaczego nie? Ale co będę musiała robić?
- Trzymać mnie za rękę bym nie zwariował.
- Tylko tyle?
- Tak - Roześmiałem się, a kątem oka zauważyłem, że chyba szafa sama przesuwa się w kierunku drzwi.
- To dlaczego koleżanki tak strasznie narzekają? Jeżeli małżeństwo polega wyłącznie na trzymaniu mężczyzny za rękę to bezwarunkowo musi to być bardzo przyjemna forma spędzania czasu, nie wiadomo, dlaczego nazywana życiem.
Dałem jej tydzień na zastanowienie się, oraz poprosiłem, by - jak się namyśli by zatelefonowała bez względu na porę.
Nie zdążyłem nawet odejść na krok od telefonu, gdy ten dał o sobie znać.
- To ja - Usłyszałem. Widać szybko podejmowała decyzje. - Niestety nie będę mogła skorzystać z pańskiej propozycji.
- Dlaczego? - Byłem ciekaw świata jak dziecko.
- Przypomniałam sobie, co zawsze powtarzała mama. Znaczy, że na trzymaniu za rękę nigdy się nie kończy.
- Wierzysz jej? W takim razie umrzesz samotnie.
Po kilku chwilach telefon znowu oszalał, ale nie podniosłem słuchawki. Jeżeli to była niedoszła małżonka jej strata, jeżeli ktoś inny to będzie musiał uzbroić się w cierpliwość.
Szybko umyłem się, ogoliłem, doprowadziłem ubranie - jeżeli to możliwe - do jako takiego porządku i wyszedłem. Kopertę od Carlucciego zabrałem ze sobą. Przez moment zastanawiałem się czy nie wstąpić do Ondraszka, ale jeszcze nie czułem głodu. Jedyne, co czułem to pustka, która, jeżeli można tak powiedzieć, rozszerzała się. We wszystkich kierunkach jednocześnie.
Oprzytomniałem przed kinem, mechanicznie zaparkowałem, naturalnie w miejscu nie za bardzo do tego dozwolonym, kupiłem bilet i po nie więcej jak dziesięciu minutach spałem jak nowonarodzony amorek.
Obudziło mnie dotknięcie w ramię. Rosły Murzyn godny lepszej plantacji uśmiechał się cedząc przez zaciśnięte zęby, w których trzymał chyba żywego kurczaka:
- Chcesz przespać także następny seans?
Potaknąłem, więc puścił moje ramię i odszedł w niebyt. Jednak po niecałych dwóch godzinach znowu się pojawił, ale tym razem bez zwierzęcia w gębie.
- Przykro mi przyjacielu, ale kończę dyżur a wiedźma, która zajmuje moje miejsce nadaje się jedynie do froterowania nią posadzek, ale jeżeli masz czas postawię ci kawę.
Niechętnie podniosłem się i powlokłem za nim do podrzędnego baru pełnego nieogolonych facetów z kijami bilardowymi w dłoniach.
- O czym śniłeś amino? Do tego przez dwa seanse? - Zapytał, kiedy dymiąca filiżanka parzyła mi dłoń.
- O banku.
- Chcesz się do niego włamać?
- Muszę.
Przyjrzał mi się dużo spokojniej niż przed momentem.
- Dużo potrzebujesz?
Wyprowadziłem go z błędu. Chwilę milczał. Może nowy kierunek w sztuce rodził się na moich oczach?
- Na pewno zależy ci jedynie dowiedzieć się, kto stoi za czekami?
- Jak dwa plus dwa równa się sześć.
Odetchnął. W tym samym mniej więcej momencie wielki biały człowiek zwalił się pod stół i podłoga zatrzeszczała jak Titanic, gdy spotkał swoje przeznacze-

- nie.
- Może dałoby się to załatwić. Ale, niestety, musi to trochę kosztować, ponieważ nie jest łatwo znaleźć faceta, który nie pomyli sejfów.
Odstawiłem filiżankę, odwróciłem wzrok od zasypiającego pod stołem człowieka.
- W tym sęk. Włamać się do banku i nie zabrać ze sobą pieniędzy to jak ożenić się i zaraz pierwszej nocy odstąpić babę przyjacielowi.
Gwałtownie zaprotestował.
- Nie masz racji. Często może tak byłoby lepiej? Uniknęłoby się wielu kłopotów, oraz widoku majtek walających się pomiędzy męskimi perfumami.
Uśmiechnąłem się, zapłaciłem za kawę i chciałem wyjść, ale przytrzymał mnie delikatnie za róg marynarki, jak kot, który nie chce się o budzić.
- Nie żartowałem. Znam człowieka nadającego się do tej roboty i...
Na powrót usiadłem, wziąłem do ręki filiżankę, teraz już trochę zimniejszą, tak, by pętla czasu wróciła na swoje miejsce.
- Poszukasz go?
- Już to zrobiłem.
Niezdecydowanie rozejrzałem się. Pijaczków przybyło i knajpa wypełniona była jak więzienie w przeciętnych filmach o miłości.
- Facet, którego potrzebujesz siedzi obok ciebie.
- Tak? - Panienka na egzaminie, której pomyliły się odpowiedzi była bardziej bystra ode mnie.
- Tak - Nieudolnie przedrzeźnił mnie - jeszcze dwa lata temu byłem specjalistom w tej branży, ale, niestety, obiecałem pewnej suce, iż z włamaniami koniec i wylądowałem w kinie, czyli największej po życiu fikcji, lecz na szczęście trafił się facet, który nie potrzebuje z banku pieniędzy, pieniędzy przecież moja obietnica dotyczyła wyłącznie ich. Przecież nie obiecywałem, że nie będę włamywał się do banku po informacje. Należy to oblać, to przecież jak powrót do życia skoszarowanej mumii.
Przyniósł dwie szklanki pełne przeźroczystego płynu i lodu, ale nie dotknąłem
żadnej. Nie miał mi tego za złe.
- Pewnie także obiecałeś, ż nie będziesz pił.
Przez skromność przytaknąłem
- Tak to jest - Rozmarzył się zaraz po pierwszym łyku - Człowiek w chwilach uniesienia gada głupstwa, a później żałuje. Cienka jest granica pomiędzy rzeczywistością a iluzją, cienka jak jedwabna pończocha.
- Ze mną było odwrotnie - Próbowałem podtrzymać go na duchu - Obiecałem, że nie będę pił w chwili desperacji.
- To to samo. Koniec tej samej maczugi.
Następnie uzgodniliśmy cenę - Nie była zbyt wygórowana. Widać bardziej palił się do samej roboty niż pieniędzy, więc podałem mu nazwę banku i całą
resztę.

- W tym samym miejscu za dwadzieścia cztery godziny. Gdybym nie przyszedł czekaj za następną dobę. I tak aż do skutku - Zniknął jak zły sen, kiedy listonosz rzuci pod drzwi wezwanie do sądu.
Nie byłem pewien, czy cała ta scena nie była częścią filmu, na którym spałem, rozejrzałem się dookoła, przy najbliższym stoliku dziecko ojcu piwo grającemu w bilard spijało piwo, pod ścianą młoda kurewka prostowała obcas w niesamowicie długim bucie, przy barze stary, zniszczony mężczyzna mocował się z mitem wieloryba.
- Samo życie - Powiedziałem półgłosem - Tylko, co ja mam z tym wszystkim wspólnego?
Kurewka od wyprostowanego obcasa widać moje spojrzenie wzięła za ofertę, gdyż natychmiast przypłynęła do mojej zatoki.
- Jak lubisz? - Zapytała pewna kontraktu.
- Żebyś się natychmiast odwróciła.
Zdziwienie pomieszanie z niepokojem, ponieważ w pobliżu nie było jej alfonsa.
- Tak przy wszystkich?
- A co za różnica?
Uruchomiła liczydło, ponieważ zapaliła się zielona lampka w jej kaprawych oczach.
- Będzie kosztowało dwa razy, co zwykle.
Odwróciła się i dyskretnie zaczęła ściągać majtki. Położyłem na stole wizytówkę towarzystwa dobroczynnego, którą od lat nie wiadomo, po co nosiłem przy sobie, i wyszedłem.
Przekleństwa kobiety, która czuła już w dłoni pieniądze potrzebne na kupno nowych butów ścigały mnie aż do samochodu, ale jakoś zdołałem umknąć.
W kilka minut później, gdy znudziło mi się bezmyślne kręcenie się w koło, zatrzymałem się przed na wpół zrujnowanym warsztatem. Wydawało mi się, iż nadszedł czas zmiany oleju, po drugie chciałem upewnić się czy jeszcze trochę tym wrakiem pojeżdżę.
Czekałem minutę, dwie, pięć. Nie pokazał się żaden pracownik, nie mówiąc ani słowa o właścicielu. Zdenerwowany użyłem klaksonu. Psu na budę.
Zastałem ich wszystkich, znaczy sześciu facetów w poplamionych kombinezonach oraz kobietę w niebieskiej chustce na głowie siedzących przy ledwo trzymającym poziom stole i tępo patrzących w ścianę.
Kiedy upewnili się, iż nie jestem ze związków a tym bardziej z prasy butelki z piwem pojawiły się w ich rękach, a u kobiety puderniczka.
- Chciałbym....Jakoś próbowałem wrócić do rzeczywistości.
Przerwało mi szuranie krzesłami, a może nawet zgniła pomarańcz przeleciała obok mojej głowy.
- Nie widzisz, że strajkujemy? - Pół kpiąca zapytał jeden z nich. Na głowie miał pamiątkę z Pancernika Potiomkina a na lewym bicepsie tatuaż przekopiowany ze znanego monologu Hamleta.

- Dlaczego? - Słowo to samo wypadło mi z ust i potoczyło się po obślizgłej posadzce.
- Wytłumacz mu Dolores - Nie zauważyłem, kto to powiedział, ponieważ w dalszym ciągu rozglądałem się po warsztacie.
Kobieta odłożyła puderniczkę, delikatnie ujęła mnie za rękę i zaprowadziła do pokoju obok.
- Usiądź - Poprosiła.
Zrobiłem to i sięgnąłem po papierosa.
- Tutaj nie wolno palić, szef ma fioła. Zresztą - machnęła ręką - nie tylko na tym punkcie.
Sama podała mi ogień, czym trochę mnie zaskoczyła i jakby wykorzystując okazję popatrzyła mi głęboko w oczy.
- Strajkujemy, ponieważ... - Spróbowałem przerwać jej wykonując jakieś nieskoordynowane gest rękoma, lecz zupełnie na nie nie zważała - szef nie wywiązuje się ze swoich obowiązków. Dwa lata temu obiecał troszczyć się o nas jak o własne dzieci, lecz do tej pory nie dostaliśmy szafek na ubrania, jednoskrętnych grzebieni a co najgorsze upija się bez nas, rano przychodzi skacowany a my musimy obejść się smakiem jego przepoconego ciała. Najgorsze, iż w corocznych raportach pieniądze za pijaństwo odciąga od deklaracji jako wydane na działalność związkową.
- Przecież możecie pić sami- Jakoś udało mi się dorwać do głosu.
Rozczarowana moją głupotą popatrzyła na mnie jak przez sitko.
- To nie to samo.
Jednak twardo obstawałem przy swoim.
- Alkohol to alkohol, zawsze smakuje tak samo.
- Ale on nam obiecał!
Uszczypnąłem się, ale jednak nie był to sen.
- Nic z tego nie rozumiem - Przyznałem zgodnie z prawdą.
- W takim razie spływaj.
- A olej? - Próbowałem się bronić.
Rzuciła we mnie podstawką do krajania jarzyn.
- Co za gbur. Nam idzie o życiowe sprawy siedmiu ludzi, w tym kobiety, a facio wyjeżdża z olejem.
Długo jeszcze stałem przed warsztatem i myślałem, do czego to wszystko zaprowadzi. W nocy dziewczyna rezygnuje z pracy, ponieważ nie podoba się jej fakt notowania przez kierownictwo uwag na jej temat, teraz strajk, gdyż szef nie ma ochoty upijać się z podwładnymi, jutro...
- Poczekajcie aż komunizm zapanuje w Ameryce - Krzyknąłem w stronę zrujnowanej budy - Wtedy będziecie mieli same przywileje, za to żadnych praw czy obowiązków a szef będzie pijany od rana.
Odpowiedziało mi echo spuszczanej wody, warczenie psa a po chwili cisza, która nigdy nie przynosi ze sobą nic dobrego.
W małej, chińskiej z nazwy restauracji, po ostrym daniu, które polecił mi kelner z wątrobianymi plamami na rękach i dwóch jaśminowych piwach poczułem się na tyle dobrze, iż zacząłem zastanawiać się oznaczały przeżycia ostatnich dni.
Dwa trupy, angaż przez Harrisona, czarny kutas w żółci, Vivian i tak dalej, jednak - jak na razie - nie miałem żadnego punktu zaczepienia. Może po raz kolejny zdarzenia przerosną moją zdolność pojmowania świata?
Miałem straszną ochotę zawołać kelnera i poprosić o coś mocniejszego i po dwóch godzinach wrócić do domu w bardziej podniosłym nastroju, położyć się do łóżka i obudzić po kilku dniach zupełnie kimś innym.
Ale nic takiego się nie stało. Dalej siedziałem w chińskiej knajpie i - niestety - byłem sobą, jeżeli naturalnie na tym ostatnim ze zbankrutowanych światów coś to oznacza.
Nagle zdecydowanym ruchem wyjąłem z kieszeni kopertę otrzymaną, od Carlucciego, otworzyłem i - jak mogłem się spodziewać - ta była pusta.
Przez dłuższą chwilę jak idiota wpatrywałem się w miejsce, które kiedyś prawdopodobnie zawierało kartkę papieru z bezcennymi dla mnie informacjami, aż w końcu skinąłem na kelnera.
Ciepło alkoholu niesłychanie powoli rozchodziło się po całym ciele, lecz w końcu dotarło nawet w najbardziej odległe zakamarki.
Wtedy natychmiast wypiłem jeszcze jeden, zapłaciłem i wyszedłem na ulicę. Duże słowo. Kilkadziesiąt metrów kwadratowych asfaltu, reklama zapasowej dętki i przenośny śmietnik z przelewającym się, jak kwiatami, gównem.
Dziecko, może sześcioletni szczyl popatrzył na mnie z poziomu, na którym jeszcze przez chwilę dwa plus dwa równało się cztery.
- Nie lubi pan świata - Bardziej było stwierdzeniem niż pytaniem.
- A niby, dlaczego mam lubić? - Podszedłem do niego i lekko podniosłem za ucho. Nie krzyknął, nie wrzasnął, zamarł jak pomnik oczekujący na swoje pięć minut.
Powtórzyłem pytanie. Wyrwał ucho z moich palców, przetarł jodyną, w usta włożył ślimaka.
- Mam twierdzi, iż każdy mężczyzna powinien cieszyć się, że żyje i nie jest kobietą. I chyba, dlatego - dodał po chwili namysłu - ma mnie i brata w dupie. Jak mówi klasyk: samotni i puszczeni na głęboką wodę.
Poczęstowałem go papierosem. Głośno przełknął ślinę i zapalił.
- Postanowiłem, kiedy dorosnę, zostać Einsteinem. A wie pan, dlaczego?
Przecząco pokręciłem głową. Kilka much zamieniło się w żaby, jakaś kobieta niosąca jabłka poślizgnęła się na niewidocznej monecie ćwierćdolarowej i w efektownym upadku odsłoniła całe swoje uzębienie.
- Ponieważ ten podobno genialny człowiek nienawidził swojej rodziny, specjalnie synów. Pierwszą żonę zrobił w przysłowiowego konia, druga - nota bene własna kuzynka - bardziej zastępowała mu matkę niż udawała kobietę, a synów po prostu nie cierpiał. Ten młodszy skończył jako chory psychicznie w
szpitalu w Szwajcarii a genialny fizyk nie odwiedził go ani raz, za to...

Przerwałem mu wyciągając z kieszeni chusteczkę i pytając:
- Po co mi to wszystko opowiadasz?
- Wydaje mi się, że ma pan podobne problemy.
Nagle, w sekundzie przykręcił sobie do butów wrotki i zniknął zanim zdążyłem zapytać, czy jestem podobny do Einsteina, czy do jego synów.
Nie mogłem znaleźć samochodu, więc zatrzymałem taksówkę i kazałem zawieźć się do domu. Za duże słowo. Dwa pokoje wypełnione rupieciami, kilka łyżek i noży plus brudna bielizna i piżama. Nie zmieniała tego przygnębiającego obrazu wizytówka na drzwiach z godzinami, w których podobno przyjmuję, czy pozostałość po jakiejś kobiecie w postaci kilku jej włosów przyklejonych do nogi od krzesła.
Tym razem nikt na mnie nie czekał, więc otworzyłem okno i bezmyślnie przez kilka minut w nim stałem. Zauważyłem dwa ptaki patrzące na siebie z odległości dziesięciu dolarów.
- Jeżeli przełożyć to na język śmierci to ile to będzie? - Zastanowiłem się, ale po chwili namysłu doszedłem do wniosku, iż jestem na najlepszej drodze by zwariować.
Butelka z rumem stała w zasięgu ręki, ale nie dotknąłem jej. W zamian zatelefonowałem do Vivian Harisson. Kazała mi na siebie czekać dłużej niż trwało pisanie Przeminęło z wiatrem.
- O, książę z bajki - Usłyszałem w końcu i już wiedziałem, że popełniłem znowu ten sam błąd. W zamian należało zejść do baru Jiżego Ondraszka i zamienić się z nim rolami, które gramy, ale, niestety, było już za późno. Na wszystko.
- Przepraszam, pomyliłem się - powiedziałem do słuchawki - chciałem zatelefonować do pralni, ale nie wiem, dlaczego wykręciłem twój numer.
- Jak często pierzesz sumienie? - Zapytała, a ja po prostu odłożyłem słuchawkę na widełki.
Na szczęście kapitan Sharp był o wiele przyjemniejszym rozmówcą, chociaż to, co miałem zamiar mu powiedzieć nie było przyjemne.
- Obawiam się nowych komplikacji - Zacząłem jak na kazaniu w pustym kościele gdzieś na krańcach wiary.
- A jak się one tym razem nazywają?
- Carlucci.
- Nie rozłączaj się - Poprosił, widać bał się, iż się zdematerializuję. Nie było go wieki. W tym czasie ludzkość nauczyła się pisać, sikać pod wiatr i jeść kaczkę z jabłkami. Kiedy znowu go usłyszałem nie miał zbyt radosnego głosu.
- Powinieneś pracować jako jasnowidz. Właśnie przed moment jego ciało wydobyto z rzeki, no, może nie jego, ale to, co z niego zostało. Przyjedziesz popatrzeć?
Nie miałem na to najmniejszej ochoty, ale kto z nas wybiera sytuacje, w jakie wpadamy?
- Podobno byliście przyjaciółmi?

Chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią, ponieważ jakie to teraz miało znaczenie?
- W szkole kochaliśmy się w tej samej nauczycielce, chociaż dzisiaj nie pamiętam, jakiego przedmiotu nauczała. To dziwne, ale zapomniałem.
- Taka znajomość wiąże na lata.
- Na wieki - Usłyszałem samego siebie a zanim odłożyłem słuchawkę obiecałem Sharpowi, iż nazajutrz wpadnę do niego.
Szachownica była pusta. W przeciwieństwa do bohatera Handlera grywam wyłącznie wyimaginowanymi pionkami. Gdzieś w trakcie trzeciej partii nie wytrzymałem i sięgnąłem po butelkę z rumem. Gra od razu nabrała rumieńców.
Jakiś czas później zszedłem do baru Ondraszka i podziękowałem właścicielowi za jego propozycję.
- Nic nie szkodzi - wykrzyknął dziwnie podniecony - żona właśnie wróciła od lekarza, podejrzewałem raka.
Tego, nawet jak na mnie, było już za wiele. Poszedłem do sklepu ze zwierzętami czynnego całą dobę i kupiłem żółwia.
- Aby nie potrzebuje pan kobiety? - Zapytał piegowaty sprzedawca - dysponujemy wszystkimi odcieniami skóry. Co do wieku...
- Nic z tych rzeczy - krzyknąłem - przechodzę na wegetarianizm.
- A co to ma wspólnego z babami? - Zaskoczony piegowaty strugał Mikołaja.
- Nie wiem, ale czuję, że ma.
Zostawiłem go osłupiałego z wiązką słomy w ręku, żółwia wrzuciłem do kieszeni spodni i wyszedłem.
Zapadł zmierzch, rowerzyści znikli, fioletowa poświata nieba jakby przybliżała się ku ziemi. Płakałem bez łez, następnie jakoś posklejałem się do kupy, wszedłem do najbliższego baru i co najmniej przez pół godziny bezmyślnie wpatrywałem się w ścianę. W końcu wróciłem do życia, przywołałem barmana i zmówiłem szklankę miętowej herbaty. Barman popatrzył na mnie jak niewidomego w Jaffie zgłaszającego się do wojska na ochotnika.
Ocknąłem się na przystanku metra. Siedziałem na marmurowej ławce, w ręku trzymałem czyjąś dłoń. Przez kilka minut wahałem się czy tej dłoni popatrzeć w twarz, ale kiedy w końcu zdecydowałem się z wrażenia aż pisnąłem. Vivian Harrison była ubrana dokładnie jak siostra w chwili, kiedy znalazłem ją wciśniętą w krawężnik.
- Powroty do rzeczywistości bywają brutalne - Uśmiechnęła się, próbowała wstać, ale jej na to nie pozwoliłem.
- Pewnie dziwisz się, skąd wzięłam się w tej spelunie? Barman, podobno na twoje polecenie, telefonował ze sześć razy.
- Czyżby? - Było to wszystko, co byłem w stanie wydusić.
Zaczęła przedrzeźniać mnie, więc nie pozostało mi nic innego jak spróbować wstać.
- Zachowujesz się jak obrażony Stalin w Jałcie.
O wszystko mogłem ją posądzać, tylko nie o to, że zna historię.

- Pewnie dziwisz się skąd...
Przerwałem jej i jakoś udało mi się papierosem trafić do ust.
- Od dnia, gdy pewna panienka powiedziała, że nawet uschłe drzewo w lesie jest bardziej seksualne niż ja nie dziwię się niczemu. I nikomu.
- Czyżby?
Miałem jej dość, a chęć powrotu do baru i policzenia się z barmanem była silniejsza niż sen, który nadchodził szybciej od świtu.
- Nie masz mi nic do powiedzenia? - Dotknęła mojej ręki i nie wiadomo, dlaczego poczułem się jak spocony kangur - Barman podkreślał, iż muszę się z tobą zobaczyć, ponieważ masz mi opowiedzieć o...
Zauważyłem otwarty sklep, wszedłem do niego a później odkryłem kilka drzew a pod nimi ławkę. Usiedliśmy, trochę łyknąłem z butelki, którą właśnie przed chwilą kupiłem i jednym tchem wyrecytowałem wszystko, co się ostatnio wydarzyło. O jej siostrze wepchniętej w krawężnik, domniemanej niańce, ciele Carlucciego wydobytym z rzeki, czarnym kutasie na żółto, zjawie, która zaparzała kawę i całej reszcie, jaka rozegrała się w ciągu ostatnich kilku godzin.
Była zdruzgotana, albo znakomicie ten stan zagrała.
- A teraz do łóżka - Rozkazałem.
- I po tym wszystkim możesz się kochać? - Popatrzyła na mnie jak na jakiegoś potwora - To przecież nieludzie - I jakby dotknęła ręką wyimaginowanej twarzy kogoś trzeciego, który słuchał, co opowiadałem.
- Człowiek, niestety, może chcieć się pieprzyć po jeszcze gorszych przejściach - Wiem to z własnego doświadczenia.
- A ja nie - Nagle wstała i tyle ją widziałem. Rozpłynęła się w taki sam sposób jak się pojawiła.
Wróciłem do baru, w którym kilka godzin temu zamówiłem herbatę. Zamiast faceta za barem królowało sto kilkadziesiąt kilogramów zwalistego tłuszczu. Zapytałem o kolegę.
- Tutaj pracuje wyłącznie damska obsługa - Popatrzyła na mnie spod oka, ale widać nie byłem w jej typie gdyż machnęła mi przed nosem brudną szmatą zamiast rzucić mi się w ramiona.
- Czyżby? - Zadrwiłem.
Lekko uniosła biust i musiałem zwiewać. Na ulicy było zimno, mgliście i zza jasną cholerę nie mogłem złapać taksówki
Kiedy w końcu znalazłem się w domu za klamką zatknięty był bukiet fiołków. Teraz zupełnie zmarnowane wyglądały jak wspomnienie nierealnego świata duchów.

 

VII.

 

Obudził mnie sen. Brzmi to trochę nierealnie, ale to prawda. Miałem, pamiętam to dokładnie, tak realistyczny obraz własnej bezsilności, że aż poderwałem się na równe nogi.
Cisza, jedynie gdzieś w oddali syk opiekacza do grzanek zakłócał śliczny poranek. Wstałem, złożyłem szachownicę, nałożyłem przyrząd do prostowania wąsów kupiony na jakiejś wyprzedaży, chociaż nigdy ich nie zapuszczałem, nastawiłem express do kawy, w przedpokoju schyliłem się i podniosłem, co zawsze. Rachunki, reklamy oraz zaproszenie na ślub, mimo iż nazwiska nic mi nie mówiły.
Po trzeciej filiżance kawy ogoliłem się, wszedłem pod prysznic, ubrałem i zacząłem zastanawiać się, co począć z tak wspaniale rozpoczętym życie, ale ponieważ żadne, rozsądne rozwiązanie nie przychodziło mi do głowy położyłem się na kanapie postanawiając czekać.
Pierwszy zatelefonował pewien buchalter, któremu w zeszłym roku doprowadziłem do domu żonę. Pytał, czy mogę poszukać jej jeszcze raz. Nie mogłem. Następna była agencja zajmująca się statystyką z zapytaniem jak często miewam orgazm. Odpowiedziałem, że co trzy minuty. Następnie była długa przerwa, pewnie się zdrzemnąłem i chociaż rozmawiałem z panem Harrisonem nie pamiętałem, o czym.
Oprzytomniałem, kiedy usłyszałem głos Carlucciego. Poderwałem się nawet na równe nogi, poprosiłem by przestał się wygłupiać, lecz po chwili zorientowałem się, że ktoś bawi się ze mną w ciuciubabkę.
Jego głos nagrany był na taśmę. Odłożyłem, więc słuchawkę, podszedłem do baru, ale powstrzymałem się od nalania jednego. Temu, kto telefonował właśnie na tym zależało. Postanowiłem być - chociaż w moim przypadku brzmi to humorystycznie - silny. Przyjaciel, którego ciało wczoraj wyłowiono jakby mnie o to prosił.
Założyłem marynarkę, windą zjechałem do suteryny i po chwili patrzyłem w zdenerwowaną twarz Ondraszka.
- Bezczelne babsko - wyjąkał bez użycia słów - okazało się, że nie ma raka tylko niegroźne zapalenie wątroby.
Jego grzanki z serem przypominały bumerang. Wracały szybciej niż zdążyło się jej przełknąć.
Po kolejnej próbie spasowałem, wypiłem jeszcze jedną kawę i zacząłem zastanawiać się, co mogło stać się z moim samochodem. W końcu namierzyłem go na mapie, którą znalezionym ołówkiem narysowałem na gazecie i posłałem po niego portiera z wiekowej kamienicy mieszczącej się tuż obok mojej, który z wielką niechęcią oderwał się od krzyżówki.
- Zawsze, kiedy tylko dojdę do hasła numer 35 mam pecha. Kilka lat temu, gdy zastanawiałem się, co może oznaczać: mieszka w sobie, naturalnie pod numerem 35 pionowo kobieta, która dzieliła ze mną nie tylko łazienkę oświadczyła się mojemu bratu, a ten wyrzucił ją z garażu szybciej niż tam weszła.
- Mogę pojechać sam - Bąknąłem.
- Co to, to nie, przecież, podobno tutaj pracuję, krzyżówka może poczekać.
Nałożył kalosze i poleciał, więc pochyliłem się nad jego kwadracikami. Wszysteki były zapełnione. Nagle doleciał mnie piskliwi skrzek jego kobiety.
- Ile razy mam cię prosić byś umył mi plecy?
Ich łazienka przypominała starożytny Rzym. Duszono i mglisto. Wepchnięto w dłoń jakiś ostry przedmiot i naprowadzono gdzie mam szorować. Gdzieś po pół godzinie wróciłem do krzyżówki a w minutę później pojawił się portier z kluczykami.
- Dlaczego sam nie pojechałeś po swojego grata? - Zapytał - wypadłoby o połowę taniej.
- Bałem się, po drugie nie dostąpiłbym zaszczytu umycia pleców twojej żonie.
- Co? - Krzyknął i zniknął. Po chwili wrócił uszczęśliwiony.
- Wykonałeś kawał solidnej roboty. Twierdzi - ręką wskazał za siebie - że jeszcze nikt nie szczotkował jej z taką nienawiścią.
W dwadzieścia minut później wchodziłem do gmachu policji. Nie miałem najmniejszej ochoty na rozmowę z Sharpem, a poza tym bałem się natknąć ba starego Coobsa.
Ale nic z tych rzeczy. Droga do windy przebiegła spokojnie, szczęść pięter także zaliczyłem bez większych problemów, drzwi do sekretariatu Sharpa o dziwo otworzyły się za pierwszym kopnięciem, jego sekretarka odwróciła się w moim kierunku, wypowiedziałem formułę przygotowaną na takie okazje i zdębiałem. Jego sekretarką był mężczyzna. Widać zrozumiał moje zmieszanie, gdyż wyrecytował jak na szkolnej zabawie:
- Wszystko przez te pieprzone feministki. Wtrącają się nawet w to, kto jest sekretarką kapitana policji, a jak może wiesz za dwa miesiące wybory i prokurator okręgowy chcąc nie chcąc musi się z nimi liczyć, więc prosto z drogówki wskoczyłem tutaj.
- Nie wiem, czy ci gratulować, czy...
- Najlepiej jak nalejesz sobie kawy i wejdziesz przez te drzwi - wskazał ręką - kapitan Sharp i ja także nie jesteśmy dzisiaj w najlepszych humorach.
- Podobnie jak miliony ludzi na świecie. A wszystko przez gadające głowy w telewizji. Działają przygnębiająco nawet na...
Strzelił z bata, więc zamilkłem i z kubkiem w dłoni wślizgnąłem się do świątyni, w której kapitan Sharp rozdarty na krześle z nogami zanurzonymi w stertę papierów walających się na biurku bawił się kawałkiem wystygłego banana.
Nieznacznym ruchem głowy wskazał mi krzesło, usiadłem na nim i zacząłem zastanawiać się, co mogę mu powiedzieć, a co zachować wyłącznie dla siebie.
- Gdzieś koło trzeciej nad ranem - Zaczął nie patrząc na mnie a ja zmartwiałem - obudziła mnie żona i z radością oznajmiła, że zdecydowała się na kolejne dziecko. Była tylko w staniku, nota bene jedynym, jaki posiadamy, umalowana jak na bal Sylwestrowy a w ręku trzymała Biblię. Co zrobiłbyś będąc na moim miejscu?
- Odwiedził najbliższy bar - Odpowiedziałem bez chwili namysłu.
Wystygłego banana wyrzucił przez okno, zapalił, chociaż nigdy wcześniej nie widziałem go z papierosem.
- Tak też zrobiłem, ale kiedy po dwóch godzinach wróciłem do dom przebrać się na stole w kuchni znalazłem wiadomość napisaną jej koślawym charakterem, że w ciążę i tak zajdzie, czy tego chcę, czy nie.
- Nikt nie zna kobiet, nawet one same.
- Gówno mnie to odchodzi - wybuchnął - mam dwoje bachorów podobnych do afrykańskich pigmejów, a to coś samo siebie nazywające się żoną pragnie jeszcze jednego. Jak się w tym wszystkim nie pogubić?
Nie wiedziałem, jak zresztą mnóstwa innych rzeczy, ale jakie miało to teraz znaczenie? Trzy osoby w ciągu ostatnich godzin straciły życie, a ja sam jakby otarłem się o ich śmierć, a wszystko, co miałem do powiedzenia na ten temat sprowadzało się do wymienienia ich nazwisk, oraz w jakich okolicznościach je spotkałem.
Nagle kapitan Sharp poderwał się z krzesła, złapał na marynarkę i dał znak bym poszedł na nim.
Bar, do którego mnie zaprowadził był pusty, jeżeli nie liczyć wyleniałego Murzyna grającego na organkach. Sharp rzucił w niego gazetą i tamten się rozpłynął.
- Popatrz- kiwnął na barmana - oprócz żony wszyscy się mnie boją. Czy to nie dziwne?
- Przyjemnie mieć dzieci - Burknąłem nieśmiało.
- Naturalnie - wpadł mi w słowo - ale pod warunkiem, że trzyma się je w akwarium, rzadko wyprowadza na spacer a karmi wyłącznie Marksem zmiksowanym Engelsem.
Zamówiłem butelkę wody mineralnej w przeciwieństwie do Sharpa, który dosłownie podłączył się pod kran z whisky.
- Pijesz na służbie - Zażartowałem, ale nie był to chyba najlepszy dowcip.
- Wyłącznie - a po chwili - przecież sam pracowałeś w policji to wiesz, że to dość średnia przyjemność. Śmierdzące kurwy, wtrącający się we wszystko politycy, szef myślący wyłącznie o karierze czy kury srające na parapet. Jak w takich warunkach można pracować?
- Wydajnie.
Nie bez trudności Sharp oderwał się od baru, doszedł do drzwi wyjściowych, otworzył je, napluł na chodnik i wrócił.
- Miałem zamiar chwilę porozmawiać o Carluccim i dziewczynkach, ale dzisiaj mam to wszystko gdzieś.
Wypił jeszcze jednego i poprosił, czy nie mógłbym odwieźć go do domu.
- Chyba zrobię babsztylowi jeszcze jednego bachora i co najmniej na rok będę miał spokój. Co ty na to?
Zasnął zanim ruszyłem, ale na szczęście wiedziałem gdzie mieszka. Jakoś udało mi to coś, co z niego pozostało donieść do łóżka. Jego żona z dezaprobatą szczoteczką do zębów szorowała parapet.
- A tak przyjemnie zachowywał się przed ślubem - westchnęła, kiedy myłem ręce - pewnie wszystko ci opowiedział. Nie mógłbyś go zastąpić? - Nadzieja pomieszana z samozadowoleniem.
- Z policji wypisałem się kilka lat temu. Nie mam prawa pracować nie na swoim terenie.
- Może to cię przekona - Podniosła bluzkę i pokazała biust zwiędnięty jak krzak jałowca.
By jakoś się uspokoić napiłem się wody prosto z kranu. Smakowała jak śmierć, o którą tyle razy się ocierałem, poprawiłem pasek od spodni i bez słowa wyminąłem kobietę stojącą jak skamieniała, z bluzką zadartą na twarz.
Później bezmyślnie jeździłem po mieście, w końcu jednak zaparkowałem, wszedłem do jakiejś nory, w której nawet dobrze karmiono, więc z przyjemnością zjadłem przysmak portorykańskiej kuchni i wszystko to popiłem piwem a później kawą.
Zapaliłem i mogłem stwierdzić - jeżeli ktoś by mnie o to zapytał - że wróciłem do życia, chociaż dokładnie nie wiedziałem, co ten zwrot oznacza.
Telefon był zajęty, w kilka minut później także, ale gdzieś po godzinie dodzwoniłem się do sekretarki Carlucciego. Przez łzy zgodziła się na spotkanie ze mną, ale dopiero wieczorem. Zapisałem jej adres na pudełku papierosów, kupiłem nową zapalniczkę i nagle uprzytomniłem sobie, iż przecież od kilku minut Murzyn, który miał spróbować dowiedzieć się czegoś na temat czeków przesyłanych pani White czeka na mnie. Jak oparzony rzuciłem się na poszukiwanie samochodu, następnie nie zważając na ruch pędziłem na złamanie karku.
Miałem szczęście. Siedział w rogu sali i oglądał sobie paznokcie. Nie patrzył na mnie, gdy usiadłem, ignorował mnie jak mewy przypływ morza. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy byłem pewien, że się już nigdy nie odezwie dał głos:
- Niestety, ale mam do ciebie pretensje. Do naszego wczorajszego spotkania żyłem uczciwie, jeżeli bycie niańką pilnującą spokoju w kinie można nazwać szczęściem. Nagle zjawiłeś się jak wielki walec, namówiłeś na wycieczkę do banku i lata spokoju trafił szlag.
Widząc moją przerażoną minę szybko mnie uspokoił.
- Wszystko przebiegło planowo. Byłem pewien, iż przez wszystkie te lata, kiedy przebywałem poza branżą coś nowego wymyślono w systemie zabezpieczania banków, ale gdzie tam. Oszczędzają, więc mają. I ja także. Gdy zobaczyłem te stosy pieniędzy równo poukładanych w kupki nie wytrzymałem i trochę sobie wziąłem. Natura jeszcze raz okazała się silniejsza, ale w kilka godzin później przyszła refleksja. Czy dobrze postąpiłem? Zatelefonowałem do matki i wszystko jej opowiedziałem, a ta kazała mi natychmiast pozbyć się pieniędzy.
- Przecież nie mogę odnieść ich do banku - krzyczałem - trochę za późno.
- Więc oddaj je temu, który robotę zamówił - Poradziła mi, więc oto one.
Z wyraźną ulgą wcisnął mi do ręki plastykową torbę, dopił sok jabłkowy i powiedział:

- Trochę zatrzymałem jako koszta własne. Muszę zmienić pracę a i narzeczonej przydałby się z tydzień urlopu.
W chwilę później zawrócił od odrapanych drzwi i dodał:
- Mimo wszystko przygoda była pierwszej klasy. Raz na jakiś czas człowiek potrzebuje potwierdzenia, że jeszcze do czegoś tam się nadaje, a nie tylko do podcierania sobie dupy mchem. Nazwisko faceta, który jest właścicielem konta tak bardzo cię interesującego jest na samym dnie. Czy mógłbyś zapłacić za mój sok?
Podał mi rękę i odszedł. Uszczypnąłem się, ale to nie był sen. Raczej senna jawa pomieszana z rzeczywistością. Jak na przykład ból nogi.
Wróciłem do domu i zawartość torby wysypałem na łóżko. Kartka papieru nie była większa od wizytówki. A nazwisko znajdujące się na niej brzmiało: Rex Harrison.
Przez dłuższy czas wpatrywałem się w nią jak zahipnotyzowany. Nie wydawało mi się, by mogła to być prawda, ale dlaczego dobroduszny Murzyn miał kłamać? Przecież nie znał Harrisona ani mnie, a włamanie do banku nie było majową wycieczką za miasto.
Nawet trzecia filiżanka kawy nie poprawiła mojego samopoczucia. Rozłożyłem szachownicę, ale i ona nie przyniosła uspokojenia. Dla świętego spokoju przeliczyłem pieniądze. Prawie czterdzieści tysięcy. Nigdy wcześniej nie widziałem tak wielkiej sumy pieniędzy, no może w kinie, ale nie pamiętałem tytułu filmu.
Starannie zawinąłem je w gazetę i zaniosłem do baru Ondraszka prosząc, by był tak uprzejmy i przechował to pamiątkowe zdjęcie, ponieważ boję się go stracić.
- Trochę waży - Patrzył na muchę bawiącą się sandwiczem.
- Żyję dość intensywnie, więc mam, co wspominać.
Rzucił w muchę bumerangiem, ale nie trafił.
- Nie wiem, czy jest, z czego się cieszyć? Wspomnienia są przeciwieństwem kobiet, a one...
Na szczęście rozmowę przerwała banda nastolatków żądając piwa. Zastanowiłem się, dlaczego w nich nie rzuci bumerangiem. Nie był to jednak mój problem.
Wróciłem do domu, przeglądnąłem niezapłacone rachunki i uśmiechnąłem się. Po raz pierwszy w całym dorosłym życiu nie musiałem się o nic martwić. Postanowiłem ten święty dzień oblać, ale przypomniałem sobie czekającą na mnie sekretarkę Carlucciego.
Wetknąłem, złożyłem szachownicę, wziąłem prysznic, założyłem najlepszy, czyli jedyny garnitur, jaki posiadałem i wyszedłem.
Znowu zwiędły bukiet fiołków zatknięty był za klamkę. Delikatnie wziąłem go do ręki, w windzie powąchałem, ale poza smrodem psa, który prawdopodobnie jechał windą przede mną nic nie poczułem.
Ulica wyglądała jak po deszczu, chociaż mógłbym przysiąc, że nie padało od kilku miesięcy, odnalazłem swojego grata, fiołki rzuciłem na tylne siedzenie, ze schowka obok kierownicy wydobyłem plan miasta i przez dobre kilka minut studiowałem, dokąd mam jechać.
Ruch był zerowy. Zdziwiło mnie to na, tyle, że przy jednym, czynnym policjancie przyhamowałem i zapytałem, dlaczego jest tak pusto.
Popatrzył na mnie nic niewyrażającymi oczami, następnie wypisał mandat na kilka dolców za tamowanie ruchu, którego nie było. Podarłem go na jego oczach a ten wypisał następny za zaśmiecanie miasta. Wepchnąłem go do jego kieszeni, oraz dodałem fiołki wyprasowane gorącem panującym w samochodzie. Nic nie było w stanie zmienić jego wzroku.
Mieszkała w dzielnicy ukochanej przez męty i cudzoziemców. Kiedy odwiedziłem sklep w pobliżu jej domu języki: litewski, szwedzki, polski mieszały się ze sobą tworząc całkiem przyjemną mieszankę wybuchową. Nie będąc pewny, jaki alkohol pije zatelefonowałem do niej.
- Jeżeli już musisz, to kup nową parę rajstop. Ostatnią potargał mi wiatr w ZOO, kiedy starałam się przekonać pewnego mężczyznę, by...
Poprosiłem o dwie pary, zapakowałem je w przeźroczysty papier i przewiązałem wstążką.
Winda nie działała, więc tych kilka pięter pokonałem prawie na czworaka. Drzwi do jej mieszkania były otwarte na oścież a ona sama siedziała na balkonie, nogi moczyła w miednicy po brzegi wypełnionej przeźroczystym płynem a kanarek tańczył na poręczy .
- Włóż je do lodówki - Porosiła.
Zajmowała cała kuchnię i z trudem udało mi się ją otworzyć. Była pusta, jeżeli nie liczyć zdjęcia Carlucciego w złotej ramce.
Kiedy wróciłem do pokoju siedziała już na łóżku, kanarek zniknął a balkon przysłonięty był dzikim winem.
- Czego się napijesz?
Miałem ochotę na podwójna wódkę z cytryną, ale powstrzymałem się prosząc o kawę.
- Czegoś takiego nie mam, kiedy wyprowadziłam się z syczącego jadem, rodzinnego domu.
Nie wiedziałem, jak mam z nią rozmawiać, ale sama przyszła mi z pomocą. Wstała z łóżka, podeszła do baru i nalała sobie porządnego drinka. Z gatunku tych, które nieprzyzwyczajonych potrafią rozłożyć w sekundzie.
- Nie pijaliśmy zbyt często razem, a jeżeli już to do dna.
Chyba miała na myśli Carlucciego. Przecież nie znałem nikogo z jej znajomych. Odepchnąłem dzikie wino i wyszedłem na balkon. Widok, jaki się z niego rozciągał zamurował mnie. Ocean i nic więcej.
- Właśnie dla tego widoku kazał mi trzymać tę norę.
Stałą za mną i czułem jej oddech. Wyciągnąłem rękę, ale nie udało mi się dotknąć oceanu.
- On też często tak robił. Byliście przyjaciółmi?

Wróciłem do pokoju, nalałem sobie dawkę, z której nawet kanarek nie byłby zadowolony i wypiłem.
- W zamierzchłej przeszłości chodziliśmy do jednej szkoły i kochali w tej samej nauczycielce - Dodałem, chyba na złość, tylko, komu?
- Od angielskiego?
- Można tak powiedzieć.
Zaczął padać rzęsisty deszcz i ocean, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zniknął. Nie byłem pewien, po co spotkałem się z tą kobietą, ale pomogła mi kolejny raz mówiąc:
- Nic nie wiem, prowadziłam tylko papierkową robotę i czasami wystawiałam rachunki. Jak wiesz Carlucci nie był typem, który lubi się zwierzać. Może jego żona wie coś więcej?
Zmartwiałem, ponieważ nie słyszałem, by Carlucci był żonaty. Zauważyła moje zaskoczenie i roześmiała się.
- Ja także dowiedziałam się o jego ślubie dopiero w kilka miesięcy po fakcie. Kiedyś ta jego bogata dupa wpadła do biura z pretensjami. I wszystko się wydało. Nie powiem, przystojna, do tego młoda i bogata, czego, niestety, nie można powiedzieć o mnie.
Zamilkła i przez kilka minut spoglądaliśmy na siebie w milczeniu. W tym czasie moja pusta szklanka wyschła na kość.
- Chyba sam dobrze wiesz, jaki był? Za nic nie lubił dzielić się informacjami. Gdyby to było możliwe pewnie nie przyznałby się nawet jak się nazywa. I ile ma lat.
Strzepnęła niewidoczny dla mnie pyłek kurzu z oparcia krzesła, wzrokiem wskazała na bar, ale odmówiłem. Będąc już przy drzwiach odwróciłem się i zapytałem, chociaż nie potrafiłbym wytłumaczyć, co mnie naszło:
- A przynajmniej wiesz jak nazywa się jego żona?
- Dorotea Harrison.
Sparaliżowany nie potrafiłem odkręcić zakrętki od butelki. Delikatnie wyjęła mi ją z ręki, do szklanki nalała spory łyk a następnie pomogła wszystko to przelać do gardła.
W tym samym momencie zastanawiałem się, dlaczego człowiek bawi się w jakieś głupie szklanki, gdy o wiele prościej byłoby pić prosto z butelki. I jak wielu niepotrzebnych ruchów dałoby się uniknąć, nie mówiąc już ani słowa o konwenansach.
- Znasz ją? - Zapytała, gdy tylko doszedłem do siebie na, tyle, iż potrafiłem zapalić papierosa.
- Dość przelotnie - Przyznałem zgodnie z prawdą.
- W takim razie należy się nam jajecznica z pomidorami, cebulą i czosnkiem. Po czymś takim można spokojnie dostać się na listę przebojów.
W jakieś pół godziny później siedzieliśmy przy stole zastawionym jedzeniem i butelkami piwa. Kanarek niestety odnalazł się, a piwo było zimne i mocne.
- Biedny Carlucci - pomyślałem - zaplątał się w coś, co go przerosło zamiast siedzieć na moim miejscu, pić piwo i gapić się na biust dziewczyny, która wcale nie miała zamiaru go ukrywać.
- O czym myślisz? - Zapytałem, kiedy cisza niebezpiecznie wydłużyła się do granicy, poza którą czeka już tylko małżeństwo. Piwo wygasło, kanarek poszedł spać.
- Pragnę tańczyć - Odpowiedziała, poderwała się na równe nogi, wybiegła do drugiego pokoju i po chwili wróciła z olbrzymim koszem na pranie, powrzucała do niego resztki jedzenia, talerze, sztućce a na końcu podlała ten cocktail kilkoma kroplami piwa.
- Sądzisz, że Hawana jest dla nas odpowiednia?
Kosz na pranie upchnęliśmy w najbliższej bramie, a kanarka tak po prostu zostawiliśmy na przystanku autobusowym.
- Teraz, kiedy Carlucci nie żyje nie jest już mi potrzebny.
- A poprzednio był?
Popatrzyła na mnie niby nic nierozumiejącymi oczami zamiast odpowiedziała.
- Nigdy się na tym nie zastanawiałam.
Hawana była przepełniona, ja także. Na szczęście zaraz po dopchaniu się do baru moja towarzyszka znikła. Zamówiłem whisky i popiłem ją piwem. Orkiestra nie próżnowała, więc szansa na rozmowę była żadna, ale nie przejmowałem się tym zbytnio. Rozmowa była ostatnim przystankiem, na którym chciałem wysiąść.
Gdzieś po pół godzinie samotnego sterczenia przy barze zacząłem rozglądać się za dziewczyną by powiedzieć jej do widzenia, kiedy nagle wśród tłumu zauważyłem twarz porucznika Scotta.
Oparty o ścianę bezmyślnie wpatrywał się w kawałek czyjejś nogi wystającej spod stolika. Podszedłem do niego i zapytałem:
- Przepijasz pieniądze zarobione po cichu, czy może premię za postęp w śledztwie?
Nie odpowiadając na moją zaczepkę silnie złapał mnie za ramię, wyciągnął przed knajpę, pchnął na maskę samochodu, pochylił nade mną i tak zwyczajnie, jakby się nic nie stało, napluł mi w twarz.
Roześmiałem się, on także, następnie wyciągnął chusteczkę i wytarł mi twarz. Długo i starannie, jakby od tej czynności miała zależeć cała jego przyszłość.
- Jesteś sam? - Zapytał, gdy z samochodu, o który byłem oparty wygramolił się zaspany właściciel i zaczął narzekać na hałasy, Scott uciszył go jednym, krótkim sierpowym.
- Tak jakby.
- Więc nic nie stoi na przeszkodzie by zmienić budę.
Przeszliśmy kilka prerii, jakąś rzeczkę aż w końcu prawie pod lasem jakiś neon zapraszał do środka, więc skorzystaliśmy. Kilka smutnych kurew rzuciło się na nas, ale kiedy rozpoznały Scott położyły uszy po sobie i wróciły do drzemki.

- Tak trzymać chłopcy - Zupełnie bez sensu powiedział Scott i nie czekając na pozwolenie wziął do ręki stojącą na barze butelkę i usiadł przy stoliku pod wielkim zdjęciem zwiędłego Elvisa.
- Ta speluna była ulubioną przystanią Carlucciego.
Nie za bardzo wiedziałem, co mam odpowiedzieć, więc milczałem. Po kolejnym odcinku wieczności dla bogatych dobiegło mnie ni to pytanie, ni stwierdzenie:
- Pewnie myślisz, że niezły ze mnie skurwysyn.
Zaprotestowałem, tak mocno, że jedna z drzemiących panienek poderwała się przypuszczając, iż nareszcie pojawił się ktoś z jajami.
- Przecież sam pracowałem w policji - Zupełnie nie miało sensu, co powiedziałem, ale Scott nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Wlał sobie prosto do gardła kilka łyków, otarł usta i próbował się uśmiechnąć.
- Pewnie dziwisz się, dlaczego zeznanie, które złożyłeś znikło? - Czknął, pochylił się i zwymiotował.
- Tak trzymać! - Zabzyczała jedna z mandarynkowych kurew ze szkocką flagą we włosach. Scott wystygł, usta otarł piwem.
- Obrzydliwy lokal, jak można wpuszczać tak niesympatycznych gości?
W kilka chwil później siedzieliśmy na krawężniku, w oddali polewaczka kreśliła na jezdni nieznane ludzkości figury geometryczne.
- Poproszono mnie o to panie obudzony o zmierzchu, więc nie mogłem odmówić - Nagle wrócił do przerwanej myśli - Była to propozycja z tych nie do odrzucenia.
Delikatnie wyjąłem mu butelkę z ręki, upiłem łyk a resztę wlałem do ścieku uważając, by ani kropelka nie zbrukała asfaltu.
- Mogłeś powiedzieć nie.
Zaczął się śmiać i w sekundzie wszystkie męty mieszkające w okolicy zleciały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Czasem bywasz rozbrajający - Rozgonił zbiegowisko używając do tego legitymacji służbowej - A na dodatek wylałeś zarekwirowany alkohol. Mogę zatrzymać cię na 48 godzin.
- Wszystko, co możesz mi zrobić to pocałować w dupę - wstałem - albo kupić nadmuchaną lalkę i wziąć z nią cichy ślub.
Zostawiłem go siedzącego na krawężniku i bezmyślnie patrzącego przed siebie. Po chwili nadjechała polewaczka i polała go strumieniem w kształcie orła. Nawet nie zareagował.
W Hawanie przerzedziło się na tyle bym mógł dojrzeć Vivian Harrison przytulającą się do jakiegoś idioty. Podszedłem do nich o rozwiązałem facetowi krawat. Był tak zszokowany, iż nawet nie zareagował.
- Marzysz o Las Vegas? - Wydukał nie wiadomo, dlaczego w kilka sekund później, gdy nie odchodziłem.
Wepchnąłem mu kilka dolarów do kieszeni i poprosiłem by odwiózł Vivian do domu.

- Natychmiast! - Krzyknąłem, gdy zaczął się zastanawiać. Wyszedłem za nimi i starałem się zapamiętać numery samochodu, którym odjechali. Zresztą nie wiem, po co.
Sekretarka Carlucciego siedziała w górnym barze i pewnie liczyła lata, które były już daleko za nią. Używała do tego palców, kieliszków i orzechów. Bez słowa usiadłem obok niej i skinąłem na barmana.
- Długo karzecie na siebie czekać - Mówiąc ten truizm nie oderwała wzroku od palców.
- Skąd ta liczba mnoga? - Whisky była ciepła i chyba zmieszana z rdzą, lecz byłem na tyle zmęczony, iż nie chciałem kolejnej kłótni. Tym razem z barmanem.
- Wszyscy jesteście jednakowi - Tym razem podniosła wzrok i popatrzyła mi w oczy.
- Podobno przyszliśmy tutaj tańczyć, a ty od razy znikłaś, więc...
- Przecież powiedziałam ci, że muszę znaleźć toaletę. Piwo działa na mnie jak kawa. Mogę do pić wyłącznie w pobliżu...
Wziąłem do ręki szklankę i przeniosłem się pod ścianę. Wstawał już świt i pierwsze promienie słońca zaczynały drażnić.
- Może pojedziemy do domu? - Zaproponowała a ja przez chwilę myślałem, iż słowa te wypowiedziała Vivian.
- Nie mam domu. Tych kilka ścian i ręczników nie można nazwać domem.
- Mówisz jak Johnny.
- Jak kto?
- Carlucci.
W samochodzie położyła głowę na moim ramieniu i momentalnie zasnęła. Przez moment zastanowiłem się, czy nie odwiedzić Ondraszka, poprosić go by oddał, co u niego zostawiłem a później nie wjechać na drogę B-64 i gdzieś po osiemnastu godzinach znaleźć się w Meksyku Dziewczyna prawdopodobnie nic przeciwko by nie miała, ale przypomniałem sobie, że przecież obowiązywał mnie kontrakt zawarty z panem Harrisonem dotyczący odnalezienia doktora Whita. Postanowiłem zatelefonować do niego w południe, oddać zaliczkę potrącają koszty i dopiero wtedy wyjechać, wcześniej spotykając się z Ondraszkiem.
Pod domem obudziłem dziewczynę, jeszcze spała a już patrzyła na mnie pytająco, czy pójdę z nią na górę, lecz gdy przecząco pokręciłem głową pocałowała mnie w policzek i z lekkim ociąganiem się, ale jednak ruszyła w stronę bramy. Nagle zatrzymała się, zawróciła.
- Koperta, którą wręczył ci Carlucci była pusta. - Patrzyła uważnie jak wiadomość ta na mnie podziała.
- Skąd wiesz? - Zapytałem jak uczeń czarnoksiężnika.
- Przecież, do cholery, byłam jego sekretarką, to coś tam wiem. Po drugie, gdy się czasami upijaliśmy i zostawał u mnie na noc nachodziły go chwile, w których musiał się wygadać. I właśnie podczas ostatniej takiej nocy powiedział, że po raz pierwszy zawiódł przyjaciela. Teraz jestem pewna, że to ciebie miał na myśli.
Więcej się nie obejrzała. Usłyszałem głuchy stukot, jaki wydają dobermany albo zamykane drzwi, a w chwilę później śpiewającego kanarka. Albo tak mi się wydawało.
Wracałem do domu nie spiesząc się. Próbowałem poukładać do kupy, co mi się przez ostatnie dni przytrafiło, lecz było to ponad siły.
Kilka przecznic od domu nie chcąc patrzeć w twarz Ondraszkowi zatrzymałem się przed pełnym jarmarcznie ubranych Portorykańczyków barem, zjadłem dwie grzanki z dżemem, wypiłem ze trzy filiżanki kawy i przyszło mi do głowy, iż gdybym był żonaty rozwód nie byłby złym rozwiązaniem.
Jak zwykle samochód zaparkowałem pod drzewem nie przejmując się, że w każdej chwili to może się przewrócić, wszedłem do windy i nacisnąłem przycisk odpowiadający numerowi piętra.
Tym razem nie było zdechłych fiołków zaczepionych o klamkę. Zamiast nich oparta o drzwi spała Vivian Harrison. Otworzyłem drzwi, wziąłem ją na ręce i zaniosłem do łóżka.

 

 

 

część II>>>

 

galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt


Copyright by "SZTUK PUK" 2001 - 2005 Kraków , Ryszard Bobek, Filip Konieczny