galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt

 

Roman Wysogląd - Oczy pełne snu

powieść kryminalna

 

Świat stworzony został o godzinie 9 rano czasu
Babilońskiego, 26 października roku 4004 p.n.e
Według kalendarza juliańskiego.
Jon Lightfoot ( 1694 )

Jerzemu Skarżyskiemu

część II

część I >>>

 

 

 

 

 

 

 

VIII.

 

Przed dziesiątą obudził nas jakiś idiota z zapytaniem ile biorę za odnalezienie zagubionego psa.
- Siedemset pięćdziesiąt dolarów plus oko właściciela - Po drugiej stronie słuchawki zapadło kłopotliwe milczenie, więc rzuciłem nią o ścianę.
- Nie jesteś zbyt miły dla ludzi w potrzebie - Oparta o ścianę Vivian patrzyła na mnie z podziwem.
- Nie mam czasu na głupstwa. Co chwilę słychać o rzekach, które wylały.
W chwilę później wstałem, nastawiłem kawę i wszedłem po prysznic. Kiedy po mniej więcej dwudziestu minutach wróciłem do pokoju zastałem ją siedzącą w takiej samej pozycji.
- Sama się sobie dziwię - Bąknęła na moje pytanie czy jest jej wygodnie.
- Masz rację - Nie wiadomo, dlaczego, ale zdenerwowała mnie - Lepiej było wylądować w łóżku z kretynem z Hawany.
- Przecież nic o nim nie wiesz, a już...
- I bardzo dobrze - Przerwałem jej, wróciłem do kuchni i nalałem kawy do nieśmiertelnego kubka wędrującego ze mną przez całe życie. Ale nie było mi dane wypić jej w samotności.
Usiadła naprzeciwko mnie, zapaliła i wyciągnęła rękę jakby chciała dostać napiwek.
- Zawrzyjmy pokój - Zaproponowała.
Wzdrygnąłem się.
Z kobietą nigdy. Odkąd w wieku trzech lat przekonałem się w jak bezczelny sposób kradniecie w piaskownicy wiaderka i łopatki pokój z kobietą nie wchodzi w rachubę.
- Przecież byłeś w niejednym związku? - W końcu nalała sobie kawy, ale nie przestawała nudzić.
- To o niczym nie świadczy. Facet, który na wojnie zabił człowieka nadal może uważać się za pacyfistę.
- Ale o brudnych rękach.
Przepełnioną popielniczkę ukryłem za framugą okna.
- Na szczęście brud wpisany jest w życie. Bez niego lata spędzone na tym padole byłyby nie do zniesienia. Poza tym brud jest napędem sztuki. Jak długo ludzie mogliby czytać powieści poświęcone wyłącznie zachodom słońca?
- Niektórzy wieki.
Popielniczkę szybko opróżnił wiatr, więc znowu położyłem ją na stole.
- I właśnie ci niektórzy dla mnie nie istnieją, jak ich świat, problemy i wszystko, co z nimi związane.
Przez chwilę milczała przypatrując się śladowi dłoni odbitemu na ścianie.
- Do kogo należy? - Zapytała patrząc na swoją rękę.
- Niejakiego Bogarta. Brał u mnie bezpłatne lekcje jak należy grać Marlowa.
- A ty niby skąd wiesz?
- Za dużo pytań jak na jedno popołudnie. Albo wracamy do łóżka, albo się wynosisz.
Rzuciła we mnie szklanką z resztką kawy, ale nie trafiła. Za to fusy dorysowały dłoni Bogata zarys sylwetki.
- Jesteś kawał chama.
- Nie pierwszy w rodzinie.
Zatrzymała się w połowie drogi do łazienki. Zdumienie na jej twarzy nie wiadomo, dlaczego skojarzyło mi się z protestami przeciwko polowaniu w Afryce na dziką zwierzynę.
- Kogo masz na myśli?
- Męża twojej siostrzyczki. Trochę go znałem, można powiedzieć, że nawet był moim przyjacielem.
Zawróciła, dotknęła mojego czoła i wypowiedziała jakąś głupotę o gorączce.
- To jednak prawda - upierałem się - a teraz obydwoje nie żyją.
Ciężko usiadła na krześle i przez kilka minut się nie odzywała. Kiedy w końcu otworzyła usta kolejny banał ujrzał światło dzienne.
- Dlaczego mi o nim nie opowiedziała?
- Nie było, czym się chwalić. Zdegenerowany niby dziennikarz z rubryki towarzyskiej w ciemnym szmatławcu, do tego bardziej szantażysta niż mężczyzna. Chodziliśmy do tej samej klasy i...
- Zamilcz w końcu! - Bardziej krzyknęła niż poprosiła, ale po chwili:
- Nie wiesz, kiedy się pobrali?
- Mam zamiar dowiedzieć się z najbardziej pewnego źródła, czyli...
-Czyli? - Wpatrywała się we mnie jak pies w Pytię.
- Zapytać o to twojego ojca.
Podniosłem słuchawkę telefonu, poprosiłem Vivian o ten najbardziej strzeżony numer i gdzieś po trzech minutach usłyszałem głos pana Harrisona. Przedstawiłem się.
- Odnalazłeś Whita? - Napadł na mnie zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
- Nie za bardzo go szukałem.
- A za co ci płacę? Może za...
Vivian wyrwała mi słuchawkę z ręki.
- Dobrze mnie pilnuje i...ko...
Zacząłem się śmiać jak koń, któremu zaproponowano rzeźnię. Vivian odłożyła słuchawkę i znikła w łazience. Podniosłem ten jakże martwy przedmiot i jeszcze raz wykręciłem numer Harrisonów. Odezwał się osobiście i to już po pierwszym sygnale.
- Co to za żarty? - Wrzasnął.
Miałem go dość, najchętniej podarłbym kontrakt, ale przecież szkolny kolega został zamordowany, więc...więc cichym głosem powiedziałem do słuchawki:
- To nie żarty panie Harrison. Przynajmniej z czekami dla pani White.
Zapanowała długa cisza przerywana jedynie odgłosami w pośpiechu przełykanej śliny.
- Co powiedziałeś? - Pewnie zapytało to echo, nie pan, Harrison, więc powtórzyłem a w kilka sekund później zaproponował, że chyba powinniśmy się spotkać.
- Właśnie w tej sprawie telefonuję. Czy godzina pierwsza w Dominikanie panu odpowiada?
Chwila chaotycznego wahania.
- Zgoda, ale przyjdź bez niej.
- Nie wiem, kogo ma pan na myśli?
- Nie bądź taki twardy. Dno rzek wybrukowane jest właśnie takimi, którym wydawało się...
- Jak dno rzeki może być wybrukowane? - Zapytałem, ale odpowiedziała mi cisza.
Vivian leżała w łóżku. Podszedłem i przykryłem ją kocem a na pytanie zawarte w jej wzroku odpowiedziałem:
- Nie lubię kochać się z obcymi.
- W nocy nie byłam obcą, a teraz jestem! Nic z tego nie rozumiem.
- Ja także.
Wydobyłem Wojnę i pokój i jak przypuszczałem po kilku minutach zasnąłem. Kiedy się obudziłem w pokoju nie było nikogo a zegarek wskazywał godzinę dwunastą. Zapaliłem i pomyślałem, dlaczego człowiek nie może żyć sam. Zaraz przyplącze się jakaś menda, która ubzdura sobie, że jest twoim ratunkiem.
Ondraszek rzucał lotkami w tarczę, do której przyklejonych było kilka fotografii zupełnie nieznanych mi ludzi.
- Za coś takiego w ojczyźnie dostałbym karę śmierci.
- To u was rzucanie lotkami jest zabronione?
Na siłę wepchnąłem w siebie grzankę z dżemem a jej nijaki smak próbowałem zmyć dwoma filiżankami kawy. Na trawniku za oknem jakiś starszy człowiek budował zamek z piasku. Zebrana wokół niego grupa fotoreporterów bez przerwy przesuwała się z miejsca na miejsce.
- Twierdzi, że jest Hemingwayem - Ondraszek głową wskazał na skwer.
- Nawet, gdyby to była prawda to, co? Już nie wolno człowiekowi robić, na co ma ochotę?
Ondraszek popatrzył na mnie z dezaprobatą a ostatnią lotką rzucił w drzwi wejściowe.
- Głupi jesteś, naturalnie, że wolno, ale nie Hemingwayowi. On przecież jest własnością nas wszystkich i ma siedzieć w domu i pisać a nie wygłupiać się.
- Moją własnością nie jest na sto procent.
Wykrzywił twarz w odruchu dezaprobaty.
- Chociaż raz żona miała rację. Kiedy jej o tobie opowiedziałem rozkazała mi trzymać się od ciebie z daleka. Przynosisz nieszczęście.
Wyszedłem przed bar, przeszedłem przez jezdnię nie zważając na samochody, a na skwerze przykucnąłem obok faceta próbującego zbudować zamek z piasku.
- Dlaczego uciekłeś ze szpitala?
Popatrzył na mnie wszystkowiedzącymi oczami, w których mieściła się prawie cała wiedza posiadana przez ludzkość.
- Fałszują owsiankę. Zamiast mleka dają wodę. Wytrzymałem czternaście lat, ale wszystko ma swój kres.
Podałem mu dłoń, uścisnął ją a ja byłem przekonany, iż powinienem był zostać z tym mądrym człowiekiem i bawić się w piaskownicy a nie iść na spotkanie z kimś, kto nazywa się Rex Harrison.
W Dominikanie ludzie obijali się o siebie jak piłeczki. Nie byłem w najlepszym humorze. Najpierw jakiś grzeczny czarnych nie chciał wpuścić mnie na parking twierdząc, że złomowisko znajduje się kilka przecznic dalej, następnie portier dziwnie mi się przyglądał, aż w końcu podszedł do mnie i zapytał, czego sobie życzę.
- Szczęście wszystkich ludzi.
- Spływaj stąd - usłyszałem w zamian - inaczej zawołam...
- Co ci się we mnie nie podoba?
Podskoczył jak oparzony, wyciągnął autentyczny gwizdek, ale nie zdecydował się na użycie go.
Zostawiłem go osłupiałego i zacząłem wspinać się po schodach, które na szczęście wkrótce się skończyły, ale wyrosła nowa przeszkoda.
- Rezerwował pan stolik? - Dziewczę było w wieku mojej matki. Na dodatek odbijają cię w jej okularach wyglądałem jak krokodyl.

- Nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą - ale raz już tutaj byłem.
- Chyba przez niedopatrzenie.
Tego było już za wiele. Nawet dla mnie, więc spokojnie oparłem się o ścianę i zacząłem ją drapać.
Zrobiło się małe zamieszanie, przybiegł kierownik sali, a za nim właściciel tej budy. Wytłumaczyłem im, kto na mnie czeka. Skrzywili się z niesmakiem nie smakiem i wysłali babę do kuchni. Poszedłem za nią, znalazłem czystą ścierkę i pomogłem zatamować łzy.
- Wygląd to jeszcze nie wszystko. Ja na przykład spotkałem dzisiaj Hemingwaya lepiącego zamki z piasku, który na dodatek uciekł ze szpitala dla wariatów.
Uśmiechnęła się, ja także. Z półki, przy której rozmawialiśmy zdjąłem butelkę mandarynowego Bolsa, odkręciłem i podałem kobiecie.
- Co pan robi najlepszego? Pan Castello wyrzuci mnie z pracy.
- Pan Castello może...napiłem się łyk i poczułem politurę zmieszaną z pastą do czyszczenia butów.
- Dobre? - Kobieta nie mogła opanować odruchu przełykania śliny.
- Spróbuj sama.
W jakiś czas później awansowała i zawsze witała się ze mną ilekroć pomyliłem drogę i ocknąłem się w Dominikanie.
Rex Harrison popatrzył na mnie z nienawiścią, kiedy w końcu usiadłem przy jego stoliku. Nie przywitał się ze mną, nie powiedział ani słowa tylko przyglądał mi się w nieskończoność, więc przywołałem kelnera i poprosiłem o piwo i szklankę whisky.
- Podaj mu Edi, ale pustą. Przy mnie nie będzie pił. Wynajęci przeze mnie ludzie nie mają prawa nawet do własnych słów.
Odsunąłem krzesło i wstałem.
- Czy wolno wykonywać czynności fizjologiczne?
- Na przykład pieprzyć moją córkę?
Popatrzyłem mu w oczy. Były zupełnie inne od oczu faceta ze skwerku bawiącego się w piasku.
- To lepsze niż pozbawić ją rozumu.
Edi dogonił mnie na schodach. Byłem przekonany, iż będzie szybszy.
- Pan, Rex naprawdę chce z tobą porozmawiać - Cedził słowa jak zły aktor szekspirowski role.
- Makaron wplątał ci się we włosy.
- Że co?
Wróciłem do stolika, ale nie powiedziałem ani słowa do chwili, gdy szklanka whisky nie pojawiła się na stoliku. Podniosłem ją i przelałem jej zawartość do wazonika z kwiatami. I dopiero wtedy zauważyłem leżącą przed Harrisonem złotą papierośnicę a w niej najzwyklejszą śliwkę. Milczeliśmy. Gdzieś w oddali ocean cieszył się swoją samotnością, czego ja niestety nie mogłem powiedzieć o sobie.

- Nie wykonałeś umowy, a zakładała ona odnalezienie doktora Whita - Słysząc głos Harrisona miałem uczucie jakby szczeżuja wkręcała mi się w nogę.
- Chcesz mu przypomnieć, że nie zapłacił miesięcznej raty za pobyt matki w domu starców?
Lekko zadrżał, ale natychmiast wrócił do równowagi, przesunął papierośnicę o kilka centymetrów w lewo i powiedział:
- Zrywam z tobą kontrakt. Ile wynosi odszkodowanie?
- Życie Carlucciego.
- Nie rozumiem.
Miałem go dość, więc opowiedziałem mu wszystko. No, może niezupełnie wszystko, ale przecież należy zostawić coś dla siebie.
Zacząłem od czeków, którymi płacono za pobyt matki Whita w domu starców, a które były podpisywane przez Harrisona, o przyjaźni z Carluccim, chociaż kiedyś tam nasze drogi rozeszły się, o jego małżeństwie z Doroteą i pechowym dla mnie poranku, kiedy znalazłem ją wciśniętą w krawężnik. Nie wiem tylko, dlaczego nie powiedziałem ani słowa o Katii, niby niani. Może już wzbudzał we mnie litość?
Przez kilka minut siedział bez ruchu, a kiedy uznał, iż należy wrócić do rzeczywistości wyciągnął rękę i tak po prostu zjadł śliwkę.
- Nie zjada się złotych śliwek - skarciłem go - można od tego dostać wiecznego zatwardzenia.
Zignorował mnie, jak niestety miało to w zwyczaju wielu ludzi.
- W jaki sposób dowiedziałeś się, kto płci na matkę Whita?
- Tajemnica zawodowa.
- Ach - Syknął i wyciągnął kwiaty z wazonika a wodę pomieszaną z whisky wlał do popielniczki.
- Popatrz, czym jesteś.
Nachyliłem się nad stołem, ale nic konkretnego nie zauważyłem. Powiedziałem mu to.
- Co za przyziemny typ, gdzie u ciebie poezja?
- Kiedy człowiek codziennie babra się w gównie zapomina o poezji. Na zawsze.
- Niestety - Sapał jak człowiek, któremu śni się coś złego. Wstał, ale by go jakoś zatrzymać powiedziałem cicho:
- Porucznik Scott nie jest w najlepszej formie, pewnie dostał za mało. I to go gnębi.
Usiadł z powrotem, przywołał kelnera i poprosił o rachunek, chociaż przecież nic nie zamówił. Pewnie chciał zapłacić za wodę spod kwiatków.
- Posłuchaj chłoptasiu - Zwrócił się w moim kierunku z uśmiechem przyklejonym do fałszywej twarzy - To, iż przespałeś się z Vivian do niczego jeszcze cię nie upoważnia, więc...
- Mam szczęście - Przerwałem mu, ponieważ nudził jak kobiety w pralni - Carlucci jako twój zięć nie miał go w ogóle. A tak na marginesie, jak długo byli

małżeństwem?
Nie zastanowił się, o co go pytam i odpowiedział automatycznie.
- Gdzieś ze trzy tygodnie - I dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę z gafy, którą popełnił. Posiedzenie było skończone.
- Najpóźniej za dwa dni otrzymasz czek - Odszedł nie popatrzywszy na mnie. Pozostał po nim słodki zapach kłamstwa, oraz moje głębokie przekonanie, iż wkrótce znowu się spotkamy.
Dochodziło wpół do trzeciej, gdy wróciłem do swojego świata. Wyleniałe bary, mroczne speluny, kobiety, które z niejednego garnka kaszę jadły. Albo przynajmniej w nią dmuchały.
By zmyć z siebie Harrisona wybrałem bar Rudego Jacka. Nikt nie wiedział skąd pochodzi, nawet on sam. Jak się kiedyś przyznał podejrzewał, że z Haiti, ponieważ, podobno, raz śniła mu się ta wyspa, ale po przebudzeniu nie pamiętał ani jednego obrazu.
Bezrobotni, drobni złodzieje, sprasowane kurwy tłoczyli się przy barze nadsłuchując rezultatów popołudniowych gonitw. Wziąłem piwo prosto z lodówki stojącej przy wejściu, i usiadłem pod oknem. Czułem, że nadchodzi burza, ale w żaden sposób nie mogłem się jej przeciwstawić.
Po drugim piwie zatelefonowałem do biura zleceń i dowiedziałem się, że jestem poszukiwany przez: sekretarkę Carlucciego, Vivian i Rexa Harrisonów, jakąś panią Collins oraz przez doktora Whita. Na milę pachniało to podstępem, lecz mimo wszystko poprosiłem o szczegóły. Było to zaledwie kilka cyfr numeru telefonicznego. Zapisałem go na gazecie i wróciłem do piwa. W tym momencie doktor White był od śmierci tylko o kilka przecznic. Tylko skąd mogłem o tym wiedzieć?
W godzinę później wróciłem do domu. Ten ktoś, kto czegoś tam u mnie szukał nie zadał sobie nawet trudu by tę wizytę zamaskować. W kilka minut przywróciłem wygląd mieszkania do jako takiego, nie podniosłem słuchawki, chociaż rozpaliła się do czerwoności, położyłem się i zasnąłem. I o dziwo śniła mi się wyspa Haiti.
Spałem półtorej godziny. Obudziłem się przestraszony myślą, że w tym czasie mógł umrzeć doktor White. Szybko wykręciłem tych cyfr zapisanych na kawałku gazety, ale nikt nie odpowiedział. Jakoś wstałem, dobrnąłem do kuchni, chciałem zaparzyć kawę, ale ta chyba się skończyła, ponieważ puszka, w której ją trzymałem okazała się pusta, ale nie do końca. Na jej dnie coś migotało, więc postawiłem puszkę na stole do góry dnem. Wytoczyła się śliwka, która leżała na złotej papierośnicy Harrisona, a którą on przecież zjadł.
- Mam temperaturę - pomyślałem - lecz kiedy dotknąłem śliwki ta okazała się prawdziwa.
Za oknem zapadał zmierzch. Jak zauroczony wpatrywałem się w zielone linie wymalowane na niebie. Podobnych nigdy w życiu nie widziałem, chociaż przez kilka lat wpatrywanie się w nie było moją jedyną rozrywką.
Wróciłem do kuchni, puszkę ze śliwką odstawiłem na półkę, dla pewności by znikła przyłożyłem ją Wojną i pokojem, znalazłem nie napoczętą paczkę Gaulasów bez filtra, pozostałość po pewnej przelotnej znajomości i po kilku sekundach zmagania się z jej otwarciem zapaliłem. Prawie natychmiast wrócił we mnie spokój oraz chęć działania. Ale to odłożyłem na później, wróciłem do nieba, ale teraz całe pokryte było piórami, jakby ktoś naumyślnie obskubał tysiące kaczek a ich pióra podstawił pod wentylator.
Nie wiem, dlaczego, ale przyszło mi do głowy, iż nie będzie głupim pomysłem ogolenie się i po chwili wyglądałem jak nowonarodzony, nawet założyłem krawat, lecz w dalszym ciągu brakowało powodu, dlaczego robię to wszystko.
Ten pojawił się po następnych dziesięciu minutach w postaci delikatnego pukania w drzwi. Z niechęcią przeszedłem tych kilkanaście kroków i otworzyłem je. Stała w nich kobieta jakby żywcem przeniesiona z innej epoki. Futro, okulary w złotej oprawce, krótko obcięte włosy oraz długa cygarniczka, w której błyszczał papieros.
- Myślę - Powiedziała uważnie wpatrując się w moją twarz - Ze nie trzyma się pan zbyt sztywno godzin przyjęć nabazgranych na tym kawałku dykty, dla uproszczenia zwanych drzwiami.
Dla podkreślenia tego, co mówi cygarniczką stuknęła we framugę, z której momentalnie odpadł kawałek czegoś tam.
Nie wpuściłem jej do mieszkania, ale ona widać nie zważała na takie drobiazgi gdyż nie czekając na zaproszenie ruszyła w moim kierunku, więc by uniknąć stratowania byłem zmuszony usunąć się jej z drogi.
- Och - Krzyknęła po przejściu kilku kroków - Jaki przyjemny bałagan.
Z krzesła zrzuciła jakiś szczegół mojej poprzedniej garderoby i usiadła.
Kątem oka zauważyłem, że niebo powróciło do swojego poprzedniego stanu, to znaczy znowu było pomalowane.
- Znajdzie się w tym lokalu whisky? - Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie, więc przyniosłem butelkę i jedną szklankę.
- Nie pije pan?
- Bardziej niż chętnie, ale nie z nieznajomymi.
Uśmiechnęła się, ale jakoś sztucznie i nalała sobie do szklanki dawkę zwaną w okolicach mojej młodości Strzałem Garibaldiego a w chwilę później pusta szklanka turlała się po podłodze tak, by wpaść do dołka numer sześć.
- Nie jest pan zbyt rozmowny, chociaż na mieście twierdzą coś przeciwnego.
Zdjąłem z półki butelkę kminkówki, odkręciłem i powąchałem. Poczułem ciepły zapach lata, oraz - nie wiedzieć, czemu - smród oddalającego się samochodu.
- Nie interesuje mnie, co o mnie mówią - skłamałem - przecież, do cholery, nie jestem już panną na wydaniu.
- A szkoda, akurat tak się składa, iż od dobrych dwóch lat nie miałam mężczyzny, więc...
Wziąłem ją delikatnie za ramię - by nie uszkodzić tej cennej porcelany - i wyrzuciłem za drzwi. Później długo myłem ręce zastanawiając się, gdzie do cho-

- lery nauczyłem się tak wyszukanych manier.
Po kwadransie otworzyłem drzwi. Stała oparta o ścianę, cygarniczka przechylała się w stronę windy.
- Jeżeli bardzo pani nalega to proszę wejść.
Oderwała się od ściany, przechodząc przez hal zdjęła buty a w pokoju bluzkę i spódnicę.
- Pewnie się zdziwisz, ale cholernie chce mi się spać...nie dokończyła myśli. Z szybkością, o którą jej nie podejrzewałem wskoczyła do łóżka i momentalnie zasnęła.
Zajrzałem do jej torebki. Była wyłożona taki samym aksamitem, co torebka Dorotei Harrison. Następnie zakręciłem butelkę whisky i zaniosłem ją do kuchni, założyłem marynarkę, popatrzyłem na śpiącą i wyszedłem.
Na szczęście ulice pozbyły się ludzi. Pozostali na niej jedynie tacy jak ja oraz poszukiwacze mocnych wrażeń, ale tych nigdy nie brakuje. Są jak brud za paznokciami.
Wsiadłem do mojego grata, nie wiadomo, po co nałożyłem okulary i w kilkanaście minut później znalazłem się - całkiem bezwiednie - przed Dominikaną. Zaparkowałem w miejscu przeznaczonym dla dostawców, co spotkało się z uznaniem w oczach portiera, i wszedłem. Od razu uderzył mnie ledwie wyczuwalny zapach podniecenia.
- Co się stało? - Zapytałem pedała masującego sobie nadgarstki.
- Ruscy polecieli w kosmos, ale niestety nie wszyscy.
Uczciłem to kieliszkiem francuskiego wina o smaku zgniłej cytryny, za który zapłaciłem majątek, wyszukałem wolny stół pod oknem i z ulgą przy nim usiadłem. Byłem pewien, iż przez najbliższe pół godziny nikt nie będzie mi przeszkadzał, więc miałem czas by minuta po minucie przemyśleć wszystko, co przydarzyło mi się od chwili znalezienia Dorotei Harrison przytulonej do krawężnika, aż do momentu, w którym skinąłem na barmana, a ten przyniósł mi szklankę.
- Pusta - Stwierdziłem wpatrując się w jej dno.
- By mieć prawo do zamówienia drinka należy okazać legitymację członkowską.
Parsknąłem śmiechem, szklankę wysłałem w pogoń za Ruskimi i wycedziłem:
- Jestem synem Rexa Harrisona, który właśnie wrócił z Kontynentu, moje siostry mają na imię Dorotea i Vivian, więc...
Nie wiem jak tego dokonał, ale w trzy sekundy później mogłem zamaczać usta w orzeźwiającym płynie.
- Bardzo przepraszam, ale tyle teraz kręci się tutaj obcych. Wczoraj jeden taki włożył szatniarce sikorkę do ręki.
Pogładziłem go po twarzy ceratową chusteczką. Skrzywił się, ale nie protestował.
- Już dobrze - uspokoiłem go - lepiej poradź mi, co mam zrobić z nieznajomą kobietą, która nieproszona wskakuje ci do łóżka.
Udawał, że się zastanawia, ale odpowiedź miał gotową. Jak na kursie.
- Ja takie odwracam twarzą do ściany, ściągam im majtki i...
Odszedł pozostawiając mnie w samotności. Ale nie cieszyłem się nią zbyt długo. Pijana Vivian Harrison padła na krzesło jak worek bezwartościowych kamieni rzuconych przez zdenerwowanego celnika. Momentalnie otrzepałem się jak kot, który złowił zdechłą mysz.
- Telefonowaliśmy do ciebie, znaczy ojciec, ale raczyło cię nie być w domu.
Przywołałem kelnera i poprosiłem by zaopiekował się pijaną siostrzyczką. Nie pytając ją o zgodę przerzucił ją sobie przez ramię i wyniósł na zaplecze a po kilku długich minutach wrócił z wiadomością, iż przyjechał po nią Chińczyk i zabrał do domu.
- Dobra robota - Pochwaliłem go i przeszedłem do górnego baru. Właśnie przerabiano go na coś przypominającego Piekło Dantego, więc szybko wyniosłem się do czegoś bardziej ludzkiego.
To coś było po prostu zwykłą speluną, w której czułem się o niebo lepiej i bezpiecznej niż w Dominikanie.
W jakiś czas później zatelefonował do siebie, ale nikt nie był łaskaw podnieść słuchawki, więc podłączyłem się pod bar i nie wiem jak wróciłem do domu.

 

IX.

Obudził mnie pocałunek. Leżałem na podłodze przykryty marynarką a pod głową miałem lewego buta.
- Nie lepiej było położyć się obok mnie i nigdzie nie wychodzić?
Podniesienie głowy i popatrzenie, z kim mam przyjemność przerastało moje siły, ale jakoś się zmobilizowałem.
- Przecież momentalnie zasnęłaś - Bolał mnie kark, głowa i cała reszta.
- Ale mam bardzo lekki sen. Reaguję na każde dotkniecie, nawet, kiedy jestem śmiertelnie zmęczona. To jak z flamandzkim malarstwem. Im więcej niewiadomego tym lepiej.
Wstałem i jakoś doczołgałem się do fotela. Dziewczyna przyniosła mi szklankę wody i z rozbrajającą szczerością powiedziała:
- Należy mi się czterdzieści dolarów, chociaż nie skorzystałeś z moich uroków.
Widać moja mina dała jej trochę do myślenia, gdyż wyciągnęła z torebki kawałek zardzewiałego papieru i chwilę się w niego wpatrywała zanim nie syknęła:
- Do diabła, chyba pomyliłam piętra. Na którym mieszkasz?
Odpowiedziałem jej, chociaż nie byłem pewien. Przynajmniej tego poranka.
- Czyli, wygląda, że następną pracę mam z głowy. Na dobre jeszcze jej nie zaczęłam a już po wszystkim. A miałeś być moim pierwszym klientem.
Otworzyłem okno. Gwar dnia powszedniego był jednak nie do zniesienia, więc natychmiast go zamknąłem.
- Szkodzi ci świeże powietrze?
Miałem jej dość i już miałem to powiedzieć, gdy nagle drzwi się otworzyły - prawdopodobnie w nocy zapomniałem je zamknąć - i stanęła w nich Vivian.
Popatrzyła na pół nagą kobietę siedzącą na łóżku, zaczerwieniła się i wyciągnęła palec, jakby chciała mnie nim napiętnować.
- A ja głupia miałam zamiar podziękować ci za wczoraj. Li oraz barman, do którego zatelefonowałam wszystko mi opowiedział. Jaki byłeś opiekuńczy. A ty, w ten sposób...Oparła się o ścianę i rozpłakała.
- Nic tutaj po mnie - Dziewczyna w sekundzie była ubrana - Na stole zostawiłam wizytówkę, jak przyjdzie ci ochota na coś nieprzewidzialnego zadzwoń. Jednak nie wcześniej jak po piątej. Do tej godziny w bibliotekach zgłębiam tajemnicę średniowiecza.
Kiedy przechodziła, obok Vivian ta, tak po prostu, dotknęła jej futra. Wyszedłem za nią na korytarz i dyskretnie wręczyłem pięćdziesiątkę, a na pytanie, po co to robię głupio odpowiedziałem, że walczę z bezrobociem.
Gdy wróciłem do pokoju naga Vivian leżała na łóżku a jej ubranie porozrzucane po całym pokoju przypominało wczorajszą wizytę nieproszonego gościa.
- Zamienił jedną kurwę na drugą - Próbowała się uśmiechnąć, ale zupełnie sobie z tym nie poradziła.
Cóż mogłem zrobić? Rozłożyłem szachownicę i zacząłem rozgrywać jeden z wariantów obrony Rodriqeza.
- Nie masz na mnie ochoty? - Widać zmarzła, ponieważ zaczynała przypominać człowieka.
- To nie tak- odpowiedziałem nie patrząc na nią - lubię kobiety, ale tylko te, które muszę zdobywać. Kobiety łatwe są jak książka kryminalna chociażby jednego trupa. Mówiąc krótko: są oszukaństwem. Na przykład Chandler w jednym z listów do przyjaciela uskarża się, iż napisał już ponad trzydzieści stron a jeszcze nikt nikogo nie zabił.
- Nie rozumiem cię.
Nie powiedziała nic nowego, ponieważ ja także siebie nie rozumiałem.
Podniosłem słuchawkę, ale i tym razem doktor White się nie zgłosił. Zadzwoniłem na informację i dowiedziałem się, który to hotel.
- Możesz z godzinkę poczekać?
Odparła, że może czekać na mnie i wiek, więc zmieniłem ubranie, przepłukałem usta i wyszedłem.
Hotel o dość dziwnej nazwie Stara Pluskwa mieścił się po drugiej stronie miasta a swoją nazwę zawdzięczał Irlandczykom, którzy przed laty zbudowali go jako pomnik, czy też symbol obecności w tym kraju.
Zapytałem portiera o doktora Whita. Trochę za szybko podał mi numer pokoju, lecz kac oraz przeżycia poranka stępiły mój zwykle ostry zmysł wczesnego ostrzegania. Jakoś wdrapałem się na trzecie piętro i zapukałem w drzwi oznaczone mosiężną blaszką z cyfrą 7. Usłyszałem słowa zapraszające do środka

wypowiedziane męskim głosem, więc nacisnąłem klamkę i wszedłem w mrok. Kiedy po kilku minutach wzrok przyzwyczaił się do ciemności zauważyłem postać siedzącą przy stole, a za moment rozbłysło światło i oślepiło mnie, drzwi się zamknęły, widać ktoś przy nich stał.
- Siadaj chłoptasiu - Głos wydawał mi się znajomy a przy tym stanowczy, więc usiadłem i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, iż mówi do mnie kobieta, która spędziła noc w moim łóżku a pięćdziesiątka, którą jej z litości podarowałem leży na stole lekko poruszając się, jakby ktoś z boku cały czas na nią dmuchał.
- Jak na mnie wszystko to jest za bardzo zagmatwane - Usłyszałem siebie mówiącego, kobieta chyba uśmiechnęła się a nagi, zupełnie pozbawiony sierści kot niespodziewanie wskoczył mi na kolana. Wzdrygnąłem się.
- Nie lubisz zwierząt? - Głos za mną należał do mężczyzny, chciałem się odwrócić, lecz jego dłoń przytrzymała mój kark.
- Lepiej będzie, jeżeli nie zobaczysz mojej twarzy.
-Dlaczego? - Zdałem sobie sprawę, iż za dużo pytań jak na jeden poranek.
-Ponieważ ten, kto widzi - błądzi.
Zapadła, więc cisza przerywana jedynie sapaniem mężczyzny stojącego za mną, oraz odgłosem, który wydaje talia tasowanych kart.
- Chyba nie masz zamiaru stawiać pasjansa? - Zapytał kobiety lekko poruszony.
Momentalnie podniosła na niego wzrok i dopiero w tym momencie zrozumiałem, że to ona rządzi.
-Dlaczego nie? Przecież nigdzie się nie spieszymy. Wszystkie rachunki są uregulowane, Ruscy w kosmosie mają się dobrze, a zasobność społeczeństwa wzrasta.
- Niby masz rację, ale...
- Nie ma żadnego, ale. Jest tylko śmierć, lecz w jej objęcia zawsze, i w każdym punkcie na ziemi, zdążymy, więc, w czym tkwi problem?
Facet nie odpowiedział, więc kobieta zaczęła układać pasjansa zwanego gwiaździsty. Poruszyłem się na krześle, lecz nic to nie dało. Nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi.
- Miejsce do parkowania opłaciłem tylko na godzinę i sępy mogą zacząć mnie szukać.
Kiwnęła głową na mężczyznę i ten chyba zniknął, ponieważ usłyszałem cichy odgłos zamykanych drzwi.
Wtedy kobieta rzuciła kartami o stół, wstała i podeszła do mnie. Delikatnie, by nie naruszać równowagi podobno panującej w przyrodzie podłożyłem jej nogę i w sekundę później leżała na podłodze ze związanymi rękami. Użyłem do tego szalika, który nie wiadomo, dlaczego leżał na stole obok kart.
Kilka minut czekałem na mężczyznę, a kiedy w końcu ten otworzył drzwi uderzyłem go z całych sił w twarz i po chwili leżał obok kobiety na podłodze.
Usiadłem przy stole, poukładałem rozrzucone karty i dokończyłem pasjansa, chociaż kobieta popełniła w nim kilka podstawowych błędów.

Było mi zupełnie obojętne, dla kogo pracują, ale, by później nie mieć do siebie pretensji, pomogłem mężczyźnie podnieść się i oparłem go o ścianę.
- Tak oto kończą się marzenia - Powiedziałem i włożyłem rękę do kieszeni.
-Co masz zamiar zrobić? - Zawył przerażony.
- Kiedyś widziałem film. Przez dwie godziny jakiś zasrany francuski reżyser kazał nam wpatrywać się w plażę, na której bawiły się dzieci.
Jego oczy miały kolor zepsutej musztardy.
-Co ten film ma wspólnego ze mną?
- Nic.
Musztarda przemieniła się w strach. Aż się roześmiałem.
- Doktor White? - Miałem już dość tej karuzeli i postanowiłem się wycofać.
- Pierwszy raz słyszę to nazwisko - Był szybszy niż karabin.
Wierzyłem mu, zresztą nie wiem, dlaczego. Zapaliłem papierosa i wepchnąłem mu w usta. Natychmiast wypluł go, pewnie nie palił. Podniosłem papierosa z podłogi i wrzuciłem do kieszeni jego marynarki.
- W takim razie, po co czekaliście na mnie?
Spojrzał na kobietę, ale ta zamknęła oczy jakby się bała słońca, miłości czy diabli wiedzą, czego jeszcze.
- Możesz mi nie wierzyć, ale z tym wampirem - wskazał na podłogę - nie mamy, z czego żyć, więc łapiemy wszystko by jakoś związać koniec z końcem. Czasami - zawahał się - postępuję nie jak dżentelmen, a te zwłoki wystają na roku Jedenastej Alei.
Wzbudzili we mnie odruch wymiotny, więc podszedłem do faceta, rozwiązałem mu ręce, do pięćdziesięciu dolarów leżących na stole dołożyłem jeszcze dwadzieścia i wyszedłem. Poczułem olbrzymią ulgę, jak w dniu, kiedy listonosz przyniósł list adresowany nie do mnie.
W najbliższym sklepie kupiłem płyn do przepłukiwania gardła, wsiadłem do samochodu, i zacząłem myśleć o ludziach zupełnie do siebie niepasujących, którzy potrafią zadręczać się latami.
Na szczęście sam nie należałem do nich, więc podjechałem pod redakcję, w której pracował, Carlucci i zapytałem, gdzie mogę znaleźć jego sekretarkę.
- Na Florydzie - odpowiedział portier - tego typu kobiety nie czekają nawet aż ziemia na grobie wyschnie a już trzymają rękę w nowym rozporku.
- Chyba nie wszystkie? - Zaprotestowałem.
- Słyszałeś, chociaż o jednej, która wytrzymała z miesiąc?
Nie wypadało mi go rozczarować, więc przecząco pokręciłem głową. Z radości wręczył mi ostatnie wydanie gazety z tylko prawdziwymi horoskopami.
Dochodziła pierwsza, kiedy zaparkowałem przed domem. Kasztany rozkwitły, koreańskie dzieci przypiekały szczura na wolnym ogniu. Podszedłem do nich i zapytałem, dlaczego to robią.
- Ugryzł naszą babcię, gdy spała.
- Czy na pewno ten? - Nie dawałem za wygraną.
-Jakie to ma znaczenie? - Odpowiedział najbardziej rozgarnięty z nich - przecież obowiązuje coś takiego jak odpowiedzialność zbiorowa.
Wyciągnął rękę po papierosa, ale ominąłem go jakby był powietrzem i wszedłem do ciemnego korytarza. Jakoś dotarłem do winy, nacisnąłem odpowiedni guzik i dopiero wtedy zauważyłem zdjęcie przyklejone do rozbitego lustra. Przedstawiało mnie jak wychodzę z gmachu policji w towarzystwie porucznika Scotta.
Oderwałem go i schowałem do kieszeni. Vivian nadał spała, więc by jej nie budzić przeniosłem szachownicę do kuchni, odsunąłem talerze, których prawdopodobnie używała i na pół godziny oddałem się we władanie sił o wiele przewyższających nasze ziemskie uczucia.

 

X.

 

Zadzwonił telefon i obudził Vivian. Wstała, podniosła słuchawkę a kiedy mnie zauważyła zdziwienie odbiło się na jej twarzy, ale bez słowa podała mi słuchawkę.
Jakaś pani Rolison chciała zamówić wizytę na jutrzejszy poranek. Nie miałem nic przeciwko, nawet, kiedy dodała, iż na lewej nodze zrobił się jej potężny czyrak.
-Kiedy wróciłeś? - Zapytała Vivian, gdy tylko odłożyłem słuchawkę, ale nie odpowiedziałem, wróciłem do kuchni i dałem sobie mata w trzech posunięciach.
- Chyba o coś pytałam? - Stała w drzwiach w mojej najlepszej koszuli i zupełnie nie interesował ją fakt, iż nie chcę z nią rozmawiać.
- Guzik mnie to obchodzi - Zacząłem składać szachownicę, ale podeszła do mnie i wytrąciła mi ją z ręki. Bez słowa pozbierałem z podłogi kilka figur i pionków, schowałem je do lodówki i ze szklanką whisky rozcieńczoną colą wróciłem do pokoju i usiadłem w fotelu.
- Mam cię dość - Cedziłem słowa by jakieś niepotrzebne nie wyskoczyło jak Filip z konopi - Wracaj do świata, w którym jest twoje miejsce, a mnie pozwól zajmować się waszymi brudami, które podobni twojemu ojcu produkują szybciej niż wzrasta przyrost naturalny.
-Co się tyczy ojca - Wyjęła szarą kopertę i rzuciła mi ją na kolana - Oto czek oraz rozwiązanie kontraktu. Teraz możemy pobrać się bez przeszkód.
O mało się nie udławiłem. Minęła dłuższa chwila zanim doszedłem do siebie.
- Nie po to wyleczyłem się z robaków by na nowo jej mieć - Widać nie zrozumiała, co miałem na myśli, gdyż zastygła w połowie drogi do łazienki - Kiedy byłem związany z kobietą robaki atakowały mój organizm bez przerwy, ale kiedy tylko stałem się człowiekiem samotnym wyparowały, więc nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby się jeszcze raz nabrać na ten sam numer.
Kiedy znikła w łazience pozbierałem jej rzeczy, upchałem do papierowej torby i wystawiłem na korytarz. To samo uczyniłem z Vivian, kiedy tylko pojawiła się na powrót. Nie interesowało mnie dobijanie się do drzwi. Znowu byłem sam, i to liczyło się najbardziej.
Usiadłem przy stole i zrobiłem szybki bilans ostatnich dni. Czterdzieści tysięcy dolarów schowanych u Ondraszka, koperta z czekiem na nieznaną mi sumę, dwie kobiety, z których jedną znałem, oraz przyjaciel zamordowani z zimną krwią. Przez? Nie wiedziałem. By ukryć przed sobą bezradność otworzyłem kopertę, którą Vivian rzuciła mi na kolana i po chwili zdumiony wpatrywałem się w zdjęcie. Identyczne z tym odklejonym od lustra. Żadnego czeku w kopercie nie było, a tym a bardziej potwierdzenia zerwania przez Harrisona kontraktu na odnalezienie Whita.
Wybiegłem na korytarz, ale naturalnie nie zastałem już na nim Vivian. Jakby w jej zastępstwie, nawet przyjemnie prezentujący się chłoptaś mył zęby a zamiast szczoteczki używał palca. Brązowy, postrzępiony grzebień wbił w ścianę.
- Mam randkę piętro wyżej - Nie wiadomo, po co usprawiedliwiał się, chociaż nie był pierwszym, który pomylił piętra.
- Nie spotkałeś przypadkiem ubierającej się damy? - Zapytałem mając nadzieję, że przeistoczy się w Vivian.
Popatrzył na mnie wzrokiem, jaki dotychczas widziałem tylko raz. Tak spoglądała na mnie kobieta, której zaproponowałem małżeństwo.
- Chcesz powiedzieć, że wyrzuciłeś nagą kobietę na korytarz? - Zdziwienie pomieszane z podziwem.
- Nie była całkiem naga. Miała na sobie moją najlepszą koszulę i...
-Ale dlaczego? - Nie pozwolił mi dokończyć zdania.
- Upierała się, że Proust jest nie do czytania.
- A jest?
- Skąd mam o tym wiedzieć? - Zostawiłem go kompletnie osłupiałego i wróciłem do zdjęcia. Kiedy patrzyłem na twarz porucznika Scotta przyszła mi do głowy pewna myśl. Przecież nigdy w życiu nie wychodziłem z gmachy policji w towarzystwie Scotta. Zdjęcie musiało być fotomontażem. Natychmiast zatelefonowałem na jego służbowy numer, ale miły głosik jakiejś idiotki wypluł z siebie, że Scott jest na długim, bezpłatnym urlopie.
-Ale przecież do cholery, gdzieś musi się znajdować - Krzyknąłem.
- To podobno wolny kraj chłopcze - W sekundzie głos zamienił się w starczy rechot - I każdy może robić, co mu się podoba, naturalnie do pewnej granicy. Nie może wkładać żabą palca do...
Chciałem powiedzieć jej coś miłego, ale po namyśle zrezygnowałem. Na pewno na nadmiar komplementów nie mogła narzekać.
W chwilę później - chociaż zupełnie zgubiłem poczucie czasu - popatrzyłem na zegarek i poczułem głód. Nałożyłem przeciwsłoneczne okulary, jako przekąskę zapaliłem papierosa i wybrałem się do Ondraszka.
Stał za barem uśmiechnięty jak dziecko, które z najwyższej półki ukradło Kaczora Donalda. Usiadłem naprzeciwko niego i przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w wiszący nad nim miecz. Był długi na około trzy metry, niespotykanie szeroki i wydawał mi się trochę zakrwawiony. Zapytałem o tę krew, ale odparł, iż chyba mam halucynacje.
- Masz rację - zgodziłem się bez bicia - prześladuje mnie poczucie zagubienia gdzieś od kilkunastu lat.
Zdegustowany, ale jakby zarazem smutny popatrzył na mnie z dezaprobatą.
- Po co mi o tym opowiadasz? Moim zadaniem jest smażyć steki a nie wysłuchiwać miauczenia nieudaczników. Co zamawiasz?
Z pojemnika wyjąłem bułkę z czili, starannie wytarłem nos i wyszedłem. Zapadł zmierzch. Ludzie przemykali się pod murami jakby bali się umrzeć na środku chodnika. Kilka kolorowych wron stepowało na najbliższym skrzyżowaniu a tłustawy sztukmistrz próbował pozbierać porozrzucane po chodniku insygnia swojej władzy.
Wyminąłem go nie reagując na prośbę o pomoc, odszukałem samochód i zastanowiłem się, dokąd jechać. Możliwości było kilka, przynajmniej ile stron świata, ale wybrałem półśrodek. Wróciłem do mieszkania, odkręciłem butelkę i zasiadłem nad szachownicą. Miałem pewność graniczącą z bólem, iż w przeciągu kilku minut ktoś mnie odwiedzi. I po raz kolejny intuicja nie zawiodła.
Kapitan Sharp miał na sobie letni strój podstarzałego amanta, fioletowe buty za skóry jakiegoś tropikalnego zwierzęcia, a do tego złoty sygnet na małym palcu.
- Wybierasz się na ryby?
Zgłupiał, podał na fotel i zażądał piwa. W zamian nalałem porządnego kielicha, nawet nie zauważył różnicy w zamówieniu, upił łyk, skrzywił się, lecz był dżentelmenem i nie zapytał, co za świństwo mu podałem.
- Mam pewien kłopot - Powiedział po chwili przyjemnego milczenia.
- Wiem, ze Scottem.
Wykonał ruch ręką jak człowiek idący na dno, ale szybko się opanował i nie zapytał skąd wiem. Postanowiłem przyjść mu z pomocą.
- Zadzwoniłem do niego, ale poinformowano mnie, iż wziął urlop. Z tego można wyciągnąć łatwy wniosek, iż coś nie gra. Tylko, w której orkiestrze?
- Po prostu zniknął - Sharp był nadzwyczaj konkretny, więc by odwzajemnić zaufanie opowiedziałem jak kilka dni temu odwiozłem pijanego Scott do domu.
- Widać już wtedy zalewał robaka.
Nagle przypomniałem sobie zdjęcia, których w ostatnich godzinach stałem się właścicielem, a które przedstawiały, Scotta i mnie, gdy opuszczamy budynek policji. Jedno z nich położyłem przed Sharpem.
-Co to jest? - Zapytał sięgając po okulary.
- Jakby zdjęcie ślubne. Moje i Scotta. Wygląda jakby gra właśnie się rozpoczęła, tylko nie wiem, kto sędziuje.
Nie wziął zdjęcia do ręki, co trochę mnie zdziwiło.
- My także nie wiemy, chociaż wszystkie poszlaki wskazują, że to ty rozdajesz karty, więc najpierw nalej mi jeszcze trochę tego świństwa - wskazał na pustą szklankę - a następnie opowiedz trochę więcej niż wiesz. Moja wizyta jest prywatna, nikt nie będzie stenografował ani...
- Nigdy nie ma takiej pewności.
Uśmiechnął się i odsłonił poły marynarki jakby chciał udowodnić, że nie ma ze sobą żadnego magnetofonu.
- Naturalnie, ale to twoja jedyna szansa, która ci jeszcze pozostała.
Czy miałem inne wyjście? Przyniosłem szklankę dla siebie, lód i jak w małżeńskim łóżku w noc poślubną opowiedziałem mniej więcej wszystko. Słuchał uważnie, nie przerywał, a kiedy skończyłem podszedł do okna i otworzył je. Wpadło trochę zgniłego powietrza, ptak o kolorze firanek, ale szybko znikł w kuchni. Może zabrał się za sprzątanie?
- Masz życie trochę skomplikowane. Jak na mój gust za dużo w nim wódy, kobiet i trupów.
- Takie czasy - Wstałem, zamknąłem okno i przyniosłem nowy pojemnik z lodem. Przez kilka minut popijaliśmy w milczeniu, a gdy już byłem przekonany, iż pozostaniemy tak na wieki odezwał się, cicho, że ledwie zrozumiałem.
- Zaczynamy od Whita, nieco później postaramy się dowiedzieć, co stało się ze Scottem. A ty w tym czasie wyśpij się, pozałatwiaj sprawy sercowe i - jeżeli to możliwe - nie wtrącaj się.
-Czyli coś na kształt emerytury?
Nie odpowiedział na zaczepkę, więc poczułem się zwolniony od trzymania się z daleka od sprawy. Poza tym formalnie dalej pracowałem dla Harrisona, ponieważ żadne zerwanie kontraktu do mnie nie dotarło.
Kiedy usiłowałem wypędzić ptaka z kuchni zadzwonił telefon, ale nie podniosłem słuchawki. Na wszystko miałem ochotę tylko nie na rozmowę z Vivian.
Nie wiadomo, dlaczego ubzdurałem sobie, że za godzinę i tak spotkam ją w Hawanie, ale przeliczyłem się. Kiedy się tam pojawiłem nie tylko nie spotkałem Vivian, ale też nikogo ze znajomych. Trochę rozczarowany odwiedziłem bar i poprosiłem o podwójną whisky, upiłem łyk, oparłem o ścianę i zacząłem spekulować czy umrę we własnym łóżku.
Niestety nie doszedłem do żadnych konkretnych wniosków, ponieważ kobieta, która obok mnie stanęła dotknęła mojej ręki.
- Nudzi ci się?
- Nie za bardzo. Właśnie usiłuję wymyślić imię dla chłopca.
- Może ci w tym pomóc?
Wyglądała na cudzoziemkę, zapytałem ją o to a ona skinęła na barmana i po chwili stolik, do którego przenieśliśmy się zastawiony był alkoholem jak mównica mikrofonami. Okazało się, że panienka wydaje spadek odziedziczony po mężu.
- Nawet nie zdążył porządnie mnie wytarmosić a już wyciągnął kopyta. Rodzina ostrzegała go, iż w jego wieku nie powinien brać młodej siksy, ale jej nie słuchał.
- Ile miał lat?
- Dwadzieścia osiem.

Nic z tego nie rozumiałem, ale z rozkoszą słuchałem jej szczebiotania od czasu do czasu przepłukując usta coraz to innym gatunkiem alkoholu.
- Sprzątałam u jego mamusi i któregoś dnia - gdy stara była na aukcji u Sheparda - wszedł do mojej służbówki w samych tylko majtkach, ale za to z setką róż. Kiedy zabrał się za rozpinanie stanika zażartowałam, iż bez ślubu nie smakuje jak powinno i w trzy tygodnie później i ja chodziłam do Sheparda, nie wiem tylko, po co? Niestety biedaczek wykończony był przez pieniądze, naukę i narkotyki i w kilka dni po nocy poślubnej wyciągnął kopytka. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest, iż jego matka nadal żąda bym przychodziła do niej sprzątać, chociaż teraz jestem od niej o wiele bogatsza.
- Nie umyć ci pleców? - Zapytała, gdy zwiedzaliśmy trzecią z kolei knajpę, wysublimowany zabytek kultury neogotyckiej - Podobno jestem w tym dobra.
Nawet nie zdążyłem odpowiedzieć, ponieważ zdałem sobie sprawę, że stojący przy drzwiach facet przypatruje mi się zbyt długo jak na tę porę nocy. Podszedłem do niego. Lekko się zaniepokoił i nerwowym ruchem przejechał dłonią po byłych włosach. Nie miał ochoty na rozmowę, ale namówiłem go na nią delikatnym argumentem, który przeważnie skutkuje. I okazało się, iż wynajęła go pani Vivian Harrison by się mną opiekował.
Postawiłem mu drinka i wzruszony postanowiłem obmyć twarz pełną łez. W toalecie dwóch mężczyzn czule się obejmowało sprawdzając w lustrze wszy -
-stkie możliwe kombinacje. Zniesmaczony próbowałem wyminąć ich, ale zaproponowalibym się do nich podłączył.
- Niestety, ale nie mogę, ponieważ cierpię na psychiczną odmianę choroby wenerycznej - nie poskutkowało, jeden z nich objął mnie i przytulił do wyperfumowanej piersi - w łóżku kochankom obcinam fujary.
Odskoczyli jak oparzeni krzycząc coś o konwencji genewskiej podobno zabraniającej dyskryminacji seksualnej.
Zatrzasnąłem za sobą drzwi jakbym zamykał bramy piekła i pociągnąłem potężny łyk z piersiówki, chociaż na stole stała roczna produkcja średniej wielkości gorzelni. Ale lubię popijać w samotności.
Kiedy znowu znalazłem się przy stoliku dziewczyna malowała kelnerce powieki na zielono.
- Byłam pewna, że już nie wrócisz - Odłożyła pędzel, ale w zamian złapała mnie za rękę - Nie masz ochoty zobaczyć jak mieszkam?
Nie miałem i powiedziałem to. Spłynęło po niej jak po kaczce, ale ponieważ należała do upierdliwych postanowiła, że w takim razie wylądujemy u mnie.
- Jestem żonaty - Próbowałem się bronić.
- Nie chrzań, o tej porze żonaci śpią.
Skinęła na barmana, wepchnęła mu w spoconą dłoń kilka banknotów, którymi można odkupić nawet najcięższy grzech. Kiedy zatrzymaliśmy się przed moim gratem nagle zaniemówiła, ale nie dając po sobie poznać strachu wsiadła, lecz przez całą drogę trzymała się wyimaginowanego uchwytu mającego jej niby pomóc w razie rozsypania się na tysiące drobnych części tej ekskluzywnej limuzycy rodem z mitycznej przeszłości.
-Czym się zajmujesz? - Usiłowała odwrócić swoją uwagę od strachu. Jechałem możliwie najdalszą drogą mając nadzieję, iż się zniechęci i wysiądzie.
- Grzebię w ludzkiej psychice, ale częściej w nich samych.
-Czyli jesteś lekarzem - Podskoczyła nie wiadomo, z czego zadowolona.
Nie protestowałem, jakie to miało znaczenie? Dochodziła druga i każde kłamstwo było prawdą. Albo na odwrót.
Kiedy w kilka godzin później wyszła z mieszkania zrobiło się jakoś cicho i przytulnie, chociaż nad łóżkiem wytatuowała jakiś numer telefonu twierdząc, iż ile razy na niego spojrzę przyjdzie mi ochota. Nie powiedziała tylko, na co?
- Przepraszam, że tak wcześnie cię opuszczam, ale ta krowa ( pewnie miała na myśli teściową) ma w zwyczaju kilka minut po ósmej sprawdzać czy jestem w łóżku, a jak twierdzi adwokat powinnam prowadzić się przyzwoicie, przez co najmniej miesiąc zanim wyrok przyznający mi pieniądze się nie uprawomocni.
Pocałowała mnie i znikła. Przez chwilę leżałem bez ruchu zastanawiając się czy był to tylko sen, lecz kiedy popatrzyłem na ścianę wygrawerowanymi cyframi przestałem mieć wątpliwości. Uderzyło mnie tylko jedno, nie przedstawiła się.
Wstałem, przeszedłem do hollu i podniosłem korespondencję. Jak zwykle rachunki, reklamy, i - o dziwo - list. Powąchałem go. Pachniał kłopotami, więc przeczytanie zostawiłem na stosowniejszą chwilę.
Byłem w trakcie golenia usłyszałem nieśmiałe chrobotanie w drzwi. Otworzyłem je. Na progu z zażenowaną miną stał facet, któremu w nocy postawiłem drinka, wynajęty, przez Vivian do pilnowania mnie.
- Za dwie godziny - nerwowo miętosił kapelusz w dłoniach - muszę złożyć raport a nie jestem pewien, o czym nie powinienem pisać.
Zaprowadziłem go do kuchni i pokazałem jak parzę kawę. W jakiś kwadrans później siedzieliśmy nad dymiącymi kubkami i spoglądali na siebie jak zwierzęta w spalonym cyrku.
- Pewnie chcesz pieniędzy by w raporcie nie znalazła się wzmianka, iż od drugiej w nocy byłem sam na sam z kobietą...
Coś tam próbował odpowiedzieć, lecz powstrzymałem go delikatnym ruchem dłoni. Spokorniał, zapalił, ale natychmiast zakrztusił się.
- Nic mnie twój raport nie interesuje - wstałem i podszedłem do zamglonego okna - dla mnie nawet i lepiej, gdy znajdzie się w nim jakaś kobieta.
-Ale jak tak można? - Oburzył się. - Pani Vivian jest taka sympatyczna.
-Więc, po co tracisz czas? Zaciągnij ją do łóżka. Ona na kogoś takiego czeka od lat.
Spurpurowiał, rękawem od marynarki otarł niewidoczne dla mnie ziarenka potu i czegoś tam jeszcze.
- Nie mogę, jestem wierzący i na dodatek praktykujący, jak więc...
Kolejna w życiu rozmowa o niczym. Na dodatek we własnym mieszkaniu o porze dobijania włóczących się po knajpach duchów.

- Czyli mam dać się przekonać, iż jako wierzącemu nie staje ci na widok, Vivian?
Obruszył się i podłoga pokryła się łzami, które na szczęście szybko wsiąkały. Może były sztuczne? Albo zrobione z nowego materiału wynalezionego w ośrodku badań kosmicznych?
- Tego nie powiedziałem, ale pewna kobieta rodzi za kilka dni, więc...
Pokazałem mu zdjęcie z egzekucji brata Lenina i uciekł. Dosłownie. W sekundzie poderwał się na równe nogi, nawet nie zdążyłem zauważyć, kiedy odstawił kubek z niedopitą kawą i już go nie było.
- Ciekawy typ - pomyślałem zamykając drzwi - ale niebezpieczny. Tacy jak on nie lubią czuć się pokonani.
I nie myliłem się. Po dziesięciu minutach wrócił z napoczętą butelką wódki, ale poszczułem go psem. Mam odgłos przeraźliwego szczekania nagrany na taśmę magnetofonową i niektórych sytuacjach włączam ją. Pobił rekord świata w ilości przeskakiwanych schodów. Butelkę, która stała oparta o framugę drzwi schowałem do lodówki, nigdy nie wiadomo, kiedy może się znowu przydać.
By sprawę ostatecznie zakończyć zadzwoniłem, do Vivian z prośbą by nie wysyłała w ślad za mną głupków, ale nie zastałem jej w domu. Wiedźma od jej tatusia za żadne skarby nie chciała podać mi numeru telefonu do sali gimnastycznej gdzie podobno rozciągała mięśnie.
- Jak już męczę się i rozmawiam z tobą - Wykrztusiłem zanim rozmowa miała zostać przerwana - Przypomnij swemu chlebodawcy, iż czekam na czek oraz potwierdzenie zerwania kontraktu.
Śmiech jelenia pomieszany z landrynkami.
- O czym mówisz chłoptasiu? Kazał podwoić ci stawkę, gdyż podobno bardzo jest z ciebie zadowolony. Czegoż to bogaci ludzie nie wymyślą.
Usłyszałem trzask słuchawki rzucanej na widełki a w tym samym momencie poczułem wielkie zmęczenie jakbym nosił na ramionach wszystkich dziwaków, którzy błądzą pomiędzy lewą a prawą stroną drogi.
Zapaliłem, ponieważ nic z tego wszystkiego nie rozumiałem, ale kto chce jak najdłużej utrzymać się przy zdrowych zmysłach powinien oduczyć się dziwić. A dopiero później liczyć.
Powoli powiększał się stan mojego konta i zaczynało mnie to trochę niepokoić. By nie przewróciło mi się w głowie postanowiłem trochę z tego majątku wydać.
Pierwszym przystankiem był fryzjer. Po raz ostatni w takim przybytku byłem przed szkolnym egzaminem końcowym, później strzygłem się sam. Nawet powiedziałem to fryzjerowi, ale ten tylko silniej zacisnął palce na nożyczkach. Następnie kupiłem nowy krawat, spinki do mankietów koloru wzburzonego morza, francuską książkę kucharską, ponieważ kuchenny stół niebezpiecznie się kiwał i na gwałt wymagał podpórki, parę himalajskich butów, chociaż nigdzie się nie wybierałem a na końcu miniaturę szkieletu Rudolfa Valentino.

Wszystko to wrzuciłem do samochodu zupełnie nie przejmując się czy Valentino chce leżeć obok książki kucharskiej i podjechałem pod najbardziej ostatnio modną spelunę by zjeść w niej lunch.
Naturalnie nie chciano mnie wpuścić do środka, ponieważ miesiąc wcześniej nie zarezerwowałem stolika, ale jakoś przemówiłem kierownikowi sali do kieszeni, chociaż na widok banknotu pięciodolarowego skrzywił się jak mrówka zmuszana do czytania Szekspira.
Jedzenie było wstrętne, woda mineralna miała smak wysuszonych porzeczek a deser nadawał się do wszystkiego, tylko nie włożenia go do ust. By zmyć z siebie ten brud odwiedziłem toaletę o poczęstowałem się porządnym łykiem z płaskiej butelki, najlepszym przyjacielem, na którego było mnie stać.
Kiedy wróciłem do stolika siedziała przy nim jakaś kobieta. Nie mówiąc ani słowa usiadłem i z udanym zaciekawieniem zacząłem się jej przyglądać.
- Jestem żoną Scott - Powiedziała w końcu.
- Nic mnie to nie interesuje - Odpowiedź nie mijała się z prawdą - Mam dość własnych problemów. Podobno jesteś specjalistą od odnajdywania ludzi. Mam ochotę zatrudnić cię, Scott zniknął a wysokość twojego honorarium nie gra roli.
Dopiero teraz przyjrzałem się jej uważnie. Nieźle zakonserwowana czterdziestka w za dużym i za ciemnym kapeluszu, beżowym żakiecie bez rękawiczek.
- Nigdy nie przyjmuję spraw bezpośrednio związanych z policją. Na milę pachnie to dodatkowymi kłopotami, a czasami odbija się czkawką, nawet po wielu latach. A to w prostej linii prowadzi do odebrania licencji.
- Więc co mam zrobić? - Była na pograniczu płaczu - W pracy twierdzą, iż wziął bezpłatny urlop i wyjechał, ale ja w to nie wierzę. Wszyscy mogą tak zrobić, tylko nie on.
- Dlaczego?
Moje pytanie wyraźnie ją zaskoczyło. By zyskać na czasie poprzestawiała wszystko, co stało na stoliku.
- Byliśmy - Szybo poprawiła się - Jesteśmy do siebie bardzo przywiązani.
Zacząłem się śmiać, chociaż pewnie nie powinienem tego robić. Siedzące przy najbliższym stoliku jakieś dystyngowane towarzystwo kretynów oderwało się od raków by z dezaprobatą spojrzeć na mnie. Poczułem się jak szczur umaczany w maśle kakaowym.
- Mam ochotę napić się, ale nie w tej budzie. Trzy przecznice stąd znajduje się całkiem przyzwoita speluna, której właściciel potrafi gołymi palcami wyrywać zęby mądrości. Jeżeli masz ochotę ze mną porozmawiać spotkajmy się tam za kilka knut.
Po drodze zauważyłem sklep ze zwierzątkami, wszedłem, kupiłem mikroskopijną żabę i na najbliższym skwerze natychmiast wypuściłem na wolność. Rachunki z przyrodą były wyrównane.
Nie czekałem dłużej niż sześć minut i znowu siedzieliśmy przy jednym stoliku. Ale tym razem była zupełnie inną kobietą.

- Pewnie dziwi się pan, co robiłam w tak ekskluzywnym miejscu? - Nie odezwałem się - Mój ojciec należy, jak się to potocznie mówi, do śmietanki tego miasta i czasami zaprasza mnie bym się trochę rozerwała. Lecz bez męża, nie przepadają za sobą.
Podszedłem do baru i zamówiłem dwie szklanki. Przez głowę przebiegła mi myśl, iż może to być kobieta podstawiona, więc kiedy wróciłem zapytałem, w którym miejscu jej mąż ma znamię.
Zdumienie, które odbiło się w jej do tej pory przygasłych oczach zdumiało mnie o wiele bardziej niż odpowiedź.
- Sprawdzasz mnie? - Nachyliła się i cieniutkim głosem wymieniła to miejsce. A w chwilę później zapytała:
- A ty niby skąd o tym wiesz?
Upiłem łyk niebieskiej szklanki. Była to chyba słodka odmiana bambusa.
- Przez kilka lat pracowaliśmy razem. Wspólne baseny, natryski...
...i kobiety.
Zamaczała usta w szklance, ale jeszcze szybciej je od niej odjęła.
- Mocne. Nie przypuszczałam, że takie mikstury jeszcze istnieją.
- Zmieniają się czasy, nie alkohole.
Mniej więcej w tym samym momencie jakiś gnojek uruchomił szafę grającą, więc rozmowę dokończyliśmy w jej samochodzie. Było to eleganckie cacko, które jej mąż mógł oglądać wyłącznie na prospektach.
Pewnie odgadła, o czym myślę.
- Prawdę powiedziawszy to mój ojciec utrzymuje nasz dom, dzieci i całą resztę. Pensja męża szła wyłącznie na jego przyjemności.
Dodała gazu i zatrzymała się dopiero przed domem, który znałem wyłącznie z, zewnątrz, ponieważ niejeden raz odwoziłem pijanego Scott.
- Czy masz ochotę napić się prawdziwej whisky? - Nie czekając na odpowiedź wysiadła z samochodu i poszła w stronę furtki. Nie ruszyłem się z miejsca dopóki nie zawróciła a ja nie powiedziałem:
- Od whisky bardziej zależy mi na pogrzebaniu w jego rzeczach.
- Wszystko mi jedno. Jednego tylko nie chcę: być sama. Ojciec wziął dzieci do siebie, kucharkę wyrzuciłam a szofer jeszcze nie wrócił z urlopu.
Pomyślałem o następnej kobiecie, która nie ma nic do stracenia. Ani do zaoferowania.
Pokój Scott był większy niż całe moje mieszkanie, ale nie czułem się w nim dobrze. Mniej więcej jak złota rybka w akwarium, w którym wody nie zmienia się zbyt często.
Pani domu poszła się przebrać a ja ze szklanką w dłoni siedziałem w fotelu i przyglądałem się fotografią wiszącym na ścianach. Przestawiały trochę i mojego życia.
Upiłem łyk, podszedłem do biurka i otworzyłem najwyższą szufladę. Identyczne zdjęcie, jakie było przyklejone do lustra w windzie, oraz w kopercie, którą zostawiła Vivian leżało obok pistoletu, służbowej oznaki oraz wycinka z ga -

- zety informującego o śmierci Dorotei Harisson. Miałem ochotę trochę w tym biurku poszperać, ale rozmyśliłem się. Miałbym uczucie grzebania w samym Scottcie. Już miałem wyjść z pokoju, kiedy nie wiadomo za czyim podszeptem odwróciłem zdjęcie przedstawiające mnie i Scott gdy wychodzimy z gmachu policji. Na odwrocie zapisany był adres. Niewątpliwie ręką Scott. Przepisałem go na kawałek czystego papieru i w tym samym momencie do pokoju weszła jego żona, stanęła obok mnie i po chwili powiedziała:
- Możesz mi wierzyć, albo nie, lecz od chwili przeprowadzenia się do tego domu zaraz po ślubie, czyli mniej więcej przed jedenastu laty, jestem w tym pokoju po raz drugi.
Poczułem się jak facet, który został wezwany do wytępienia karaluchów zajmuje się diamentami.
- Takie jest życie. Była w ciąży z przyjacielem ojca, gdy napatoczył się Scott i ojciec w sobie tylko wiadomy sposób przekonał go, iż małżeństwo ze mną to dobry interes. W jakieś trzy miesiące po ślubie urodził się syn, a w rok później córka. Nawet za dokładnie nie pamiętam jak wygląda mój mąż rozebrany. Ty zapewne widziałeś go częściej nago niż ja. Nawet na basen nie chodzimy wspólnie. Dwa życia, dwa światy. Jedyne, co nas łączy to mój ojciec. I święta, pod tym względem jestem bardziej niż staroświecka. Cała rodzina musi spotkać się przy wspólnym stole, nawet, kiedy się nienawidzą.
Czasami lubię być bezczelny i taka chwila właśnie nadeszła.
-Ale przynajmniej raz poszłaś z nim do łóżka. Stąd wzięła się córka.
Uśmiechnęła się, jak to tylko potrafi kobieta posiadająca jakąś tajemnicę.
-Ale on o tym nie wiedział. Kilka tygodni po urodzeniu Patryca wrócił do domu tak pijany, że nawet nie zauważył, kiedy wślizgnęłam mu się do łóżka. Byłam młoda i jeszcze miałam nadzieję. A trakcie kochania się, nazwijmy to w ten mało wyszukany sposób, wziął mnie za kogoś innego, ponieważ cały czas zwracał się do mnie imieniem...
- Dorotea - Strzeliłem i trafiłem
Popatrzyła na mnie podejrzliwie.
- Nie doceniłam cię, wygląda, że wiesz więcej ode mnie. Może zwierzał ci się?
Zamknąłem szufladę, napiłem się łyk. Przyjemnie przechodził przez gardło, ale nie pasował do mojego podniebienia. Zbyt subtelny.
- Nigdy nie odezwał się ani słowem na temat życia prywatnego. To, że ożenił się z tobą dotarło do nas za pośrednictwem rubryki towarzyskiej w gazecie.
Odwróciła się i małe przestrzenie objęły ją jak swoją.
-Którą prowadził Carlucci - Dodałem, ale tak by nie usłyszała. Koło zaczynało się zamykać, chociaż nic konkretnego z tego jeszcze nie wynikało.
Zszedłem za nią na parter domu, pogrzebałem wśród stosu butelek i znalazłem gatunek, który mi odpowiadał. Kiedy znajomy smak łaskotał mi gardło zapytałem jak ma na imię.
- Przecież jutro i tak nie będziesz pamiętał.
-Ale na razie jest dzisiaj.

Powiedziała, ale nie było zbyt oryginalne. Później siedzieliśmy nad brzegiem utrzymywanego przez jej ojca basenu, rozmawiali o współczesnej literaturze, literaturze najbardziej znanych rzekach wpadających do Amazonki, wpływie rodziny na wartość człowieka aż w końcu zapytała, czy nie poszedłbym z nią do łóżka.
Przez chwilę udawałem, że się zastanawiam, ale gdy obiecała mi, że jej ojciec nie dowie się o niczym nagle przestałem mieć jakiekolwiek obiekcje.


XI.

 

Za piętnaście minut czwarta nad ranem stałem przed kamienicą numer 6. Był to adres zapisany na odwrocie zdjęcia, na które natknąłem się w biurku Scotta. Z numeru mieszkania wywnioskowałem, iż powinno znajdować się na czwartym piętrze.
Byłem zmęczony, ale za to zupełnie trzeźwy. Zapasy z panią Scott pozwoliły mi pozbyć się bezsilności i marazmu, w którym żyłem przez ostatnie dni.
Nacisnąłem domofon odpowiadający numerowi mieszkania, lecz byłem dziwnie pewien, iż nikt się nie odezwie. I tak też się stało. Nie namyślałem się długo, zawsze wożę w samochodzie kilka rzeczy niezbędnych by dostać się do nie swojego mieszkania. Takie niewinne hobby.
Drzwi na korytarz otworzyły się po drugiej próbie, wszedłem, nikt nie podniósł alarmu. Kamienica nie była z tych, co posiadają portiera.. Nie chciałem używać windy, więc cztery piętra pokonałem piechotą. Zajęło mi to trochę czasu, ale przecież nigdzie się nie spieszyłem. Zapukałem w drzwi oznaczone numerem 46, ale jedyną odpowiedzią była głucha cisza. Ten sam wytrych, który otworzył drzwi wejściowe teraz także mnie nie zawiódł. Po kilku sekundach stałem w przedpokoju. Nic się nie poruszyło, więc zaryzykowałem i wszedłem głębiej. Mieszkanie składało się z dwóch małych pokoików, kuchni i łazienki. W żadnym z tych pomieszczeń nie natknąłem się na kogoś, więc szczelnie zasłoniłem zasłony i zapaliłem światło. Przytulny kącik dla kogoś, kto ma pieniądze, siły oraz ochotę użerać się z jeszcze jedną, poza żoną, kobietą. Byłem przekonany, że porucznik Scott właśnie tutaj spotykał się z Doroteą. Na biurku leżała paczka papierosów, więc się poczęstowałem, usiadłem na starannie pościelonym łóżku i zastanowiłem się, czego powinienem szukać, ale żaden rozsądny pomysł nie przychodził mi do głowy. Mimo to przeszukałem całe mieszkanie, lecz poza ubraniem Scott, zwykłymi, domowymi szlejami oraz rzeczami niewątpliwie należącymi do kobiety, których potrzebowała na codzień nic ciekawego nie znalazłem. Niedopałek papierosa zabrałem ze sobą, poczęstowałem się następnym, chciałem wyjść, ale coś mnie zastanowiło. Zdjęcie na małym biurku pod oknem. Przedstawiało Scotta i dwie siostry, Doroteę i Vivian siedzące przy kawiarnianym stoliku. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w niego zastanawiając, dlaczego intuicja kazała mi akurat zwrócić uwagę na tę drobnostkę, aż w końcu zrozumiałem. Siostry były bliźniaczkami. Akurat w tym momencie nie miało to większego znaczenia, ale podświadomość zarejestrowała to i wypchnęła na pierwszy plac. Dlaczego?
Doprowadziłem mieszkanie do pierwotnego stanu, chociaż braku dwóch papierosów nie udało mi się zrekonstruować. Na parter zjechałem windą, nikt mnie nie zauważył. Dochodziła już prawie szósta i należało się przekonać, jakie niespodzianki czekały na mnie w domu.
Jednak, kiedy otworzyłem drzwi mieszkania poczułem się do pewnego stopnia rozczarowany. Wszystko stało na swoim miejscu i nie wyglądało na to by ktoś podczas mojej nieobecności interesował się jak mieszkam.
Nastawiłem ekspres, wszedłem pod prysznic, następnie z kubkiem w ręku położyłem się do łóżka i momentalnie zasnąłem. Kawa wylała się na pościel, kubek wypadł z dłoni i potoczył pod pomnik Waszyngtona.
Obudził mnie dzwonek do drzwi. Nie miałem najmniejszej ochoty otwierać, ale stał się tak natarczywy, iż postanowiłem sprawdzić, kto też nie może beze mnie wytrzymać.
Na progu stało babsko w wieku trudnym do określenia, złota zapalniczka na takim samym łańcuszku kołysała się na jej piersiach a atrapa psa warowała przy lasce, na której się opierała.
- Przechodzisz na emeryturę? - Wrzasnęła, kiedy otworzyłem.
- Tak jakby - Ziewnąłem i zrobił się przeciąg.
Babsko nie czekając na zaproszenie wparowało do mieszkania, strąciło rzeczy leżące na krześle i prawie padło na nie.
- Żądam, żebyś odszukał czterdzieści pięć lat życia, które prawdopodobnie zgubiłam - Wycedziła wpatrując się we mnie z intensywnością prokuratora - Ile wynosi taksa?
Nie odpowiedziałem, zapaliłem, kilka owocowych kulek przeleciało w powietrzu.
- Po czym poznałaś, że gdzieś się zapodziały?
Czasami, szczególnie, gdy mam dość ludzi staję się bezczelny, ale o dziwo, jak dotychczas, uchodzi mi to na sucho.
- Trzęsą mi się ręce. I nie potrafię sobie przypomnieć, kto zabił arcyksięcia Ferdynanda.
Podsunąłem jej do wypełnienia rutynowy blankiet a sam przeszedłem do drugiego pokoju i ubrałem się. Kiedy wróciłem babsko trzymało nogi na stole a atrapa psa wpieprzała moje pantofle, zdobycz z pewnego hotelu, które pewien roztargniony gość wystawił na korytarz myśląc, że ktoś je wypastuje.
- Nie rozumiem ani słowa z pytań zawartych w tym przeklętym arkuszu. Czy nie możesz złotko zająć się moim przypadkiem bez nadużywania biurokracji?
Mogłem, więc zająłem się. Trochę ją to kosztowało, ale nie wyglądała na taką, która wzbrania się płacić.
Gdy wyszła a atrapa psa popełzła za nią wrzuciłem pieniądze do garnuszka po rozlanej kawie a ten zaniosłem do kuchni. Miałem cichą nadzieję ż się rozmnożą.
Następne dwie godziny spędziłem na przypominaniu sobie, gdzie lubił się Scott ukrywać, ale za żadne skarby nazwa tej dziury nie przychodziła mi na koniec języka.
Rex Harrison nie miał dla mnie czasu, ale przez wiedźmę przekazał, iż jeżeli mam ochotę to wieczorem zaprasza do Oriona. W każdym razie on tam będzie. Zapytałem wiedźmy, za jakim kolorem skarpetek przepada, ale jedyną odpowiedzią był nieprzyjemny dźwięk w słuchawce
Pozostały szachy, ale kiedy je rozłożyłem znowu zachciało mi się spać, sprawdziłem czy nie mam kubka w ręku i po chwili już mnie nie było.
Śniła mi się wieża Eiffla, Maksym Gorki i Nadieżda Krupska. Byli właścicielami burdelu ulokowanego w wieży Eiffla a ja ich ukochanym dzieckiem. A może częstym klientem? Kiedy już miałem się tego dowiedzieć, zorganizowali specjalny seans tresowanych Japonek, obudziła mnie żona Scotta zapraszając na wernisaż przyjaciela rodziny.
Duże słowo: wystawa. Wrotki, długopisy, para sztucznych rzęs. Wszystkie te rzeczy leżały na przeźroczystym stoliku a tłum bezmyślnych durniów z zachwytem cmokał i mizdrzył się, jakby Indianie wyrzynali im, bez znieczulenia, cebulki włosów.
- To coś nazywa się Dusza makreli i ma szansę stać się sensacją sezonu - Jakiś wystrojony w cudze pióra bubek tłumaczył te słowa na francuski. Co prawda z nieszczelnego dachu zaczęło kapać, ale dla prawdziwych koneserów sztuki było to bez znaczenia.
Schowałem się za jakimś murem, z którego wystawały biusty i gwoździe i pociągnąłem z piersiówki. I tam właśnie zastała mnie pani Scott.
- Nudzisz się?
Cóż można na takie pytanie odpowiedzieć? Kichnąłem i dalej grałem rolę znudzonej kury czekającej na cud.
- Zawsze, wszędzie i o każdej porze - Zapaliłem, ale natychmiast przybiegł strażak z wysterylizowaną sikawką.
- Przed południem przyszedł do niego list - Podała mi kopertę, ostrożnie, jakby się bała bardziej ubrudzić.
Rzuciłem na niego okiem. Wysłany był wczoraj z jednego ze śródmiejskich urzędów pocztowych.
- Mogę go zatrzymać? - Zapytałem wkładając list do kieszeni.
- Naturalnie. I mnie także.
By zmyć z siebie estetyczny koszmar ostatnich minut zaprosiłem ją na kolację, lecz nie chciała o tym słyszeć. Olewając mój luksusowy samochód wpakowała mnie do taksówki i zawiozła do siebie. W salonie czekał na mnie jej tatuś. Zbytnio mnie to nie zdziwiło. Przecież byłem dorosły i już dawno powinienem był wbić sobie do głowy, że kobietą nie należy zbytnio ufać.
- Porozmawiajcie sobie chwileczkę, zajrzę do kuchni - Z całą dozą bezczelności ukłoniła się i znikła. Nie miałem jej tego za złe, wprost przeciwnie.

Teść mojego kolegi z pracy był ogromnym mężczyzną z małymi dłońmi. By ten feler ukryć prawie cały czas trzymał je w kieszeni. Ciekawiło mnie czy goląc się te rączki potrafią dosięgnąć twarzy, więc zapytałem o to.
W pierwszej chwili nie zrozumiał, ale później śmiał się dłużej niż przewiduje to odpowiednia ustawa, które nasze skretyniałe społeczeństwo wymyśliło na niemal każdą okazję.
- Podobasz mi się, nie mógłbyś zając miejsca Scotta?
Teraz ja udawałem naiwnego.
- W policji? - Co prawda nie wypadało odpowiadać pytaniem na pytanie, ale także pieścić małych niedźwiadków, kraść truskawek czy pornograficznymi gazetami wachlować starych ciotek.
- W łóżku mojej córki.
- Już zająłem.
Wyraźnie się odprężył.
- To najbardziej przyjemna wiadomość w tym smutnym i pokrytym mgłą roku. W końcu przestanie zadręczać mnie pytaniami w rodzaju...
Nie słuchałem, o czym opowiada. Podszedłem do barku i nalałem sobie kielicha, którego natychmiast wepchnąłem do organizmu.
- Jest tylko jeden problem - Spróbowałem wyprowadzić go ze stanu nieważkości. Popatrzył na mnie zdumiony jak ja na Duszę makreli - Jestem bezpłodny.
- Inez już ma dwójkę - Nie wiem, dlaczego, ale zaczął cedzić słowa.
-Ale ja nie ma żadnego i czułbym się pokrzywdzony.
Chyba zrozumiał i znowu zaczął się śmiać. Lody zostały przełamane, a w jakiś czas później okazało się, iż wie o mnie więcej niż ja.
- Mam z pozoru niewinne hobby - Upuścił biedronkę, która oszołomiona niespodziewaną wolnością nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić - Zanim kogoś poznam muszę o tym kimś wiedzieć wszystko. Albo jeszcze więcej.
Za skrzydełko poniósł biedronkę i pod światło przyglądnął się, co z niej pozostało.
- Inez nie wiedziała, że mnie tutaj zostanie i prawdopodobnie to było powodem jej zniknięcia w kuchni. Moi ludzie dali mi znać, że wsiadacie do taksówki a ta zmierza w stronę domu Inez, a że mieszkam w pobliżu, więc...Wykonał ruch mający naśladować skrzydło ptaka, nie wiadomo skąd wydobył olbrzymie cygaro, odgryzł koniuszek i zapalił. Poczułem się jak na chmurze zdążającej ku wieczności.
Nagle, jak spod ziemi, wyrósł srebrzysty kelner. Na dystyngowanej tacy miał szklankę wypełnioną jakimś dziwnym płynem oraz śliwkę. Identyczną, która leżała przed Rexem Harrisonem na stoliku w Dominikanie.
- Pijam wyłącznie syrop. Ale za to z litrem wódki.
Kelner zniknął, pozostała proza życia, czyli dwóch facetów, z których przynajmniej jeden ma coś do powiedzenia.
- Nie będę owijał w bawełnę - W niespodziewanej dla mnie chwili odezwał się - Pewnym kręgom nie jest zbyt na rękę kandydowanie, Rexa w najbliższych wyborach na urząd gubernatora. Drań ma duże szanse wygrać, więc całkiem zrozumiałe jest zaniepokojenie kilku moich znajomych - Dodał po chwili milczenia, a kiedy w końcu oderwał usta od szklanki wyparowało połowę jej zawartości - Obiło się nam o uszy, że cię zaangażował. Jedna z jego córek nie żyje, mój zięć, który się z nią pieprzył zniknął. Możesz mi powiedzieć, o co w tym wszystkich idzie? Nie muszę chyba dodawać jak bardzo będę ci wdzięczny i...
W tej samej chwili w pokoju pojawiła się Inez, ale jej ojciec dał jej dyskretny znak by się wycofała.
- Za dużo nie wiem, ale trochę mogę panu opowiedzieć - Grałem na czas zastanawiając się, co mogę ujawnić - Pan Harrison zaangażował mnie w sprawie prywatnej...
...czyli?
- Mam odszukać doktora Whita. On właśnie w prywatnej rozmowie ze mną stwierdził, iż Dorotea została otruta, ponieważ - jak się pan zapewne domyśla - to ja znalazłem ciało. W rynsztoku.
Przeceniałem go. Nie wiedział prawie nic i teraz z rozdziawioną gębą, z której wypadło cygaro patrzył na mnie nie mogąc sklecić następnego pytania. Ale do czasu.
- Chłopcze, jesteś...długo przebierał w słowach a przecież mógł wziąć kilka lekcji u swojej córki - boski.
- Prędzej gadatliwy.
Uśmiechnął się. Miałem jednego przyjaciela więcej. Przynajmniej przez jakiś czas.
- Mów, czego ci potrzeba.
Przysunął fotel w pobliże mojego i wpatrywał się w moje usta. Postanowiłem pójść na całego, ponieważ tylko tacy mają w dzisiejszym świecie cień szansy. Na uczciwy pogrzeb.
- Na trzy dni, licząc od jutra od godziny jedenastej chciałbym mieć uprawnienia równe tym, które posiadałem, kiedy pracowałem w policji.
Spojrzał na mnie jak na pogromcę lwów po raz kolejny wchodzącego do klatki, naturalnie bez publiczności na widowni.
- Wychodzi, że nie możesz bez tej przeklętej policji żyć.
-Ale tylko przez trzy dni.
Chwilę ważył wszystkie za a później jeszcze więcej przeciw.
- Wiemy o tym tylko my dwoje. No, może jeszcze ktoś, poczekaj chwilę - Z wysiłkiem, ale zarazem dziwną lekkością podniósł się, przebiegł przez pokój, ale przy drzwiach zatrzymał się - Kogo chcesz za szefa?
- Kapitana Sharpa.
Wrócił po piętnastu minutach. Nowiutki egzemplarz Cór Koryntu położył pod nogi a z ust wypuścił mydlaną bańkę.
- Nowy policjant w rodzinie. Czy ta wściekła passa nigdy się nie skończy?
Po kolacji graliśmy w karty, ale ja bardziej zastanawiałem się, co by się stało gdyby nagle wszedł Scott? Jakoś dziwnie obydwoje byli pewni, iż takie rozwiązanie nie wchodziło w rachubę. Zapytałem o to.
- Poprosimy go by usiadł - Inez była szybsza od ojca - Poczęstujemy krewetkami a następnie ustalimy jak wysokie alimenty ma płacić, ponieważ sąd to my.
Ojciec skrzywił się na samo przypomnienie jego nazwiska, spróbował sztuczki z nową bańką, ale się nie udała.
- Nie chcę od niego ani grosza. Ma jedynie podpisać oświadczenie, iż nie rości sobie żadnych pretensji i niech wypier...
- Spokojnie tatusiu, ciśnienie.
By je osłabić wypiliśmy po dwa, a Inez zatelefonowała do dzieci powiedzieć im kilka słów na dobranoc.
- Nigdy nie myślałeś o stabilizacji? - Męczył mnie bardziej niż jego własna córka.
- Stabilizacja jest jak mole. Poza tym ma podzielną uwagę i potrafię kochać kilka kobiet na raz.
Nagle coś przyszło mi do głowy. Wydawało mi się to tak naturalne, że aż się przestraszyłem. By ukryć zmieszanie wstałem i podszedłem do okna. Był spostrzegawczy i potrafił wyciągać wnioski.
-Co się stało?
- Chyba popełniłem błąd. Nie otworzyłem listu od Scott, który dzisiaj rano został doręczony. Nie wiem, dlaczego ale coś mnie przed tym powstrzymywało.
-Więc dłużej nie zwlekaj.
Przedarłem kopertę i zbaraniałem. Był w niej tylko adres, mój, oraz zdjęcie jak razem wychodzimy z gmachu policji.
Stał blisko mnie, więc poczułem jego oddech, kiedy spytał:
- Wiesz, co to może oznaczać?
- Dwie sprawy, obydwie nieprzyjemne. Ten ktoś zaczyna się denerwować i goni w piętkę. A to znaczy, iż ziemia zaczyna usuwać mu się spod nóg i staje się niebezpieczny. Ale druga sprawa jest on wiele poważniejsza. Ktoś, kto wysłał ten list wie, że Scott zniknął.
- Nic nie rozumiem - Pokręcił głową jak kobieta odmawiająca tańca.
- To proste. Robi to albo wariat, albo...sam Scott.
Zapadło przykre milczenie w czasie, którego Inez wróciła do stołu i zapytała, co się stało i dlaczego mamy takie ponure miny.
- Odezwał się twój mąż - Powiedziałem i pokazałem jej zdjęcie.
Spojrzała na niego przez palce, jak to tylko kobieta potrafi. Mężczyzna nawet po wieloletnim treningu nie potrafi w sekundzie zagrać aż tak wielkiej niewinności.
- Niby, dlaczego on?
-Ponieważ tylko Scott wie, że nikt nigdy nie zrobił nam zdjęcia. Ta fotka jest jak martwy symbol, ale zarazem zmuszanie mnie do wykonania fałszywego ruchu.
- I co dalej? - Popatrzyła mi prosto w oczy i chyba się uśmiechnęła.
- Dokończymy przerwaną partię.
Koło dziesiątej ojciec Inez zaczął się zbierać, więc poprosiłem go by podwiózł mnie pod Oriona.
- Wychodzisz z domu? - Zapiszczała Inez.
Wymieniliśmy z ojcem wymowne spojrzenie, ale niestety to ja musiałem odpowiedzieć.
- Tak złotko. I nie wiem, kiedy wrócę. I czy w ogóle - Cedziłem słowa jak dzieci biedronki, kiedy te zaczną owocować.
Rzuciła we mnie kluczem od drzwi wejściowych i nie żegnając się z ojcem znikła.
- Jej matka zachowywała się podobnie. Kiedyś schowała mi buty, majtki i skarpetki. Była przekonana, że nie wyjdę, ponieważ nie przypuszczała, iż mogę wyjść boso w samym płaszczu. Bardzo się dziwiła, kiedy nie wracałem prze trzy dni, tak wielkie było wtedy moje przywiązanie do wolności. Dzisiaj trochę stępiało, chociaż...
Ojciec Inez odwiózł mnie tylko do rogatek miasta tłumacząc, zresztą przekonywująco, iż jego samochód jest znany i tylko zaszkodzi mi podjeżdżając po wejście do Oriona.
Zatrzymałem taksówkę, z kurtuazji zapytałem czy mogę się napić, a przez minuty, jakie miałem do dyspozycji zanim nie znalazłem się u Harrisonów zastanawiałem się czy nie rzucić roboty w diabły, nie przeprowadzić się, do Inez Kinez nie żyć życiem głupca pozbawionego kłopotów.
Zapytałem o to kierowcę, a stary, poczciwy Murzyn tylko popukał się w czoło.
- Życie bez zmartwień to jak mieć sztuczny żylak. Niby zawsze można nabawić się prawdziwego, ale to nie to samo.
Przyznałem mu rację i znowu sobie pociągnąłem. Perspektywa powrotu do pracy w policji, chociaż tylko na trzy dni, dodawała mi skrzydeł.
W Orionie tłum gości aż wylewał się na schody. Nie przypuszczałem by zaproszono ich z mojego powodu, ale zapytałem o to przyklejonej do balustrady piękności, która spokojnie rzygała do chusteczki trzymanej przez wyfiokowanego blondyna.
Widać zaintrygowałem ją, gdyż jak tylko otarła usta w aksamitny krawat blondaska kazała mu zjeżdżać a mnie zaciągnęła do baru.
- Nie słyszałam, żebyś się przedstawił - Ze znawstwem wpatrywała się w butelki aż w końcu zdecydowała się na bezbarwne martini.
- Nie mam takiego zwyczaju - Byłem szybszy, wyjąłem jej butelkę z ręki i odstawiłem na miejsce, skinąłem na kelnera i zapytałem czy mają tutaj miejsca leżące.
- Pozwól mi trochę porozmawiać, nie chcę jeszcze do łóżka. To takie okropne ciągle w nim leżeć i wpatrywać się w sufit - Widać źle odczytała moje intencje, trochę się wyrywała, ale gdzieś po dziesięciu minutach spała słodko przykryta puszystym chodnikiem.
- Utrapienie z tymi kurwami, wychodzą za starców jedną nogą stojących w grobie i wydaje się im, że wszystko wolno - Kelner oparty o ścianę palił wspomnienie po papierosie. Po jego drugiej stronie wyglądająca na całkiem normalną kobieta waliła głową we własną przeszłość, ale nie zwracaliśmy na to najmniejszej uwagi.
Poczęstowałem go moją butelką. Nie odmówił, chociaż zdziwił się, po co do lasu taszczyć drzewo.
- Jedna z tych dam - ręką wskazał za siebie jak znawca średniowiecznego malarstwa - jest moją żoną, ale uważa, iż nasz związek jest mezaliansem i mogę jej pilnować wyłącznie wynajmując się jako kelner.
Było mi go żal, więc palnąłem bez namysłu:
- A musisz jej pilnować?
Podskoczył jak uliczny grajek. Mniej więcej w tym samym czasie baba przestała tłuc głowa o ścianę, a zaczęła płakać.
- Coś pan! Kobieta niepilnowana jest jak zgniły nawóz. Do niczego się nie nadaje, najwyżej do rozrzucenia po polu. Dopiero, kiedy jesteś pewien, że miała okazję a z niej nie skorzystała - widzisz to na własne oczy - możesz kochać ją na poważnie.
- Biedny głupcze - Lekko przyparłem go do ściany, a kobieta po drugiej stronie zaczęła wrzeszczeć byśmy przestali się rozpychać - Nie zasługujesz by być żonaty.
Wyrwałem mu papierosa, zgasiłem o ścianę, miałem ochotę powiedzieć coś bardziej dosadnego, ale zrezygnowałem. Nagle stał mi się zupełnie obojętny jak paw, który potrafi tylko recytować Ginsberga i srać.
Kiedy odszedł chwilę zostałem w tej sztucznej budzie. Nie chciałem, by śpiącej blondynce przytrafiła się niespodziewana przygoda. Nie patrzyło mu z oczu dobrocią.
Później przez kilkanaście minut bez celu błąkałem się po przepełnionych salach obserwując jak powoli szpaki rozluźniają krawaty a gąski coraz bardziej niepewnie trzymają się na szczudłach.
Przyszło mi do głowy by wyciągnąć pistolet i strzelić nagle w spuchnięty żyrandol a kiedy tumult ucichnie kazać wszystkim wynosić się do diabła, ale odpuściłem. Jeszcze nie byli u mnie.
Nagle poczułem dłoń na ramieniu. Wyfiokowany blondyn od rzygającej panienki chciał się dowiedzieć, gdzie znikła jego przyjaciółka.
Kopnąłem go w krocze. Zresztą nie wiem, dlaczego. Złożył się jak scyzoryk, odwrócił i dał nura w tłum.
- Ładnie traktujesz gości pana R.H. - Wiedźma górowała nade mną, w ręce trzymała latarkę i spoglądała na mnie z obrzydzeniem.
- Będziemy zwiedzać lochy? - Zapytałem wskazując latarkę.
Kazała mi iść za sobą. Kiedy tylko zamknąłem najbliższe drzwi wiedźma odwróciła się i ustami mokrymi od łez pocałowała mnie w policzek. W następnym pomieszczeniu wyglądającym jak studio w telewizji czekał Harrison. Z piętnaście monitorów pokazywało różne wyrywki z przyjęcia, nawet te niezbyt przyjemne, na przykład, kiedy jakaś pijana para w pobliżu fontanny próbowała kochać się, lecz nie mogła przebrnąć przez najprostszy etap wtajemniczenia.
-Co za obrzydliwi ludzie! - Harrison podał mi rękę, ale na mnie nie spojrzał.
- Sam ich zaprosiłeś.
Dopiero teraz na mnie popatrzył. Była w tym spojrzeniu niepewność, ale także pewnego rodzaju duma.
- Nie ja, tylko mój komitet wyborczy. Do mnie należy jedynie dom, nazwisko i konto, z którego za to wszystko zapłacę.
Nagle nie wytrzymał i krzyknął do mikrofonu:
- Johnny! Polej wodą tę niepotrafiącą pieprzyć się parę, a następnie podaruj im po lizaku i książeczce do nabożeństwa.
W pobliżu jego ręki stała butelka, więc po nią sięgnął. Nie miał kieliszka i popijał prosto z niej.
-Kiedy przypadkiem wybiorą cię na gubernatora każesz podglądać wszystkich obywateli?
Odpowiedział momentalnie, może wiedział, o co mam zamiar go zapytać?
- Chętnie, ale to niewykonalne. Za dużo kosztuje, a po drugie można dowiedzieć się czegoś, co może nie wyjść na zdrowie. Ci, którzy sprawują władzę też czasami bywają ludźmi delikatnymi.
Zacząłem się śmiać aż pewien motyl rozłożył skrzydła, tak piękne, że zamilkłem. Harrison skinął na mnie i przeszliśmy kilka pustych pokoi do malutkiego salonu składającego się z obrazu jakiegoś impresjonisty, dywanu, dwóch foteli oraz rozpalonego kominka, chociaż na zewnątrz było ciepło.
- Marznę - Powiedział Harrison - coraz bardziej.
- Nie marzniesz, tylko grzęźniesz - Dla nikogo nie byłem tego wieczoru miły.
-Co masz na myśli? - Bawił się prostą pompką do roweru, która w jego rękach wyglądała jak żelazko w dłoniach królowej piękności.
- Jedna z twoich córek skończyła w rynsztoku, jej mąż został zamordowany a kochanek znikł. Na dodatek ten kochanek jest policjantem, a jego kolegę, Whita, który nagadał głupstw kazałeś mi odszukać, tylko nie powiedziałeś gdzie.
Zapadłą cisza, której przez dłuższy czas nie przerwał żaden z nas.
- Jesteś przekonany, że to, co mówisz jest prawdą? - Patrzył mi prosto w oczy.
- A ty nie?
- Nie we wszystkim.
Wstałem by wyjść. Nie miałem tutaj nic do roboty i powiedziałem to. Oraz dodałem:
-Kto zabił Doroteę kompletnie mnie nie interesuje. Idzie mi wyłącznie o Carlucciego. Byliśmy szkolnymi kolegami a to do czegoś zobowiązuje.
Podszedł do mnie i delikatnie na powrót wbił w fotel. Nie wiadomo skąd pojawiła się karafka, sok pomarańczowy i cygara, czyli wszystko, czym gardzę. Jak i amerykańskim futbolem.
- Nie bądź kąpany w gorącej wodzie. To potrzebne przy łapaniu pcheł a nie w ziemskim wcieleniu dżentelmena.
By wrócić do rzeczywistości popatrzyłem na obraz impresjonisty przedstawiający gdaczącą kurę taplającą się chyba w sosie waniliowym i powiedziałem wolno cedząc słowa:
- Wite zdążył mi powiedzieć, że Dorotea została otruta. Było to w kilka chwil po tym, jak przyjechał do rynsztoka, w którym ją znalazłem. Ciekawe skąd mógł o tym wiedzieć? W kilkanaście minut po znalezieniu zwłok?
- Świat kryje wiele tajemnic. Trójkąt bermudzki, piramidy egipskie...
Działał na mnie jak przysłowiowa pchła na byka.
- Także i tą, iż White musiał ciało Dorotei widzieć dużo wcześniej. I dlatego zleciłeś mi go szukać.
Wstał i otworzył okno. Diabełek, który prawdopodobnie ukrywał się w kominku znalazł sposobność by zwiać.
- Nie ożeniłbyś się z Vivian?
Był drugim w ciągu jednego wieczoru ojcem handlującym nie swoim ciałem.
- Nawet z własnym cieniem.
Nie wiedział, co ma odpowiedzieć, więc pospieszyłem z pomocą. Nie za bardzo lubię, kiedy ludzie przebywający w moim towarzystwie męczą się.
- Wygląda, iż odstępujemy od kontraktu.
- Scott czy jest coś, co nie pozwala ci go wypełnić?
Zastanowiłem się. Nie miał prawa wiedzieć, że od godziny jedenastej jutrzejszego dnia znowu będę policjantem. A mówiąc dokładnie wolnym strzelcem z uprawnieniami gliny.
- Nie.
Widoczna ulga, z którą przyjął moje słowa kazała mu napełnić kieliszki. Było mi to na rękę, ponieważ dopóki dla niego pracowałem nie powinien wystąpić przeciwko mnie. A ja nie ufałem nawet sobie, lecz na szczęście pan Harrison o tym nie wiedział.
Ale rozmowa się nie kleiła. By ją zakończyć oznajmił:
- Vivian prosiłabyś do niej wstąpił. Amadeusz cię zaprowadzi.
Jak spod ziemi wyrósł Mulat o twarzy cierpiącego anioła, dotknął mojego ramienia i poszliśmy. Po drodze żadnych gości z przyjęcia nie spotkałem. Albo się skończyło, lub przenieśli się na inną planetę.
Vivian leżała w łóżku. Towarzystwa dotrzymywał jej kot.
- Brakuje tylko mnie by zwierzyniec był pełny.
Nie zwracając uwagi na moje złośliwości wstała i zgasiła światło.
- Nie będę widział, z kim rozmawiam.
- Czy chociaż raz nie potrafisz uszanować ciszy?- Ujęła mnie za rękę i przyciągnęła do siebie. Noc była jasna i bardzo wyraźnie widziałem jej lewy profil. Nie zdążyłem się nawet rozebrać. Spałem.

 

XII.

 

Obudziło mnie zimno. Popatrzyłem na zegarek, dochodziła piąta. Wstałem. Vivian nawet się nie poruszyła za to kot wydał kilka ostrzegawczych dźwięków, więc przykryłem go poduszką i dla pewności przyłożyłem doniczką.
Chciałem napisać kartkę z podziękowaniem za najbardziej seksowną noc w życiu, ale przypomniałem sobie lepsze, na przykład tę w meksykańskim burdelu, w którym bawiłem się bez grosza przy duszy nie zastanawiając się, co będzie rano, kiedy nadejdzie pora zapłaty.
Z powrotem do miasta nie miałem problemów. Kilka samochodów, których właściciele zalali się wieczorem i zostali odwiezieni stało na parkingu. Wybrałem najmniej rzucający się w oczy i gdzieś po pół godzinie zaparkowałem w centrum. Nie miałem najmniejszej ochoty wracać do domu, a perspektywa włóczenia się po ulicach była równie idiotyczna jak wizyta w muzeum.
Zaparkowałem w pobliżu posterunku policji by nie stwarzać trudności z identyfikacją samochodu, przeszedłem kilka przecznic, kupiłem karton mleka, gazetę, rozłożyłem ją na krawężniku, usiadłem i zapaliłem popijając, co drugie pociągnięcie mlekiem. Najbardziej ekologiczne śniadanie po słońcem.
Nagle wyobraźnia podsunęła mi obraz Vivian. Przez dłuższą chwilę męczyłem się nie wiedząc, na jaki ślad chce mnie naprowadzić, lecz kiedy dostatecznie skupiłem się łatwo odgadłem. Nie wiedziałem tylko, co z tego wyniknie. Byłem na dobrej drodze, tylko, dokąd ona prowadziła?
Wybrakowana kurwa, która usiadła obok mnie nie miała, co najmniej trzech zębów. Nie pytając o pozwolenie podłączyła się do kartonu z mlekiem a następnie zapaliła papierosa.
-Pieprzył mnie prawie całą noc a przed chwilą okazało się, że nie ma ani dolara. W hotelu zarekwirowali mu bagaż. A co ja mam wziąć w zastaw?
-Kto to był? - Zapytałem, chociaż nie powinienem był przedłużać tej znajomości. Miałem swoich kłopotów po uszy.
- A bo ja wiem? Nigdy nie patrzę klientowi w twarz. Chyba, że tego zażąda. To pierwszy punkt naszego kodeksu moralnego. Temu, kto płaci na patrz w twarz Punkt drugi...
Podałem jej kantor z mlekiem i zamilkła, ale niestety nie na zawsze.
- Bradley chyba mnie zabije, gdy wrócę bez grosza, a dzieciaki? Lepiej nie mówić.
Zapłaciłem, ile wynosi jej stawka łącznie z patrzeniem w twarz. Kwota nie była wygórowana, więc wyjąłem portfel.
Pocałowała mnie w rękę pytając, czy nie zrobić mi gratisowej laski z bajerami.
- W trzy minuty będzie po wszystkim. Jestem w tym najlepsza w okolicy.
Podziękowałem, chociaż zły duch podpowiadał, by się nie opierać. Policjant, który pojawił się w kilka minut po jej odejściu zapytał, czy nie widziałem kobiety podającej się za kurwę.

- To żona znanego aktora, ale czasami jej odbija. Szczególnie, kiedy nominują go do Oskara.
- Zrobiła mi laskę.
- Coś ty! - Podskoczył, ale z zazdrości musiał pokazać, kto tutaj rządzi.
-Dlaczego siedzisz na krawężniku? Nie masz domu?
Miałem go dość, jak siebie przez większą życia.
- Z niecierpliwością czekam na godzinę jedenastą. Wtedy znowu będę policjantem - Od niechybnego lania wybawił mnie jakiś staruszek wybijając szybę w pobliskim sklepie.
Zatrzymałem, więc taksówkę i wróciłem do domu. Tym razem bukiet fiołków przyklejony był do klamki. Obok kartka informująca, że jeżeli nie zapłacę zaległego czynszu eksmisja nastąpi w terminie dwóch tygodni. Nie lubiłem płacić czynszu, uważałem te pieniądze za zmarnowane w najbardziej kretyński sposób.
Fiołki i kartkę wrzuciłem do zsypu, także jakieś rachunki, które podniosłem z podłogi. Kawa za żadne skarby nie chciała się zagotować. Włożyłem, więc kilka ziarenek kawy do ust i popiłem wrzątkiem, lecz efektem było jedynie sparzenie ust. Papieros nie smakował jak powinien, jajka przypominały oponę. Nie byłem w najlepszej formie, to prawda a na dodatek chyba zbyt pochopnie wepchnąłem się pod skrzydła Sharpa.
W pewnym momencie byłem bliski spakowania kilku rzeczy, odwiedzenia Ondraszka, odebrania od niego paczki i zniknięcia na miesiąc, ale przypomniałem sobie dzień, gdy z Carluccim biegaliśmy po lesie i zmobilizowałem się, wszedłem pod prysznic, następnie jeszcze raz spróbowałem zaparzyć kawę i tym razem udało się, przebrałem się, popatrzyłem na zegarek. Dochodziła dopiero ósma, więc usiadłem przy stole i w punktach spisałem wszystko, co wiązało się ze sprawą Dorotei Harrison.
Wyszło kilkanaście pozycji a przy większości same znaki zapytania. Przejrzałem je jeszcze raz, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć przed iloma dniami natknąłem się na zwłoki Dorotei. Czas biegł szybciej niż nad nim panowałem.
Zadzwonił telefon, więc podniosłem słuchawkę, ale nikt się nie odezwał. Zły powiedziałem w pustkę:
- Nie masz powodu się denerwować. Mąż na pewno się odnajdzie.
To widać zdopingowało ją, ponieważ usłyszałem:
- Od wczoraj nie jestem już mężatką.
Przestraszyłem się i odłożyłem słuchawkę by zapalić. Kiedy znowu ją podniosłem Inez bredziła coś o latach spędzonych jakby na księżycu. Przerwałem jej.
- Znaleźli ciało?
- O czym mówisz? - Była wyraźnie zaskoczona.
- Wydawało mi się, że powiedziałaś...
Chyba czymś rzuciła gdyż krzyk dziecka doszedł nawet do mnie.
-Dlaczego zawsze wszystko bierzecie tak dosłownie? Nie ma w was poezji.

Nawet w trakcie ciupciania cmokacie, zamiast...
Roześmiałem się. Nie wiem, dlaczego, ale byłem więcej niż pewien, iż kobiety zawsze mówią coś odwrotnego niż myślą.
- Pewnie chcesz bym oddał ci klucze.
- Wręcz przeciwnie, korzystaj z nich częściej i nie spóźnij się na obiad o piątej.
Kiedy odłożyła słuchawkę przez dłuższą chwilę zastanawiałem jak to wszystko może się skończyć. Nagle kichnąłem i zdałem sobie sprawę, że znowu stawia na policjanta, chociaż poprzedni jeszcze się nie zdematerializował.
Krótko przed dziewiątą wyszedłem z domu, podjechałem pod redakcję, w której pracował Carlucci i zapytałem portiera - wcześniej wepchnąłem mu do ręki kilka dolarów - czy nie wie, z kim się przyjaźnił.
Trochę się certolił i ociągał, ale gdy dołożyłem jeszcze dziesiątkę wysłał mnie do pokoju numer 17 na czwartym piętrze. Otworzyłem go, był pusty, więc usiadłem przy biurku i popatrzyłem na stojące na nim zdjęcie. Przedstawiało Carlucciego jak usiłuje wejść do samolotu.
- Przecież, wariacie, bałeś się latać - Czasami lubię mówić sam do siebie.
- Musiałeś go chyba dobrze znać.
Kobieta, która wypowiedziała te słowa nie miała więcej jak dwadzieścia pięć lat i nigdy wcześniej jej nie spotkałem. W lewej dłoni trzymała długopis i wyglądało, że chce mi nim wydłubać oko.
- Jakieś pięć lat temu straciliśmy kontakt. Wydrukował pewien artykuł, chociaż prosiłem go by tego nie robił. W rezultacie musiałem odejść z policji a on z mojego baru.
- Sprawa braci Rosselinich.
Zdumiałem się. Nie sądzę by Carlucci opowiadał o niej komuś z poza kręgu najbliższych znajomych.
- Jesteś aż za dobrze poinformowana.
Uśmiechnęła się przez swoją piękną złość. Nawet mi się podobała. Powiedziałem to.
- I przyszedłeś żeby mnie poderwać? Aż na czwarte piętro? Do tego jeszcze przekupiłeś portiera.? To wszystko nie trzyma się kupy.
- No właśnie - Westchnąłem, kolejny dzień, który zaczyna się jak w złym filmie - Śniłaś mi się...
- Naga?
Nie podjąłem tego wątku. Czułem się jak przypalany żelazkiem, którego zapomniano wyłączyć.
- Zamordowano mi przyjaciela. Więc chyba jest rzeczą naturalną, że chcę się dowiedzieć czegoś więcej niż znajduje się w jego teczce. Podobno byłaś jego zaufaną i...
- Kto nagadał ci takich bzdur?
- To mogę opowiedzieć ci o dziesiątej w Hawanie. Teraz nie mam czasu. Za - popatrzyłem na zegarek - dwadzieścia minut przyjmują mnie z powrotem do policji.

Odsunęła się od mnie na bezpieczną - jej zdaniem - odległość kilku kroków.
- Chyba jesteś stuknięty.
Zaintrygowałem ją. Kobiety przeważnie, i tak dalej.
- Gdybym się przypadkiem spóźnił cała knajpa jest do twojej dyspozycji. Mam hojnego sponsora.
Podszedłem do niej i bez oporów pocałowałem w policzek. Pachniała lasem oraz kłopotami. Nie jestem pewien, która z tych dwóch rzeczy bardziej mnie w niej pociągała.
Nie byłbym sobą gdybym nie rzucił mijając portiernię.
- Pracujesz wszarzu na dwa fronty.
Zblazowany uśmiech wykrzywił mu maskę.
- To silniejsze od mnie, czasami przetaczam sobie polską krew.
Mandat wepchnięty za złamaną wycieraczkę wrzuciłem do kieszeni przechodzącemu obok przedstawicielowi klasy średniej, na której opiera się dobrobyt każdego kraju. Płacą bez szemrania podatki, nie tak jak my, sól tej brudnej ziemi.
-Co robisz? - Podskoczył jak oparzony - Przecież to własność państwowa.
- Ja także - Ale widać nie nadążał za moją inteligencją gdyż użył gwizdka. Natychmiast zleciała się gromada takich samych jak on obrońców praworządności, lecz nie zważając na ich rozpaczliwe próby zatrzymania mnie dodałem gazu i po chwili jechałem w stronę budynku policji, jak przed laty, kiedy praca tam była niekończącą się przyjemnością i pozwalała mi opływać w dobrobyt i utrzymywać liczne kobiety, a czasami nawet ich kochanków.
Sharp czeka na mnie przy schodach prowadzących do środkowego wejścia, energicznym ruchem wziął mnie pod rękę i zaprowadził do najbliższego baru, w którym piwo było schłodzone a muzyka cicha.
- Zastanów się, co robisz, przecież nie można dwa razy wejść do tej samej toalety.
Zapaliłem, smród przemoczonego papierosa błyskawicznie z sykiem rozszedł się po sali wypłaszając kilku wrażliwszych gości.
- Wiesz - Zacząłem jakbym rozmawiał z duchem - To nie zależy tylko ode mnie. Ktoś tak wysoko postawiony, iż odmowa nie wchodzi w rachubę poprosił mnie o to, więc...
Zupełnie nie słuchał, co mówię. Był w innym świecie, w którym takie łajzy jak ja nie istniały. Przynajmniej w teorii.
Podszedłem do baru i poprosiłem o kielicha. Naturalnie na koszt Sharpa.
- Jeszcze nie zacząłeś służby a już pijesz - Stał obok mnie, w ręce trzymał ostatnią książkę Hemingwaya.
- Czytasz takie rzeczy?
Podskoczył jak oparzony, kilka wron poderwało się do lotu a śpiący w pobliżu skośnooki poeta obudził się i natychmiast zaczął recytować sprośny poemat.
- O co mnie posądzasz? Poza raportami i sekcjami zwłok nie mam czasu na nic, co przypomina słowo. No, może czasami gram w karty, ale i tak muszę je

znaczyć, ponieważ w przeciwnym razie wygrywa ojciec i jako kara muszę opowiadać mu historię o koniu, który zgubił wóz.
Wróciliśmy do budynku, przeszli kilka korytarzy i znaleźli się w pokoju szefa. Sharp usiadł za biurkiem, chwilę milczał i nagle rzucił we mnie odznaką, legitymacją i bronią.
- Stary nie chciał być przy tym obecny. Podobno pieklił się cały wieczór, ale niestety telefon był aż z tak wysoka, iż nie mógł odmówić. Zabezpiecza się drań przed wyborami. Czyżby Harrison miał wygrać? Ostatnio widują cię z jego córeczką.
- Zmieniam kobiety częściej niż psy.
Wstał i podszedł do mnie. Poczułem czosnek oraz niepokój. Ale nie było już odwrotu.
- Nawet mi się podobasz, ale nie jako podwładny, Jako treningowy worek.
- Obrażasz oficera na służbie - Zażartowałem.
Zaczął się śmiać jak Chaplin, czyli smutno. Wyjrzałem, więc przez okno. Jakieś dziecko usiłowało z powrotem wejść do brzuszka matki będąc głęboko rozczarowane tym, co zobaczyło.
- Masz siedemdziesiąt dwie godziny. W jaki sposób chcesz je spożytkować?
- Nie wiem - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą - Pewnie najpierw zajrzę do kartoteki. A może nawet do...
- Czego szukasz? Może mogę ci w czymś pomóc?
Podszedłem do niego i chyba teraz ja śmierdziałem czosnkiem, ponieważ momentalnie cofnął się.
- Fakt, iż jesteś moim zwierzchnikiem do niczego cię nie upoważnia. Mam robić, co uważam za stosowne.
Machnął ręką i kazało iść za sobą. Wylądowaliśmy w suterynie, chociaż było to dziesiąte piętro. Z poza segregatorów wydobył butelkę whisky.
- Trzymam ją na specjalne okazje. Zarekwirowana jeszcze w czasach prohibicji.
Rzeczywiście była wspaniała, ale po drugiej kolejce kazał mi się wynosić i nie mieć zbyt głupich pomysłów. Obiecałem mu to, nie wiem zresztą, dlaczego?
Kartoteka mieściła się w podziemiach. Zjechałem tam windą, wpisałem do książki korzystających z tych super tajnych informacji czasami kupowanych za ciężkie pieniądze i usiadłem na pierwszym z brzegu krześle.
Nie wiedziałem, czego mam szukać, więc zacząłem bardzo spokojnie by nie wzbudzić podejrzeń obserwującego mnie dyżurnego. Fiszka z nazwiskiem Carlucci była pusta, jeżeli nie liczyć informacji, iż wszystkiego na jego temat można dowiedzieć się po okazaniu pisemnej zgody szefa. Naturalnie to samo odnosiło się, do Harrisona, ojca Inez czy Scott. Dla hecy popatrzyłem na własną. Widniała na niej informacja: Trzy lata temu wyjechał na Bermudy. Pomyślałem, że jeżeli wszystkie kartoteki prowadzone są jak moja tylko marnuję czas. Ale okazało się, że przy nazwisku Whita widniał adres, którego nie znałem. Oraz dopisek, że zażywa narkotyki. Zapytałem dyżurnego czy policyjni

lekarze dopuszczani są do tego raju.
- Chyba jesteście nowi, albo z wyjątkowo zapóźnionego w rozwoju stanu - Wybrałem to drugie - Nikt poniżej oficera operacyjnego nie ma prawa tutaj wejść, a tym bardziej lekarz. Pokażcie jeszcze raz swoje papiery.
Kiedy wpatrywał się w stare jak świat zdjęcie zapisałem sobie na mankiecie koszuli nowy adres Whita. Naturalnie, że nie wolno było robić żadnych notatek, ale cóż. Byłem przecież nowy i nie wszystko musiałem wiedzieć.
Facet oddał mi legitymację z wyraźnym ociąganiem się, a kiedy wychodziłem powiedział, najpierw jednak sprawdziwszy, czy nikt nie słyszy:
- Schodzimy na psy, kiedy tacy jak ty mają utrzymać w ryzach noc panującą w mieście.
Zawróciłem, niby niechcący strąciłem kryształową rybkę stojącą na jego biurku.
-Jakim kolorem lejesz?
Popatrzyła na mnie osłupiały, lecz po chwili jego ręce latały nad moją głową, ale nie dotknął mnie.
- Odpowiadaj, kiedy pyta oficer - Po raz pierwszy użyłem władzy.
Zatrzepotał rzęsami, ryba zdematerializowała się, wiatr od zatoki docierał nawet tutaj.
- Na różowo, chociaż czasami, ale niezbyt często, zdarz się kolor tęczy.
- Tak przypuszczałem - Odpowiedziałem filozoficznie i wydobyłem się na powierzchnię. Nikt mnie nie gonił.
Po przejściu kilkunastu kroków w stronę parkingu zdałem sobie sprawę, że nie mam najmniejszej ochoty na prowadzenie samochodu. Taksówek było prawie tyle, co duchów, ale przecież nigdzie mi się nie spieszyło. Od chwili, kiedy White zamalował udo pewnej kobiety minęło kilka dni, więc jeszcze z pól godziny mógł poczekać. U jakiegoś wyblakłego emigranta z Nowego Jorku kupiłem kubek bakaliowych lodów i usiadłem na ławce. Nagle z poza dymu. Smrodów miasta i smogu wyjrzało słońce i poczułem się jak nowonarodzony.
- Często modlisz się chłopcze?
Mężczyzna wyglądał jak asfalt rozjechany przez ciężarówki, na dodatek posypany tonami sproszkowanej kukurydzy.
- Ostatni raz, kiedy wysłałem list do kościoła z prośbą o ochrzczenie. Modliłem się, by poważnie potraktowano moją prośbę.
Usiadł obok mnie i poczułem smród niemytego od lat ciała.
- Rozumiem - Cedził słowa jakby się bał, że wymknął mu się spod kontroli - Znudziła ci się religia.
- Nic mi się nie znudziło, ale zapisano mnie nie do tej, co należy mafii. Na dodatek wbrew moje woli.
Odsunął się od mnie na kilka cali, ale smród nie zelżał. Wprost przeciwnie.
- Bluźnisz synu.
- Oraz wydaję zbyt dużo pieniędzy, jem suszone pomidory i nie lubię spać na brzuchu.

Kiedy tylko zamknąłem usta smród razem z facetem znikł, a razem z nim przeświadczenie, iż nie umrę we własnym łóżku.
Nie wiem, dlaczego, ale pierwsza, wolna taksówka nie odpowiadała mi. Przepuściłem także drugą i trzecią. Wychodziło, iż nie mam najmniejszej ochoty przekonać się, co mieściło się pod adresem zanotowanym w kartotece Whita.
W końcu jednak zmobilizowałem się. Taksówkarz miał włosy koloru seledynowego. Nachyliłem się i dotknąłem ich. Nawet były całkiem przyjemne.
-Dokąd jedziemy?
Nie zadał zbyt oryginalnego pytania, więc popatrzyłem na mankiet koszuli, wypowiedziałem tych kilka pustych słów i przez blisko pół godziny jazdy nie zamieniliśmy ani słowa.
Kamienica, przed którą mnie wysadził nie była remontowana od nowości. Balkony zwisały sobie bezpańsko jakby nie przynależały do żadnego mieszkania, doniczki z przekwitłymi kwiatami wyrywały się poza obręb zjełczałych parapetów a chmara różnokolorowych dzieci na ma mój widok natychmiast urządziła zawody w pluciu.
Przez moment zastanawiałem się, czy wejść w ten zaduch, ale ciekawość zwyciężyła. Załapałem za kruczo-czarną perukę jednego z plujących i zapytałem o mieszkanie numer 45.
- Nie masz, po co tam iść. Gizella ma okres do końca tygodnia. W zamian radzę ci odwiedzić moją matkę. Młoda, jędrna i wspaniale po nitce dochodzi do celu.
Odsunąłem go jak zgniły owoc, wszedłem w korytarz cuchnący wszystkimi odmianami tęczy, rozejrzałem się za windą, ale takiego luksusu w tej strefie nie przewidziano.
Mieszkanie oznaczone numerem 45 czaiło się w załamaniu czwartego półpiętra. Nie zdążyłem nawet przycisnąć wspomnień po dzwonku, gdy drzwi otworzyły się i stanęła w nich wysoka, młoda, ale już przekwitła od zmęczenia kobieta z pytaniem w oczach.
- Podobno masz okres do końca tygodnia? - Czasami słowa wyrywają mi się same. Na przykład dawno temu pewną kobietę poprosiłem o rękę. Miałem zapytać o pociąg do Kansas a w zamian wyrwało mi się coś o małżeństwie, na co ona poleciała jak mucha do lepu.
- Czyżby? - Bardziej potwierdziła niż zaprzeczyła.
Wyminąłem ją i wszedłem. Uderzyła mnie czystość i schludność panująca w środku. Kobieta nadal stała w drzwiach nie zamykając ich.
Usiadłem na jedynym krześle, jakie zauważyłem, zapaliłem i dopiero wtedy kobieta znalazła się obok mnie.
- Masz na imię, Gizella? - Nie wiedziałem, od czego mam zacząć, więc grałem jak Bogart w złym filmie.
Nie odpowiedziała, podeszła do smutnej ściany, zastukała w nią i dopiero wtedy odpowiedziała.

- Należy się piętnaście dolców. Hermann trzyma najlepszą whisky w okolicy, ale będziemy musieli obejść się bez lodu.
Podałem jej dwudziestkę i nigdy nie zobaczyłem reszty, ale rzeczywiście whisky była niezła. Butelkę ze szklankami na srebnej tacy przyniósł wysoki, siwy mężczyzna ubrany w podkoszulek sięgający ziemi. Popatrzył na mnie spod oka, wesoło mrugnął do Gizelli i zniknął, chociaż jego obecność czuło się cały czas.
Gizella otworzył okno i trochę świeżego powietrza wpadło do pokoju nie przewracając butelki, ale za to osadziło się na brzegach szklanki.
- Na gwałt potrzebny mi jest White - Słowa nic nie znaczą, szczególnie, gdy się nie wie czy zostały wypowiedziane we właściwym kierunku.
-Dlaczego przyszedłeś z tym do mnie? - Była ostrożna, tak bardzo, kiedy w sekundę później zadzwonił telefon nie podniosła słuchawki.
Nie miałem nic do stracenia, więc co nieco opowiedziałem jej o roli Whita w sprawie, którą niby się zajmowałem.
Z drugiego pokoju, którego do tej pory nie zauważyłem, przyniosła rozpadające się krzesło z herbem na siedzeniu, usiadła na nim, ujęła mnie za rękę i długo się w nią wpatrywała.
- Kobiety mają przez ciebie zmartwienia, widać to wyraźnie.
- Tylko te, które rozstały się z rozumem. Ze mną nie wolno się zadawać, mam to nawet napisane na wizytówce, lecz każda z nich ma nadzieję na przekabacenie mnie na swoją stronę.
Roześmiała się, przenieśliśmy się na sofę a nawet znalazł się lód. Jedną kostkę długo ważyła w dłoni aż strużka wody popłynęła wzdłuż jej ciała.
-Co chcesz o nim wiedzieć? - Nie przypuszczałem, iż tak szybko się zdecyduje, więc byłem zaskoczony. Zauważyła to.
- Chcę go już mieć z głowy. Czy to takie dziwne? W Komu bije dzwon znajduje się scena, gdy...
Wstałem, wyszedłem na korytarz, oparłem o ścianę i zapaliłem. W sekundzie była przy mnie pytając, co się stało?
- Nie należy literatury mieszać z życiem. W Rosji pomieszano i czym się to skończyło?
W tej samej sekundzie obok moich nóg pojawiła się olbrzymia mysz i przerażona światłem zastygła w letargu. Nie pozostawało nic innego jak wrócić do mieszkania, usiąść na krześle, napić się i jeszcze raz zapytać o Whita.
- Kochałam go, aż do momentu - Zawahała się - Kiedy przekonałem się, iż mnie oszukuje. To znaczy - Szybko dodała - Odkąd go poznałam twierdził, że jest rozwiedziony a w tak zwanym międzyczasie przyszło na świat nowe dziecko. Kiedyś jego żona odwiedziła mnie i w imię tak zwanej kobiecej solidarności poprosiła, czy nie mogę dać mu wolnego. Powiedziała dosłownie: dupy możesz mu dawać, ale duszę zostaw w spokoju, ona należy do rodziny.
Zapadła cisza przerywana jedynie odgłosami grzebania zmarłych, oraz cichym skomleniem widać zagubionego słowika.

- Pewnego wieczoru spakowałam jego rzeczy i wyrzuciłam na korytarz. Nawet nie wiem czy je zabrał, czy rozkradła je hołota z sąsiedztwa.
Zastanowiłem się. Nigdzie nie było napisane, iż White jest żonaty i nagle wszystko zrozumiałem.
- Czy twój White był policyjnym lekarzem? - Chociaż znałem odpowiedź wszystko należało wyjaśnić do końca.
- Alfons, zwykły, obrzydliwy alfons ze złamanym nosem, a ja w czymś takim się zakochałam. Brał narkotyki jak ty proszki od bólu głowy, pieprzył mnie od tyłu by nie patrzeć mi w twarz, żarł kukurydzę i nie cierpiał się myć.
Zapisałem jej numer telefonu i obiecałem, że w przyszłym tygodniu razem zjemy kolację, ale gdy w miesiąc później wykręciłem tych kilka cyfr okazało się, iż podała mi zły numer.
Taksówkę zamówiłem telefonicznie, ale kiedy dowiedziano się skąd miano mnie zabrać nie za bardzo chciano przyjechać, dopiero, kiedy zgodziłem się zapłacić podwójnie zlitowano się i znowu znalazłem się w centrum.
Dochodziła trzecia. Miałem dwie godziny do obiadu u Inez. Wpadłem do domu, przebrałem się, napiłem kawy. Szachownica aż prosiła o zainteresowanie się nią, lecz odłożyłem tę jedyną przyjemność jak mi jeszcze pozostała do wieczora. W zamian popatrzyłem na zdjęcie, na którym razem ze Scottem wychodzimy z budynku policji i nie wiem, dlaczego przyszło mi do głowy, że ukrywają się razem z Whitem. Tylko gdzie? I dlaczego?
Ciche pukanie w drzwi oderwało mnie od głupich myśli. Otworzyłem. Korytarz był pusty. Zmęczenie zaczynało się nasilać, lecz nie widziałem sposobu by temu zaradzić.
W końcu wyszedłem z domu, odnalazłem grata, podjechałem po kwiaciarnię i kupiłem wiecheć dla Inez. Dosłownie. Sprzedawczyni, mała Kolumbijka za wszelką cenę chciała przekonać mnie do bukietu róż, lecz nie dałem się wywieźć w pole, rzuciłem kwiaty na tylnie siedzenie i odwiedziłem najbliższy bar.
Pustawo, okrągłe beczki wlewały w siebie kufel za kuflem, poprosiłem o szklaneczkę rozcieńczonej whisky i usiadłem pod oknem. Chociaż siedziałem w knajpie w centrum miasta widziałem przeciwległy brzeg zatoki. Było przyjemnie aż do momentu, gdy nie usłyszałem pytania:
- Jak to możliwe, by dorosły człowiek zajmował się wyrabianiem zegarków z kukułką?
Nie odwracając się odpowiedziałem:
- Znam tę spiewkę, jej następny człon brzmi: pracuję w fabryce majtek, muszę ściągnąć pięć tysięcy par rocznie.
Głos rozpłynął się. Znowu byłem sam. Nie miałem najmniejszej ochoty na wizytę u Inez, nawet rozejrzałem się za telefonem. Przeraźliwa knajpa i ja, samotny włóczęga bez stałego zajęcia. Przecież dociekanie, kto kogo zabił i dlaczego, babranie się w małżeńskich czy rodzinnych brudach nie jest żadnym zawodem. Może w czarnych kryminałach czytanych, kiedy nie można zasnąć ma to jakiś sens, ale nie w życiu, które podobno jest czymś wyższym i wspa -

- nialszym. Wzdrygnąłem się i przeszły mnie ciarki.
Podszedłem do baru, zapłaciłem i nagle w jednym z gości rozpoznałem Whita. Podszedłem do niego, ale ten okazał się miłym staruszkiem, któremu za rok kończy się emerytura.
- Wyliczyli, że mam żyć 82 lata. Dłużej nie mają zamiaru płacić mi tych odpadów od dobrobytu. Czy to normalne?
Opuściłem go bez pożegnania. Nawet tego nie zauważył. Wpatrywał się w pusty kufel z intensywnością szpaka. Nie jestem nawet pewien, czy widział w nim własne dno.
Zachmurzyło się, nawet zaczęło padać i dach mojego grata zaczął przemakać, więc u Inez pojawiłem się cały przemoczony.
Natychmiast zaprowadziła mnie do łazienki, zdarła ze mnie ubranie i razem ze mną wpakowała się do wanny.
- A obiad? Zaproszeni goście?
Polała mnie wrzątkiem i odparła, że jestem jedynym. Nie zdziwiło mnie to, mogłem się tego spodziewać.
- Jesteś rozczarowany? - Leżeliśmy w łóżku a zapachy dochodzące z kuchni tylko mnie drażniły.
- Mogłem zjeść na mieście lub w ogóle. Poza tym miałem tylko siedemdziesiąt dwie godziny na...
-Na co?
Nie za bardzo miałem ochotę opowiadać jej o układzie zawartym z jej ojcem, więc przeszedłem do ataku.
-Co będzie jak zjawi się twój mąż? - Co prawda interesowało mnie to jak problem życia po śmierci, ale kiedy nie ma się nic do powiedzenia każdy pretekst jest dobry.
Oparła się na łokciach, podciągnęła biust i wysylabizowała jak kaczka w prze dzień święta dziękczynienia:
- Nic mnie to nie interesuje. W takiej sytuacji ojciec kazał mi natychmiast przysłać po siebie. Pewnie ma zamiar dać, Scottowi satysfakcjonującą go odprawę i ten odpłynie skąd przybył.
-Czyli skąd?
Wymieniła nazwę. Nigdy wcześniej o takiej dziurze nie słyszałem, ale było mało prawdopodobne by akurat tam się ukrywał.
Wstałem, nałożyłem koszulę, przeszedłem do kuchni i nalałem trochę zupy na talerz.
- Gdybyś się zgodził moglibyśmy codziennie wspólnie jadać.
- Wcześniej odwiedzając łazienkę, Szybko by ci się znudziło. Jestem mało wybredny, wystarczają mi papierosy i kawa. Co do kuchni francuskiej nie mam wyrobionego zdania. Podobnie jak z tak zwanym wykwintnym jedzeniem. Mierzi mnie, jak zresztą wszystko.
Zacząłem się ubierać a w drzwiach przypomniałem sobie, że przecież kupiłem dla niej kwiaty.

- Zjedź ze mną na dół a staniesz się bogatsza o wiecheć uschniętych kwiatów. Nie zbyt wyszukany, ale zawsze.
Rzuciła we mnie pantoflem. Zabrałem go ze sobą i razem z kwiatami zostawiłem u portiera. Nawet nie zapytał, dla kogo są przeznaczone. Mało go to obchodziło, podobnie jak mnie.
W jakiś czas później zatrzymałem się przed księgarnią, wszedłem do niej i zapytałem, czy mają jakieś nowości.
- Wyłącznie - Dziewczę było wysokie, szczupłe, ale wydawało mi się, że nie potrafi czytać. Zapytałem o to.
Rozległ się pisk, nie wiem skąd pojawił się żylasty facet i oboje bez większych przeszkód z mojej strony wyrzucili mnie na ulicę.
Przez chwilę siedziałem na krawężniku, ale szybko się pozbierałem, zaparkowałem grata na najbliższym, przeznaczonym do tego celu placu przypominającym pole po średniowiecznej bitwie, zatelefonowałem do biura zleceń i zapytałem, czy były do mnie jakieś telefony, lecz kiedy odpowiedź brzmiała, że mnóstwo, natychmiast odłożyłem słuchawkę. Nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego.
Knajpa, do której wszedłem w kilka chwil później bardzo mi się spodobała. Coś na kształt koła, w środku bar a za nim malutki człowieczek o odstających uszach i przerażających brak w uzębieniu, ale za to nad wyraz sympatyczny. Od razu zamówiłem podwójną whisky.
Podał mi ją w pozłacanej szklance, a na moje pytanie zawarte w oczach:
- Natychmiast poznaję swojego, tego nie da się ukryć. Są niedzielni pijacy, albo amatorzy, którzy przez lata chcieli ten błysk w oku wypracować, ale to nie jest możliwe. Jego się ma - jakby od urodzenia - albo szukaj baby w stogu siana.
Nie tchnąłem szklanki i wyszedłem. Drzwi zamknęły się same i na powrót znalazłem się na pustej ulicy, na której przechodnie przebrani za ludzi próbowali udawać samych siebie.
Jeżdżąc bez celu ulicami przypomniałem sobie o Grubym Joe. Jak zwykle siedział na rozkładanym stoliku, stosy gazet piętrzyły się przed nim jak przed innymi drobne pieniądze a butelki po piwnie pewnie miały przypominać o mijaniu czasu.
- Nadal czytasz Henry Millera? Zapytał, jak tylko mnie rozpoznał.
- Nie mam na to czasu. Uwikłałem się w gówno, które nie pozwala mi na przewracanie kartek w opowieściach z cudzego życia.
Uśmiechnął się, ale jakoś blado, może trzydziestolatek, którym był, znowu przegrał z sześćdziesięciolatkiem, którym chciał jak najszybciej zostać?
- Słyszałem. Rozglądasz się za Whitem i Scottem, sypiasz z córką Harrisona a na boku z,,,
Rzuciłem w niego skórką z wiewiórki.
-Jeżeli jeszcze, chociaż trochę mnie lubisz, zamilcz - Poprosiłem - Nie mam ochoty słuchać aż o tak prymitywnych wyczynach.

Z trudnością, ale jednak jakoś się podniósł. Krasnoludki złożyły krzesło, uprzątnęły gazety i butelki.
- Wyjdźmy do domu, korzonki...
Wewnątrz stara Murzynka grała na fortepianie, ikebana z kwiatów wypełniała salon a zamrożona butelka szampana schowana pod stołem czekała na swoją kolej.
- Nadal nie pijesz? - Wskazał na szampana.
Przecząco pokręciłem głową i zacząłem zastanawiać się, po co do niego przyszedłem. Widać odgadł moje myśli.
- Handel wymienny - Zaproponował.
- Nie posiadam nic cennego, jeżeli nie liczyć samego siebie.
Zaczął rechotać, a krasnoludki postawiły przede mną kwadratową szklankę po brzegi wypełnioną przeźroczystym płynem
- Chcesz mnie upić? Starzeję się i coraz częściej tracę poczucie czasu i rzeczywistości. Nawet znowu stałem się policjantem, co prawda tylko na trzy dni, ale jednak.
- No właśnie - Wpadł mi w słowo - My znajdziemy jednego z tych, co potrzebujesz, a w zamian ty dowiesz się o...
Nachylił się, strącił kwadratową szklankę, ale nazwisko dotarło do mnie. Nic mi nie mówiło, lecz dla Joego warte było kupę pieniędzy. Albo jeszcze więcej.
- Wystarczy jak dowiesz się, w którym areszcie śpiewa. I po sprawie. Reszta w rączkach moich uroczych chłopców. A w zamian, jutro obiecuję ci...
Udawałem, że się zastanawiam, ale w końcu wymówiłem nazwisko. Whita.
Natychmiast skinął na krasnoludka a ten pojawił się z telefonem. Sharpa nie było w domu, ale żona niechętnie, ale jednak, poinformowała mnie gdzie gra w golfa. Trwało wieki zanim ściągnięto go z trawy. Krótko opowiedziałem, co potrzebuję. Nawet roześmiał się, kiedy skojarzył, że konkurencji zginie koronny świadek. Do tego w komisariacie. Poprosił o telefon za kilka minut. Wypełniliśmy ten czas popijając. Ja whisky w Joe nieodłącznego szampana. W piętnaście minut później dobiliśmy targu. Podałem Joemu numer komisariatu a on w zamian obiecał do godziny 12 jutrzejszego poranka odnaleźć Whita, lub przynajmniej znać jego miejsce pobytu.
Odprowadził mnie do samochodu. Krasnoludki chciały mu towarzyszyć, ale przegonił je machnięciem ręki a te, chyba ze złości, jeszcze bardziej się skurczyły.
- Piękny był by świat - Rozmarzył się - Gdyby zawsze współpraca z policją układała się jak z tobą.
-Ale przecież w najbliższych godzinach zginie człowiek, do tego jakby za moim przyzwoleniem.
Zatrzymał się. Niezwiązane sznurówki w trampkach walały się w błocie.
- I co z tego? Za dużo mówi, a jak sam wiesz gaduły powinny znaleźć się w mniejszości, inaczej świat znajdzie się na krawędzi.
Podał mi mokrą rękę i poprosił, bym nie telefonował tylko zjawił się osobiście.

Obiecałem. W chwilę później patrzył jak odjeżdżam. Przestępca i policjant związani tymi samymi sznurami.
Zapadł już zmierzch, kiedy znowu znalazłem się w centrum. Poczułem okropny głód, więc wstąpiłem do baru zachwalającego wątróbki z kury. Dębowa, długa na kilkanaście metrów ława na stałe przytwierdzona do podłogi, nad nią stół tej samej długości, żelazne talerze i widelce łańcuchem przywiązane do specjalnych uchwytów.
Trochę się zdziwiłem, ale postanowiłem zaryzykować. Jedzenie było wyśmienite a sceneria tylko dodawała smaku.
Na koniec poprosiłem o piwo, ale właściciel zaprzeczył ruchem głowy.
- Żadnych alkoholi, tytoniu czy kobiet. Po jedzeniu modlitwa, a kto nie potrafi się modlić, wynocha.
-Ale przecież demokracja i tak dalej - Palnąłem jak nawiedzony.
- Chyba nie wiesz synu, o czym mówisz. Demokracja jest tylko dla sytych i bogatych. Całe reszta musi czuć strach, w przeciwnym wypadku znowu czeka nas piekło.
Położyłem pieniądze na brzegu lady, ale brodaty właściciel natychmiast wepchnął mi je z powrotem do kieszeni.
- Zapłatą jest modlitwa, jeżeli zapomniałeś słów chętnie cię nauczę. Powtarzaj tylko za mną...
Po trzech nieudanych podejściach wyrzucił mnie za drzwi. Miałem zamiar wrócić i zapytać, co ten wyimaginowany Bóg ma wspólnego z kurzymi wątróbkami, ale dałem spokój. Świat przepełniony jest wariatami. A ten niewątpliwie był jednym z nich, tylko, kto za to wszystko płacił?
Do spotkania z współpracownicą Carlucciego została godzina. Wszedłem do pobliskiego kina, wybrałem ostatni fotel i natychmiast zasnąłem. W czterdzieści pięć minut później wypoczęty wybierałem nowy krawat ze stosu, który sprzedawczyni czynnego jeszcze sklepu wyłożyła na ladę. Nie mogłem się zdecydować, więc zapytałem:
- Mam spotkać kobietę. Który z nich będzie najbardziej odpowiedni?
Spojrzała na mnie z przestrachem. Mieścił się w nich cały świat łącznie z Arką Noego oraz ostatnimi wojnami.
- Nie mam zielonego pojęcia. Pracuję na stoisku rybnym a przed godziną koleżanka poprosiła o zastępstwo. W przyszłym roku chce rodzić.
Wybrałem szafirowy w delikatne wzorki. Naturalnie nie potrafiła go zawiązać, więc musiałem się męczyć sam.
- Wspaniały - Pochwaliła węzeł - węzeł czy przypadkiem nie chcesz trochę jesiotra? Na tym się znam.
Nie chciała przyjąć zapłaty, ale jakoś udało mi się wcisnąć kilka dolarów. Wyglądała jakby ją parzyły, lecz po chwili namysłu wrzuciła je do torebki.
Nigdy nie lubiłem wchodzić trzeźwy do restauracji, więc by tradycji stało się zadość wypiłem kilka szklaneczek w barze kilka kroków od Hawany, trochę porzucałem lotkami, kilka chwil jakiejś wygniecionej dziewczynie wpatrywałem

się w biust, aż w końcu jej ojciec nasłał na mnie straż pożarną pod postacią własnej żony. Było to babsko ważące około dwóch ton, z rozcapierzonymi płetwami i wielką brodawką na czole.
- Za patrzenie się płaci synu - Dyszała jak śniegi Kilimandżaro.
- Dopiero powyżej czwórki. Prawo stanowe z roku 1865 oraz trzecia poprawka do niego zwana także czasami paragrafem Harpera wyraźnie rozgranicza, od jakiego rozmiaru. Ponieważ pani córka jak przypuszczam jest niepełnoletnia płaci się dopiero od czwórki wzwyż.
Widziałem zdziwienie na różnych twarzach, czasami nawet na martwych, ale tak wykrzywionej mordy jeszcze nie.
- Mówisz poważnie synu?
Wstałem i wyszedłem. Kiedy już byłem przy drzwiach zorientowałem się, iż jedną z lotek nadal trzymam w ręku. Odwróciłem się i rzuciłem nią w grubasa. Weszła miękko w pulchne ciało.
Jak już było w zwyczaju portier w Hawanie nie chciał wpuścić mnie do środka, ale tym razem miałem argument w postaci policyjnej oznaki. Jednak jak na mój gust zbyt szybko odzyskał tupet i pewność siebie graniczącą z arogancją.
- W dalszym ciągu nie jestem przekonany, czy nie powinieneś skorzystać z wejścia dla dostawców. Policjant jest przecież jak dostawca...
Kopnąłem go w krocze, a kiedy stęknął i skulił, ze stolika, na którym miał telefon i różne podobne głupstwa wziąłem różę, przełamałem i tę mniejszą cześć wepchnąłem mu w zęby. Wyglądał jak żywa reklama abstrakcyjnej sztuki.
Gdy patrzyło się na niego z baru, do którego natychmiast się udałem, prezentował się jeszcze bardziej nieziemsko, wypiłem szybkiego kielicha i udałem na obchód knajpy w poszukiwaniu dziewczyny, która była najbliższą współpracownicą, Carlucciego, ale nigdzie nie natknąłem się na nią. Zły miałem zamiar wyjść, kiedy nagle podeszła do mnie uderzająca piękność i zapytała całkiem ludzkim głosem:
- Czy aż tak się zmieniłam?
Uszczypnąłem się, świat rozpadł na połowy a ja momentalnie o tej złej zapomniałem.
- Wybacz, ale umówiłem się z dziennikarką a nie modelką z pierwszej strony...
- Co jedno z drugim ma wspólnego? Mam na imię Roselin.
Przywołałem kierownika Sali i poprosiłem o stolik. Mamrotał coś o rezerwacji, której naturalnie nie dokonałem, ale uroda mojej towarzyszki pewnie przeważyła i po chwili ostrożnie prowadził nas, jak przez osuszone jezioro pełne szkieletów i skarbów.
- Mam ochotę na rybę - Podano nam kartę, ale wcale w nią nie spojrzałem. Zastanawiałem się, o co mam zapytać Whita, kiedy go jutro spotkam. Z odrętwienia wyrwało mnie pytanie Roselin, po co się z nią umówiłem.
- Nie wiem - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą - W redakcji nie wiedziałem, o co mam cię zapytać - Przerwałem i pomyślałem o banalności tego, co powiedziałem i spróbowałem z innej beczki - No, może wiem, ale nie do końca.

Dłonią dotknęła ust i zamilkłem. Sala także ucichła, chociaż szkielety z dnia jeziora na szczęście nie zmartwychwstały.
- Na pytania zawsze jest czas, ale ponieważ tak rzadko gdzieś wychodzę mam do ciebie prośbę. Czy o Carluccim i związanym z nim burdelu nie możemy porozmawiać później?
Było mi to na rękę, więc ochoczo się zgodziłem. Skinęła na kelnera a ja z podziwem przypatrywałem się jak zamawia, najpierw przekąski, później dania główne a na końcu wina. Zdałem się na nią zupełnie, nie miałem apetytu, lecz kiedy dyskutowała z kelnerem dodatki poczułem ssanie w żołądku.
- Ile chcesz mieć dzieci? - Zapytałem patrząc jej w oczy, gdy w końcu zostaliśmy sami.
- To zależy, kto ma mi je zrobić.
Wstałem i ukłoniłem się. Zaczęła się śmiać jak obłąkana, ale po chwili wróciła do równowagi.
- Troje.
Złożyłem serwetkę i zacząłem rozglądać się za kelnerem, ale przytrzymała mnie za rękę prosząc czy wcześniej nie możemy zjeść.
Po kolacji przeszliśmy do baru i Roselin natychmiast posmutniała. Wiedziałem, o co jej idzie, więc nie pytałem o Carlucciego. Zresztą, co mnie obchodził? Przed pięcioma laty pograł jak dureń, więc niby, dlaczego miałem go opłakiwać?
- Widziałam kiedyś obraz, właściwie nie przedstawiał nic - Zamówiła whisky, ale jej nie tknęła - Ale w tych kilku kolorowych plamach mieściło się całe moje życie. Najbardziej zaskakujący był dla mnie podpis: autor nieznany.
Orkiestra zaczęła grać, w tle jakby zamajaczył cień Vivian, lecz na takie drobiazgi nie zwracałem uwagi.
- Nigdy więcej już do tego muzeum nie poszłam. Może odwieziesz mnie do domu? - Był to bardziej rozkaz niż prośba.
Ulice były pełne deszczu, więc jechałem ostrożnie. Przytuliła się do mnie, a ja nie wiedziałem jak mam się zachować.
- Pewnie masz dużo kobiet. Nasz fotoreporter twierdzi, że niezły z ciebie dziwkarz.
Zatrzymałem samochód, zapaliłem i wysiadłem. Wiatr znad zatoki niósł z sobą chłód a razem z nim spokój. Dotknęła mojego ramienia, ale nie zareagowałem.
- Czasami kobiety bywają zazdrosne o przeszłość.
- Nie ma, o co - Odpowiedziałem bardziej w przestrzeń niż do Roselin - Spocone lub znudzone ciało nie jest warte by o nim pamiętać.
-Więc, po co za nimi gonisz?
Zastanowiłem się. Jakaś okropnie długa ciężarówka mijając nas włączyła wszystkie światła i poczułem się jak na bezludnej wyspie.
- To będzie szalenie trudne do wytłumaczenia - Niedopałek wrzuciłem do najbliższej kałuży - Czasami, by nie czuć się samotny, czasami z nudów.

124.

- A ze mną? Który z tych punktów?
Przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem. Przez moment wydawało mi się, iż jest właśnie tą mistyczną samotnością, której zawsze szukałem.
- Żaden.
Wróciłem do samochodu, zapuściłem silnik, ale Roselin nie poruszyła się. Usiadła obok mnie dopiero po kilku minutach.
- Byłam kochanką Carlucciego, powinieneś to wiedzieć - Miała najcichszy z szeptów, jakie kiedykolwiek słyszałem.
- Nic mnie to nie obchodzi - Skłamałem - Ale jeżeli już o tym mówimy, chciałbym wiedzieć, dlaczego ożenił się z Doroteą?
-Ponieważ ja nie chciałam za niego wyjść.
Nie wytrzymałem i podniosłem głos, chociaż nie powinienem był tego robić - Dwoje obcych sobie ludzi w rozlatującym się samochodzie gdzieś na skraju ludzkiej puszczy.
-Jakie to wszystko proste - Krzyczałem - Carlucci żeni się, ponieważ ty go nie chcesz. Już zupełnie nie liczy się fakt, że wybranka to przecież jedna z najlepszych partii w mieście. Co mówię - poprawiłem się - w całym stanie.
Poprosiła o papierosa i zapaliła z charakterystycznym dla niewprawnych palaczy ruchem.
- Podobno była w ciąży, ale nie wiem, z kim. Może Carlucci także nie wiedział? Dobrze mu za to małżeństwo zapłacili. Ale rozwód miał nastąpić nie wcześniej jak za dwa lata. Podpisał nawet specjalny dokument.
- Nie mogła pójść na zabieg?
Nie patrząc na mnie odpowiedziała. W tym momencie jej papieros był już martwy, jak świat w niektórych bajkach.
- Niestety nie. Przy poprzednim coś jej sknocili i teraz każdy następny groził komplikacjami, komplikacjami przecież tatuś ma ochotę zostać gubernatorem. Nie, na taki skandal nie mogli sobie pozwolić.
-Ale, dlaczego akurat Carlucci?
Długo patrzyła przed siebie zanim odpowiedziała. W tym czasie zdążyłem z małej, płaskiej butelki pociągnąć porządny łyk.
- Raz, że potrzebował pieniędzy, dwa, nie był żonaty, trzy, jakby na to nie patrzeć, był kimś. Rodzina Harrisonów nie mogła sobie pozwolić na mezalians. Dziennikarz, nawet z rubryki towarzyskiej mieścił się w granicach dopuszczalnego błędu.
Bezwiednie ruszyłem, ale nie przejechałem więcej jak pół mili, gdy znowu zapytałem:
- Nie wiesz przypadkiem, dlaczego ją zamordowano? A przy okazji i jego? - Nagle zadawania dziwnych pytań stało się moją specjalnością.
- Oczy pełne snu.
Pewnie domyślając się mojego zdziwienia dodała:
- To są jego słowa. Przez przypadek byliśmy sami w pokoju, kiedy dowiedział się, że jego żona nie żyje.

125.

- Oczy pełne snu - Powtórzyłem jak echo.
W pewnej chwili kazała mi się zatrzymać. W ciemnościach majaczyła jakaś buda i w pierwszym odruchu pomyślałem, że musiała pomylić kierunki.
- Oto speluna, do której, przed wielu laty, obiecałem sobie wejść z mężczyzną, którego pokocham. Idziemy.
- Byłaś tutaj, z Carluccim? - Okazałem się przyziemnym, nic niewartym kawałkiem słoniny.
Knajpa nie posiadała drzwi wejściowych. Od razu po przekroczeniu progu znajdowałeś się w barze. Jedną nogą jeszcze byłeś na zewnątrz a drugą dotykałeś metalowej listwy podtrzymującej siedzenia.
- Dwa piwa, a dla pana whisky - Przejęła stery dowodzenia i dobrze na tym - jak na razie - wychodziłem.
Towarzystwo, no, może zbyt górnolotne słowo. Hołota, która się tam zbierała odpowiadała mi. Swój swojego zawsze rozpozna.
- O czym myślisz? - Wypiłem już kilka szklaneczek a i zmęczenie zrobiło swoje, więc odpowiedziałem z niechęcią, iż właśnie zastanawiam się, w którym momencie popełniłem błąd.
- Jednym z najcięższych jest ten pierwszy, w odpowiednim czasie nie trafiłeś na mnie.
Coraz mniej przestawała mi się podobać. Czasami upodabniają się do pająków i tkają pajęczynę nie mając do tego prawa.
- Tak zadecydowała przyroda. Kiedy się rodziłaś ja większą część nauk miałem już za sobą, a na studia wybierałem się...
Popatrzyła na moje nie pastowane od nowości buty.
- W ogóle nie widać żebyś czegoś się uczył. Wiesz, kto, i kiedy, wymyślił wyścigi psów? Lub obracanie kota w worku?
Jak chciała potrafiła być sympatyczna, tylko nie wolno mi było wyciągać z tego żadnych wniosków na przyszłość.
- Nie to miałem na myśli. Zastanawiałem się, w którym momencie sprawa, którą niby prowadzę wymknęła mi się spod kontroli? Podobnie z regulacją urodzin. Niby jesteś pewna...
Skinęła na barmana i zażądała szampana, ale na szczęście okazało się, że czegoś takiego nie prowadzą.
- Żądaj każdej odmiany narkotyków, kobiet czy facetów o nieprzewidzialnej odmianie skóry lub rodzaju fujary - załatwi się bez większych problemów - ale takiego świństwa? Wybacz - Barman był szczerze obrażony.
- Mam jedną butelkę w domu schowaną na specjale okazje. Pomożesz mi ją otworzyć? - Jakoś próbowała wybrnąć z groteskowej sytuacji.
- Pod warunkiem, że nie będę musiał...
- Nic nie będziesz musiał - Wpadła mi w słowo - Otworzysz butelkę, przez chwile dotrzymasz mi towarzystwa a później możesz spływać.
Wypiła nie więcej jak dwa kieliszki i zasnęła. W drodze do kuchni. Oparła się o ścianę, zamknęła oczy i osunęła się na podłogę nie robiąc sobie przy tym

żadnej krzywdy.

Przeniosłem ją na łóżko, zdjąłem z niej kilka rzeczy, przykryłem kocem, zgasiłem światło, butelkę schowałem za olbrzymiego kaktusa i cicho zatrzasnąłem drzwi. Czułem się przy tym jakbym zamykał drzwi od nie swojego świata.
Była pierwsza, kiedy wylądowałem w domu. Przyjrzałem mu się uważnie. Ostatnimi czasy nie za wiele w nim przebywałem, ale jakie miało to znaczenie? Wszystko to przecież przedmioty martwe, które nie mogą mieć prawa do decydowania o moim losie.
Rozebrałem się, wszedłem pod prysznic, ale w dalszym ciągu pytanie, dlaczego Carlucciego wybrano do małżeństwa z Doroteą nie dawało mi spokoju.
Vivian odpowiedziała zaspanym głosem dopiero w trzy minuty po wykręceniu numeru. Zapytałem ją, dlaczego akurat Carlucci, ale nie odpowiedziała Bardziej interesowało ją skąd telefonuję.
- Z Hawany.
- Nie kłam, nie słychać muzyki.
- Zawsze mogę włączyć radio.
- Chcesz, żebym przyjechała?
- Broń boże, byłabyś dzisiaj czwartą a ja nie mam cierpliwości do...
Ze złością odłożyła słuchawkę, ale przecież sam byłem winien. Nie budzi się panienek w środku nocy bym opowiadać im o innych.
Nastawiłem budzik na ósmą, ale długo nie mogłem zasnąć. A kiedy już się to stało śnił mi się długi most, po którym szedłem bez końca przekonany, iż po jego drugiej stronie czeka na mniej ktoś, kto pozbawił życia Doroteę, Carlucciego oraz prawdopodobnie kobietę podającą się za niańkę dzieci pani Harrisona.
Kiedy budzik dał znać o swoim istnieniu natychmiast ból głowy wypełnił całą moją czaszkę. Wstałem z trudnością, usta przepłukałem akca selcerem, jako tako ogoliłem się, nastawiłem ekspres z kawą, przeszedłem go holu i jak codziennie wrzuciłem do kosza masę reklam i rachunków. Życie, które prowadziłem nudziło mnie. To pewne jak dwa razy dwa. Ale czy miałem jakieś inne wyjście? Naturalnie. Znajdowało się schowane u Ondraszka, lecz po raz kolejny nie skorzystałem z tej szybkiej możliwości zostania kimś innym, zresztą nie wiem, z jakich powodów.
Nie wiedziałem gdzie Dorotea i Carlucci brali ślub, ale tych miejsc nie było znowu tak wiele.
Centralny Rejestr dzięki policyjnej legitymacji otworzył się przede mną jak mityczny Sezam, a panienka o kruczoczarnych włosach wdzięcznie kazała mi poczekać, a w jakieś dziesięć minut później położyła przede mną interesujące mnie dokumenty.
- Przystojny pan i do tego policjant.
Popatrzyłem na nią zdumiony.
- Sądzi pani?
- Nie sądzę, jestem o tym przekonana.

Odeszła majestatycznie kołysząc biodrami jak ryba, której brakuje powietrza. Powinienem był pobiec za nią, błagać by rzuciła to swoje idiotyczne zajęcie w kartotece i zajęła się mną aż do późnej starości, lecz nie ruszyłem się z miejsca. Wolałem pchać ten wózek sam, nawet, kiedy brakowało mi sił, ochoty czy motywacji.
W zamian popatrzyłem na kawałek papieru, który zrobił z Carlucciego najpierw człowieka żonatego, a najprawdopodobniej trochę później i martwego. Zdumiała mnie jego data urodzenia, dziwnie podobna do mojej, Człowiek nie może być aż tak szybko starym. Ale nie to interesowało mnie najbardziej. Chciałem wiedzieć, kto występował jako świadkowie, chociaż powinien był się tego domyślić. Ich podpisy nie zaskoczyły mnie: Vivian i Sharp.
Zupełnie mi się to nie podobało. Cholernie mało, jak na mój gust, ludzi było zamieszanych w tę sprawę. A co ciekawsze, dwie z nich już nie żyły.
Z pustego pomieszczenia, w którym siedziałem patrząc na kartkę papieru, która niestety nie chciała opowiedzieć nic więcej wyszedłem na korytarz, zapaliłem i zacząłem rozmyślać o kobiecie podającej się za niańkę od dzieci Harrisona. Trochę ją znałem, raz nawet pozwoliłem potrzymać się za kolano, ale dlaczego kłamała twierdząc, że jest zatrudniona przez Harrisona? I do czego kłamstwo to było jej potrzebne?
Znowu pytania, na które nie znałem odpowiedzi. Wsiadłem do samochodu, już miałem ruszyć, gdy rozwiązanie, szalenie proste i nieskomplikowane objawiło się w całej swojej doskonałości.
Podjechałem pod budynek policji, dowiedziałem się jak się ta kobieta nazywa i wróciłem do Centralnego Rejestru, ale panienka o kruczoczarnych włosach znikła ustępując pola ciężkiemu posągowi nienawykłemu do mówienia. Ale pomimo tego posąg pracował równie szybko jak jej koleżanka.
By ukryć rosnące napięcie nie od razu popatrzyłem na dokument, który mi podała. Podszedłem z nim do okna, przetarłem go otwartą dłonią chcąc odwlec moment, w którym moje przypuszczenia miały się potwierdzić, lub nie.
Ale miałem rację. Kobieta była związana z Whitem, nawet od czterech lat według prawa uchodziła za jego żonę.
Nie oddałem, jak tego nakazują przepisy, kawałka jakby cudzego życia, schowałem go do kieszeni i cicho znikłem. Nikt mnie nie gonił. Pustka jak po rozlanej zupie czy kawałek donkiszotowskiego wiatraka jako eksponat na wystawie sprzętu rolniczego.
Na szczęście w pobliżu znajdował się park. Usiadłem na pierwszej, wolnej ławce i pomyślałem o zalanej słońcem plaży, na której z butelką piwa można przyglądać się czeszącym się mewom, a nie zajmować sprawami, które jakby nie miały początku, a tym bardziej końca.
Dziecko nie miało więcej jak cztery lata, w buzi trzymało palce a buty, które miało na nóżkach znacznie różniły się rozmiarami.
- Nie chciałbyś zostać moją mamusią? - Zapytało z nadzieją siadając obok.
- Wybacz, ale raczej niechętnie. Nie nadaję się do aż tak odpowiedzialnej funkcji.

Przez chwilę milczało. Jakiś miłośnik grzybów z przyrządem do wykrywania min biegał wokół nas zataczając coraz szersze kręgi.
- Nie przejmuj się, właściwie nikt się nie nadaje, ale kobiety nadal ochoczo ściągają majtki i to coraz częściej. Można powiedzieć: filozofia śmierci.
Dziecko podało mi rękę i znikło, miłośnik grzybów chyba coś znalazł, ponieważ z radosnym okrzykiem pochylił się nad ziemią. Zostałem sam, czyli nic nowego, jeszcze raz popatrzyłem na dokument informujący o kobiecie, która także przestała istnieć, niechętnie podniosłem się, wiewiórka bacznie mi się przyglądała, nawet zrobiła kilka kroków w moim kierunku, ale widać rozmyśliła się, wskoczyła na pień drzewa i tyle ją widziałem. Chciałem być nią, to pewne jak noc, która miała nadjeść.
Miałem prawie godzinę do spotkania z Grubym Joe. Wypełniłem ją jeżdżąc bez celu po mieście. Kiedy nadszedł czas wjechałem we Wschodnią Dzielnicę i po kilku minutach siedziałem naprzeciwko niego. Ten jak zwykle na rozkładanym krześle, butelki z piwem i tak dalej.
- Pewnie chcesz wiedzieć, co z Whitem?
Milczałem, było mi wszystko jedno czy powie mi gdzie mam go szukać, czy nie. Zapaliłem, odmówiłem, kiedy krasnoludek próbował wcisnąć mi w dłoń szklankę i jakby do siebie, ale dostatecznie głośno powiedziałem:
-Kiedy go odnajdę ktoś wpadnie w kłopoty. Może nawet on sam?
- Zawsze tak się dzieje, nie miej wyrzutów sumienia. Od dnia, gdy wygnano nas z Raju prawo dżungli nie przestało obowiązywać. Słabszy, albo mający nijakie poparcie odpada. Jak bańka mydlana od nieprzepisowo ubranych kobiet.
Nagle rzucił we mnie kluczem i podał adres. Dość luksusowej dzielnicy w centrum miasta.
- Znarkotyzowany, więc nie groźny, co najmniej do wieczora. Później wystarczy znowu kilka gramów by stał się potulny jak baranek. I można tak w koło, chociaż już jest po tej stronie z której się nie wraca. Nie jestem pewien, czy będziesz miał z niego jakiś pożytek.
- Chcę tylko porozmawiać.
-Więc nie przedawkuj. To, czego mu potrzeba znajdziesz w słoiku po dżemie truskawkowym w kuchni na górnej półce. Wystarczy na kilka dni, więc...
- Powinno być po wszystkim w niecałą godzinę. Nie mam najmniejszego zamiaru wiązać się z nim na stałe. Nie jest w moim typie.
Joe uszczypnął najbliżej stojącego krasnoludka, a ten momentalnie, zębami otworzył nową butelkę z piwem.
- Ciekawi mnie, co takiego zrobił?
- Postawił trafną diagnozę zanim wykonał sekcję zwłok, czyli wiedział wcześniej dużo więcej, co się denatce przytrafiło.
-Czyli idiota - A po dłuższej chwili milczenia dodał - A tak naprawdę, co wiemy o innych, kiedy siebie nie potrafimy zrozumieć?

- Nie wiedział, że pracuję w pokrewnej branży, czyli poniekąd mógł się czuć bezpieczny. Ale popełnił błąd i dlatego musiał zniknąć.
Gruby Joe znowu uszczypnął krasnoludka.
- Zniknąć można tylko w jeden sposób. Nie rodząc się - Podał mi rękę a ja nie zapytałem, czy w nocy w jednym z komisariatów powiesił się jeden z tam przetrzymywanych. Nie była to przecież moja sprawa.
Droga do mieszkania, w którym znajdował się White nie zajęła mi więcej jak dziesięć minut. Budynek był czteropiętrowy, pomalowany w jakieś fantazyjne wzorki a na dachu wyglądającym jak bocianie gniazdo zatknięta była narodowa flaga.
Portierowi powiedziałem, że przysłała mnie firma naprawiająca zamrażarki. Nawet na mnie nie spojrzał podając numer mieszkania pani Parkinson i zaznaczając, iż jestem spóźniony więcej niż trzy dni.
Mieszkanie było rozległe, niewietrzone, posypane mąką lub czymś podobnym a na dodatek kawałki tłuczonego szkła przyjemnie chrzęściły pod nogami. Z sypialni dochodziło głośne chrapanie, ale najpierw sprawdziłem czy rzeczywiście w mieszkaniu nie ma kogoś więcej. Kiedy nie natknąłem się na nic podejrzanego otworzyłem okno a następnie przeszukałem rzeczy Whita, ale nie znalazłem broni.
Sam White spał na plecach w samych tylko majtkach. Przykryłem go kołdrą, ale wcześniej kajdankami przykułem go do poręczy łóżka. Nawet nie drgnął. W portfelu z krokodyla oprócz paru dolarów i maleńkiego grzebyka miał zdjęcie żony, czyli niby niańki Harrisona. Nic więcej. Nie byłem tym jednak rozczarowany. Gdyby było odwrotnie miałbym, o czym myśleć. A tak? Znarkotyzowane ciało niepotrafiące odpowiedzieć na najprostsze pytanie.
Zamknąłem okno, kopnąłem kota siedzącego przy windzie i zjechałem nią na parter, stanąłem przed marmurową ladą i przycisnąłem mosiężny dzwonek.
Migdałowy portier, który przed kilkoma minutami nie raczył na mnie spojrzeć tym razem zmuszony był zrobić użytek tak z głosu jak i oczu.
- Słucham?
- W Gwatemali z twoją inteligencją doszedłbyś do stanowiska rządowego czyścibuta. Lewych. Do zajmowania się prawymi wymagane są wyższe studia.
Zamurowało go. Dosłownie. Przez ponad minutę nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Postanowiłem pomóc mu by zaoszczędzić na czasie. Pokazałem mu zdjęcie Vivian Harrison i zapytałem, pod którym numerem mieszka.
Naturalnie blefowałem, lecz gdzieś tam przez skórę czułem, iż wszystkie osoby, na które natknąłem się w związku z tą sprawą muszą trzymać się blisko.
- A pan, kto? - W końcu udało mu się wydusić to niezbyt skomplikowane pytanie.
- Naprawiam zamrażarki. Oraz przepony, sztuczne biusty, odkręcane nogi. Czyszczę także trąby powietrzne a wszystko w jednej cenie.

Jak przypuszczałem usiłował przycisnąć specjalny guzik znajdujący się pod marmurową ladą, ale byłem szybszy. Złapałem go za rękę i wyciągnąłem przed ladę jak worek ze świeżym pierzem.
- Gdzie możemy spokojnie porozmawiać?
Oczami wskazał drzwi. Cały czas trzymałem go za rękę a puściłem dopiero, kiedy siedział na krześle. Wtedy nachyliłem się nad Nin i szybkim ruchem wyjąłem mu spod pachy pistolet.
Nie ujdzie ci to na sucho - Wycedził jakby nie przez swoje zęby.
Jak przed chwilę kota, teraz kopnąłem jego. Starannie wybrałem miejsce, więc efekt był zadawalający.
- Mówiłeś coś?
Zaprzeczył kręcąc głową, więc poprosiłem by był tak uprzejmy i jeszcze raz przyjrzał się zdjęciu Vivian. Tym razem nie miał żadnych wątpliwości. Od dwóch lat wynajmowała mieszkanie dwa piętra powyżej tego, w którym spał White.
- Mieszka w nim sama?
Ze smutkiem w oczach przecząco pokręcił głową. Widać brał mnie za zdradzanego męża lub kochanka. Domyślenie się, z kim mieszkała było proste jak sznur wisielca, więc o nic więcej nie pytałem.
W zamian otworzyłem lodówkę i wyjąłem butelkę, popatrzyłem pytająco a ten wskazał szklanki, nalałem i nagle przyszło mi do głowy:
-Kiedy widziałeś ich ostatni raz?
Udawał, że się zastanawia, chociaż odpowiedź miał na końcu języka, ale widać chciał znowu wrócić do gry.
- Jego wczoraj, ale pani Harrison nie spotkałem od jakiś dwóch tygodni. Może znowu gdzieś wyjechała?
Zastanowiło mnie, po co Scottowi potrzebne były aż dwa mieszkania. Widać, nie chciał sypiać z siostrami w tym samym łóżku.
- Jest teraz ktoś w tym mieszkaniu?
- Nie sądzę. Zawsze, kiedy wychodzą zostawiają klucz u mnie. Zdarza się, że..
Miałem go dość. Wepchnąłem mu w dłoń banknot z gatunku tych, co zamykają prawie wszystkie gęby i przyłożyłem policyjną legitymacją.
Zaniemówił, a kiedy wrócił do życia natychmiast chciał ten banknot oddać, ale zapytałem go czy wie ile może dostać za próbę przekupienia oficera?
Wróciliśmy do holu i marmurowej lady, przez chwilę chciałem poprosić o klucz i popatrzeć na gniazdko Vivian i Scotta, ale zrezygnowałem. Nieproszony nie lubię grzebać w cudzych śmieciach.
Naturalnie portier przyrzekł ni pisnąć pary z ust, ale specjalnie nie wierzyłem w jego zapewnienia. Ale czy miałem inne wyjście?
Podjechałem pod swój ukochany bar, wszedłem i zamówiłem kawę. Z wrażenia Edi zakrztusił się.
- Zachowuje się jak Hemingway, który zamiast pójść na walki byków trzeźwy siedzi w hotelu i pisze.

Przekonał mnie, więc zmieniłem zamówienie, usiadłem przy stoliku, nad którym wisiała tabliczka z napisem, iż dosiadanie się abstynentów, dziewic lub grafomanów jest surowo zabronione i zastanowiłem się, czy nie zatelefonować do Harrisona i nie opowiedzieć mu gdzie znajduje się White, zainkasować honorarium, spakować się, zahaczyć o Ondraszka i odnaleźć drogę prowadzącą na lotnisko.
Powstrzymała mnie od tego przekonanie, iż za bardzo wszystkie klocki do siebie pasują. Scott i dwie siostry, Whita i Harrison, ja i nie ja. A gdzie miejsce dla Carlucciego? I niby niańki, czyli martwej żony Whita?
Whisky przyjemnie grzała w gardle, ale trzeci łyk już nie był tak orzeźwiający a czwarty przypominał zwykłe popijanie. Otrząsnąłem się, zadzwoniłem do Sharpa i zapytałem, czy możemy się spotkać.
- Służbowo czy towarzysko?
- A jak byś wolał?
- O trzeciej w Dominikanie, ale ty płacisz.
Wróciłem do domu. Prysznic, kawa, rachunki w koszu, telefon, który dzwoni i ja uparcie trzymający się sprawy. Tylko, po co?
Dokładnie nie wiedziałem, ale było w tym wszystkim coś, co nie dawało mi spokoju. Może obraz dziewczyny o trzeciej nad ranem leżącej w rynsztoku? A może to, że wszyscy kłamali, łącznie ze mną

 

XIII.

 

Kobieta siedząca przede mną nie miała oczu. Dosłownie. Dwie szparki oraz płynącą z nich woda nie zasługiwały na takie określenie.
Wślizgnęła się do mnie kilka minut temu, ale nie wydusiła z siebie jeszcze ani jednego słowa. Pomarszczony kapelusz nie pozwalał określić, jakiego koloru były jej włosy, wiek kręcił się wokół trzydziestki, ale za to wzrost zaliczał ją do wielkoludów.
Chrząknąłem, zapaliłem, przesunąłem popielniczkę o kilka milimetrów. Nie reagowała. Włączyłem radio, później je zgasiłem. Nadal bez rezultatu, więc wstałem, przeszedłem do drugiego pokoju zostawiając otwarte drzwi, położyłem się na łóżku i zacząłem czytać Wojnę i pokój. Po trzech stronach, kiedy sen był już na wyciągnięcie ręki stanęła przy łóżku zdziwiona i jakby przestraszona.
-Co do cholery wyprawiasz?
Nie patrząc na nią odłożyłem książkę, zdjąłem jeden z butów i rzuciłem nim o ścianę. Odbił się od niej jak my od życia.
- Przecież jestem u siebie.
Nie pytając o pozwolenie usiadła obok mojej głowy i lodowatą dłonią dotknęła czoła.
- Przyszłam po pomoc, mój mąż znowu się skurczył. Ile razy bez pozwolenia wyjdzie z domu wraca niższy około sześciu milimetrów. Kiedy był niższy tylko o dziesięć centymetrów nie reagowałam, ale prawie dwadzieścia to już przesada! Współżycie z nim staje się coraz bardziej uciążliwe. Na przykład, kiedy się kochamy nie mogę sięgnąć jego ust.
Zdjąłem także drugi but, ale dla odmiany postawiłem go wśród kwiatków.
- To sprawa dla Sherloka Holmesa. Jest mistrzem od tego rodzaju zagadek i...
- Właśnie od niego wracam. Jakiś tam doktor zbył mnie opowiadając bzdury o wyjeździe pana Holmesa z Londynu, gdy z drugiego pokoju wyraźnie słyszałam dźwięki skrzypiec.
Wstałem, podszedłem do okna, otworzyłem je i przez chwilę pozwoliłem wiatrowi kołysać cały świat.
-Co chce pani wiedzieć?
Złapała mnie za rękę, zaciągnęła do biurka, do ręki wepchnęła pióro i kazała notować:
-Dokąd chodzi, a przede wszystkim, dlaczego się przy tym kurczy!
- I to wszystko? - Byłem chyba zdziwiony, ponieważ wstała, zamknęła okno, ponieważ natychmiast dopadł mnie sen.
- Praca zajmie ci kilka lat, więc odłóż na bok wszystkie inne sprawy. Będziemy spotykać się codziennie i dyskutować pisemne raporty sporządzane ołówkiem w jednym egzemplarzu na papierze czerpanym bez nagłówków, dat i podpisów. Jako zapłata masz mnie i mój majątek.
- Pewnie będą musiał kroić cię piłą.
Nie zrozumiała, co mam na myśli, ponieważ się nie obraziła, założyła nogę na nogę strącając przy tym drzemiącą na brzegu biurka ćmę.
-Ale, jeżeli sam zaczniesz się kurczyć nic z zapłaty. I pamiętaj, lubię być całowana w usta, szczególnie, kiedy...
Podszedłem do niej i błyskawicznym ruchem zakleiłem jej usta tejpem. Zdziwienie zamieszkało w jej oczach i próbowała dać mi coś do zrozumienia kreśląc rękami w powietrzu nieregularne figury, lecz delikatnie wypchnąłem ją na korytarz, odkadziłem mieszkanie używając do tego mieszanki czili, spirytusu i sproszkowanego migdała.
Udało się znakomicie. Po kilku minutach nie czuło się, że w mieszkaniu przebywał ktoś naznaczony piętnem głupoty.
By zmyć z siebie do końca czar ostatnich minut napełniłem szklaneczkę pod dwa palce, ale nie wypiłem jej. Postawiłem ją na otwartym na stronie 8 pierwszym tomie Wojny i pokoju i przez blisko pół godziny przypatrywałem się jak zaczarowany tej jedynej w swoim rodzaju kompozycji.
W końcu jednak wróciłem do rzeczywistości, przebrałem się wrzucając brudne rzeczy do kubła zastanawiając się, kto je pierze. Ostatni raz byłem w pralni w szczytowym okresie kariery w policji, kiedy te wycieczki były jedną z form oderwania się od problemów związanych z pracą.
Obok samochodu stał policjant i przyglądał się tablicy rejestracyjnej. Bez słowa usiadłem za kierownicą, włożyłem klucz do stacyjki, lecz nie było mi dane odjechać.
Zatrzymał mnie dłonią uzbrojoną w rękawiczkę, kazał wysiąść i powiedział, iż obserwuje mnie i mój samochód od dość dawna i jest przekonany, iż coś nie jest ze mną w porządku.
Popatrzyłem na spacerującą w pobliżu nas kurę. Miała starannie wyczesany grzebień, wplecioną w niego fioletową wstążkę oraz minę docenianego pisarza południowoamerykańskiego. Czyli tajemniczą, melancholijną, lecz zarazem zepsutą.
- Za dużo pracuję - Odezwałem się bardziej do siebie.
- Czyżby? - Zdziwienie pomieszane z poczuciem wyższości i dostępne jedynie idiotom udającym ludzi.
W chwilę później niby niechcący nadepnąłem mu na nogę. Użył gwizdka i pałki, czym tylko przepłoszył bogu ducha winną kurę. Ja się nie poruszyłem.
- Posiedzisz w pudle to wywietrzeją ci z głowy głupie odpowiedzi. A jeszcze jak zapłacisz karę to...
Wyciągnąłem służbową legitymację i kutas zbaraniał. Trochę potarmosiłem go za nos a następnie kazałem odnaleźć i przeprosić kurę.
Czekałem siedząc na krawężniku a gdy wrócił zziajany postraszyłem go kometą zbliżającą się do ziemi.
- W nagrodę wszystkie brudy, które masz w domu zanieść do pralni. A żonę zaproś do kina - Ostrożnie przytrzymywał drzwi od mojego grata - Jutro przed południem z kwitem z pralni zameldujesz się u kapitana Sharpa. Ubrany masz być w bryczesy, podkoszulek koloru jodyny i czapkę dozorcy ZOO.
Czasami nie przepadam za ludźmi, ale w tym przypadku pewnie przekroczyłem granicę przyzwoitości. Jednak nie rozwodziłem się nad tym długo. Gromada kolorowych dzieci obsiadła najbliższe skrzyżowanie domagając się spotkania z przewodniczącym ONZ, więc zostałem zmuszony do użycia siły by ruch nie został zablokowany na wieki. Pies, którego pożyczyłem od jakiegoś apolitycznego przechodnia był duży, a co najważniejsze wygłodzony, więc w sześć minut później bez przeszkód jechałem na spotkanie z Sharpem.
Nie za bardzo byłem pewien, co chcę mu opowiedzieć. Najchętniej nic, ale komuś musiałem zaufać. Przecież sobie nie mogłem. Byłaby to zbyt daleko idąca nieostrożność.
W pobliżu Dominikany zatrzymałem się przed sklepem z zabawkami. Postanowiłem kupić Sharpowi upominek. Wszedłem w świat dzieciństwa, który momentalnie zwalił mi się na głowę, ale jakoś to przetrzymałem, jak i nadmiar produkcji. Z odrętwienia wyrwał mnie miły głos sprzedawcy pytający, w czym może mi pomóc. Wyjawiłem swój problem. Najstarszy syn przejawiał skłonność do tej samej płci, i już po chwili trzymałem w rękach dużego, odpowiednio spreparowanego misia by zaspokoić wszystkie możliwe niespodzianki zwichrowanej psychiki.
- Syn dobiega pięćdziesiątki - Oznajmiłem płacąc.

- Na pewno będzie zadowolony - podtrzymano mnie na duchu - a jak zabaweczka zużyje się zapraszamy na powrót, wymienimy, co potrzeba i będzie jak nowa.
Wrzuciłem go na tylnie siedzenie i pomyślałem, że przecież Sharp nie ma poczucia humoru, szczególnie na swój temat. Ale kto ma?
Sala była prawie pusta, lecz Sharp wybrał stolik najgorszy z możliwych, czyli stojący przy drzwiach prowadzących na zaplecze. Doprawdy, świat traci na znaczeniu.
Miał na sobie elegancki, dwurzędowy garnitur oraz trampki. Zdegustowany popatrzyłem pod stół. Upłynął przynajmniej z wiek zanim zareagował. W tym czasie zdążyłem zamówić coś do picia.
- Teraz taka moda. Przywędrowała z Europy. Podobno wylansował ją jakiś reżyser teatralny ze wschodu.
-Kiedy ostatnio byłeś w teatrze?
Zastanowił się, ja upiłem pierwszy łyczek. Smakował pomyjami, oraz -co dziwne - siarką.
- Za trzy lata temu. Główny aktor został zamordowany w przerwie pomiędzy aktami. Posiedziałem wtedy w teatrze ze trzy tygodnie, ale nie znalazłem winnego. Tak to bywa, kiedy dyletant dotyka prawdziwej sztuki. W rzeźni sprawa jest prosta. Tam się nie kłamie, chociaż nie zawsze mówi się prawdę. Ale w teatrze?
Zniesmaczony, jakby go do tego teatru zaprosił, kątem oka spojrzał w kartę, skrzywił się i powiedział:
-Dlaczego zawsze musi być napisana w niezrozumiałym języku? Człowiek zmuszany jest zamawiać na chybił trafił, a później przez kilka dni nie wychodzi ze sracza.
- Świat jest pełen symboli. Nic więcej. Karta dań to jeden z nich. Należy nauczyć się je rozumieć i po sprawie.
Z niechęcią odsunął ją od siebie i zdał się na kelnera. Ja zamówiłem jeszcze jedną szklaneczkę.
- Jak normalny człowiek może mieć czas na to wszystko? Jak wsiadać do metra, jak rozmawiać z bezrobotną wdową, jak jeść nie używając ani noża ani widelca, po czym poznać, że wiersz jest poezją?
Nie pytając się o pozwolenie podłączył się pod moją szklankę. Nie protestowałem, prohibicja jeszcze na nowo się nie narodziła, chociaż jej zwolennicy zasiadali na Kapitolu.
Kiedy Sharp bohatersko uporał się z kawałkiem ryby polanej sosem waniliowym i z obrzydzeniem wytarł usta sądziłem, iż czeka mnie nie zbyt przyjemna rozmowa. Ale pomyliłem się, był jak bez stresowa pielęgniarka. By uprzedzić jego pytania zacząłem sam:
- Chyba zabrnąłem za daleko i teraz nie wiem, czy mogę posunąć się jeszcze kilka drobniutkich kroczków?
Popatrzył przez moje ramię, kiwnął do kogoś ręką, ale się nie odwróciłem. Następnie zapalił, z nonszalancją, o jaką go nie podejrzewałem zaciągnął się i popatrzył mi prosto w oczy.
- Pytasz jako policjant, czy właściciel prywatnej firmy?
- I jedno i drugie.
Nie było go kilkadziesiąt sekund. Widać był do tej rozmowy przygotowany lepiej niż przypuszczałem.
- Zależy gdzie ta sprawa się kończy? - Podniósł wzrok ku sufitowi, ale nic na nim nie było napisane.
- Tego nie wiem, ale jestem w stu procentach pewien, iż Scott jest w nią zamieszany po uszy, a może nawet...
- To nawet dobrze - Przerwał mi - Nie przepadamy za jego teściem, a jak wiesz...
- My, czyli? - Teraz ja nie zwracałem uwagi na podręczniki dobrego wychowania.
- My, znaczy my.
Zastanowiłem się. Z jednej strony teść Scotta a ojciec Inez załatwił mi te trzy dni w policji, a z drugiej? Nigdzie nie jest powiedziane, że jego wpływy mają trwać wiecznie.
- Harrison także w tym gównie ubrudził sobie ręce. Córeczka odnaleziona w rynsztoku, a w gazetach piszą o grzecznej śmierci w łóżeczku.
- Po co je czytasz?
Popatrzyłem na niego, nie wyglądał na zdenerwowanego.
-Ponieważ napisał to mój przyjaciel Carlucci, a teraz on także nie żyje.
Nie powiedziałem mu, że Carlucci był mężem Dorotei, na pewno wiedział, ale nie byłem pewien, co wie o Whicie.
W tym właśnie momencie podszedł do nas facet ubrany w skórzany płaszcz wysadzany szmaragdami i zapytał, czy nie chcielibyśmy wiedzieć jak potoczy się życie na ziemi. Facio miał ze dwa metry wzrostu i zęby ułożone w harmonijkę. Czyli wyglądał jak nienaturalny owoc wpuszczony do klatki z wężami.
- Gówno nas to obchodzi - Sharp był szybszy niż przypuszczałem.
Mężczyzna popatrzył na niego bezgranicznie zdumiony i nerwowo to zamykał, to otwierał lewą dłoń, przez co nie mógł się skupić.
- Ależ to pytanie pierwszorzędnej wagi! Bez niego, jak i bez wiary w Boga życie nasze przypomina skorupę ...
Sharp z szybkością boksera wagi papierowej poderwał się z krzesła, wykręcił facetowi ręce i błyskawicznie wyprowadził na zaplecze. Po chwili usłyszałem brzęk tłuczonych talerzy, a kiedy Sharp wrócił tylko lekko pocierał skronie.
-Co za kurwy, nawet w porządnym lokalu nie dają człowiekowi spokoju.
W tym samym momencie podbiegł kierownik sali z butelką szampana i ustami pełnymi przeprosin.
Sharp wstał, rzucił krótkie ani mi się waż płacić i wyszliśmy. Nikt nas nie starł się zatrzymać, w pobliżu parkingu gromadka dzieci bawiła się w wojnę. Ich kolorowe głowy zwycięzców wyraźnie odbijały od szarego nieba.

- Na czym skończyliśmy? - Zapytał, kiedy znaleźliśmy pusty bar, czyli dwie deski na trzy. Druciane garnki stanowiły całą jego dekorację.
- Chciałem zapytać cię o Whita, ostatnio był u nas lekarzem - Uśmiechnąłem się.
-Co narozrabiał?
Opowiedziałem mu w skrócie. Nie powiedziałem jednak ani słowa o czekach wystawianych przez Harrisona dla pokrycia kosztów utrzymania jego mamusi. Przecież Sharp nie musiał wiedzieć wszystkiego. Jak i faktu, gdzie w tej chwili White się znajduje.
Przez dobrą chwilę Sharp przyglądał się butelce. Może chciał w niej dojrzeć statek, który przywiózł jego przodków do Ameryki? A może diabełka?
-Jakie jest twoje zdanie?
Zastanowiłem się. Już raz zadano mi podobne pytanie i w tydzień później odeszła ode mnie kobieta, którą kochałem, czyli jakby zostałem latawcem na uwięzi.
- Albo wszystko jest szalenie proste tylko nie potrafię powiązać tego w całość, albo ktoś dla zagmatwania całej sprawy dorzuca niepotrzebne wióry. W postaci nowych zwłok - Dodałem skromnie.
Przez dłuższą chwilę nie patrzył ani na mnie ani na butelkę. Widać sam znalazł się w niezręcznej sytuacji. W końcu jednak wykrztusił słowo, na które gdzieś tam w podświadomości przez cały czas czekałem:
- Wybory.
- Na to wygląda, ale dlaczego przede wszystkim giną kobiety?
W kącie stał stary, dobry wieszak i Sharp wskazał na niego.
- Ten to ma dobrze, całe życie spędza w knajpie. Czyli jakby coś dla nas. I nic go nie obchodzi gówno wypływające z każdej mysiej dziury.
Krzyknął na barmana, a kiedy w końcu ten się pojawił zrugał go za opierzchałość, a na nieśmiałe próby tłumaczenia się, iż knajpa to nie smażalnia ryb wysłała go do diabła, albo jeszcze dalej.
- Rzadko piję przed zachodem słońca, ale dzisiaj jest jedna z tych wyjątkowych okazji - Podnieśliśmy szklanki jak grabarze zwłoki - W zeszłym roku kupiłem dom na wsi i wygląda, iż nadszedł czas by się przenieść na stałe. Czyli, pozwalam ci doprowadzić sprawę do końca bez względu, jaki by on nie był.
W chwilę później dodał już całkiem do siebie:
- Żonie także należy się spokojne życie. Przynajmniej w tej jego drugiej, krótszej połowie.
W pół godziny później wyszliśmy na zalaną deszczem ulicę i nie patrząc na siebie, ani nie żegnając, każdy z nas skierował się w sobie tylko znanym kierunku.
Kiedy dotarłem do wraka okazało się, że zapomniałem o prezencie dla Sharpa. Zawiozłem go do domu, posadziłem w fotelu i już nie musiałem grywać w szachy sam.
Okazał się jednaj niezbyt wymagającym przeciwnikiem. Popełniał podstawowe błędy, na przykład nie wiedział, kiedy odwrócić moją uwagę opowiadając anegdotę o rosyjskim żołnierzu, który w niewoli potrafił całkowicie zapomnieć język przodków, albo o kobiecie pasjami lubiącej rysować portrety swoich kochanków i wieszać je w garderobie męża.
Zniechęcony złożyłem szachownicę i spojrzałem na zegarek. Dochodziła szósta. Nie wiadomo, po co ale ogoliłem się, nałożyłem świeżą koszulę, zapaliłem, misiowi na talerzyk nalałem mleka i pojechałem sprawdzić jak miewa się doktor White.
Nie spał, starał nie patrzeć w moim kierunku, ale w końcu ciekawość zwyciężyła gdyż po kilku sekundach nasze oczy spotkały się jak stare małżeństwo w cmentarnej alei, gdy jedno wraca z kościoła a drugie z knajpy.
- Znamy się? - Bardziej zapytał niż zgadywał.
Przysunąłem stołek i usiadłem. Pokój wydawał mi się pusty jak życie po przekartkowaniu Ulissesa.
- Spotkaliśmy się dwa razy w życiu.
Popatrzył na mnie wzrokiem, w którym na moment rozkwitły kwiaty.
- Przerwałeś mi rysowanie mapy Azji na udzie pewnej kurwy. Całe dorosłe życie na takie udo czekałem a kiedy w końcu witałem się z gąską pojawiłeś się i wszystko diabli wzięli.
Popatrzył na przeguby dłoni skute kajdankami i niemal w tej samej sekundzie na drzwi od łazienki. Pozwoliłem mu z niej skorzystać, ale kiedy wrócił wylądował w takiej samej pozycji.
- Pierwszego razu pewnie nie chcesz pamiętać - Wpatrywałem się w niego jak amerykańską królową zdegradowaną do roli magnolii.
Udawał, iż nie słucha. Podniosłem się i trochę wody z doniczki, która stała tuż obok wylało się na jego śliczną twarzyczkę.
- Konwencja genewska zabrania...
Przykryłem go poduszką, przeszedłem do kuchni i w lodówce znalazłem butelkę piwa. Nazwa browaru nic mi nie mówiła, ale jakie ma znaczenie, od czego się umrze?
Wróciłem do Whita, odsunąłem poduszkę i najdokładniej jak tylko potrafiłem opisałem mu pogodę owego poranka, kiedy natknąłem się na zwłoki Dorotei.
Słuchał uważnie, ale bez należytego zainteresowania. Ot, zwykła historia z życia.
- Później pojawił się lekarz policyjny, czyli ty, i na moje pytanie jak zmarła odpowiedziałeś: otruta, ale więcej będę wiedział po sekcji. W popołudniowych gazetach pojawiła się informacja, iż Dorotea Harrison zmarła we własnym łóżku, a ty zniknąłeś. Oto cała historia, bez początku i bez końca. Jak w niedobrej książce lub nieszczególnym śnie.
Próbował się podnieść, ale kajdanki skutecznie powstrzymywały go przed głupimi pomysłami. W zamian zapytał, kto mnie przysłał.
- Prawda.
Widać było, że nie rozumie, ale nie ponowił próby. Zaczął rozglądać się po mieszkaniu wzrokiem jakby oglądał przyrodniczy film o papugach.
- Nie pamiętam jak się tutaj znalazłem.
Byłem daleki od tego by mu opowiedzieć, ale jednak ulitowałem się i przyniosłem trochę rzeczy, które ostatnio utrzymywały go przy życiu. W chwilę później na moment stał się rozmowniejszy, nawet lekki rumieniec pokrył oba policzki.
- Nie możesz mnie wypuścić? Dobrze zapłacę - Spróbował, ale chyba tylko po to by później nie mieć do siebie pretensji, iż czegoś tam zaniedbał.
Był mi obcy jak życie, jakie prowadził w poprzednim wcieleniu. Pustą butelkę po piwie wrzuciłem pod łóżko.
- Nie wszystko rozumiem - Powiedziałem patrząc mu w twarz - Ale czasami człowiek nie może, lub nie chce, wycofać się z sytuacji, w którą zabrnął. Twoje życie, twoje zmartwienia. Ale dlaczego do cholery musiała zginąć twoja żona? Znałem ją i wierz mi, nie była warta końca, który ją spotkał.
Lubię bywać aktorem, ale tylko przed niedoświadczoną widownią. Tym razem chyba zagrałem dobrze, ponieważ zgłupiał.
- Katia nie żyje?
- A myślałeś, że co robi? Dalej jest niańką dla wyimaginowanych dzieci Harrisona? On ma tylko..miał - Poprawiłem się - Tylko dwie córki, obydwie dorosłe i chyba żadna z nich nie potrzebowała niańki.
Poprosił o jeszcze trochę swojego ukochanego smakołyku a ja nie patrzyłem ile tego zażył. Kiedy się zorientowałem było już za późno. Jednak zanim zapadł w drętwy sen zdążyłem powiedzieć:
- Nie uciekniesz mi. Teraz to tylko sen, ale z niego, niestety się wraca. Spotka-
- my się za dwanaście godzin a wtedy nie będę na tyle głupi by czymkolwiek cię częstować.
Uśmiechnął się, ale jakoś smutno i zasnął. Podszedłem do aparatu telefonicznego, wyłączyłem z gniazdka i zabrałem ze sobą. Chciałem być w stu procentach pewien, że z nikim się nie skontaktuje.
Kiedy znalazłem się na ulicy zaczął zapadać zmrok. Nie byłem pewien, ale wydawało mi się iż pozostał mi, jako policjantowi, jeszcze jeden dzień do przeżycia.
Mniej więcej wiedziałem wszystko. Pozostawały tylko szczegóły, lecz z tym bywa najgorzej. By o nich nie myśleć zahaczyłem o bar. Pusta dziura wypełniona wędrującymi znakami zodiaku. Tak nazywałem pijaczków bez stałego adresu wodopoju. Kiedy przy barze wmieszałem się w tłum wyglądałem jak jeden z nich.
- Czytałeś wiersze Eliota?
Młodzieniec, który zadał tak dziwne pytanie nie miał więcej jak dwadzieścia lat, ale już pierwsze zmarszczki pojawiły się na jego twarzy. Dłonie, którymi mógł objąć prawie cały świat leżały na ladzie w dziwnym jak na niego bezruchu, ale, w których wyczuwało się napięcie.
Zapytany, potargany wiek średni z ambicjami do wszystkiego nie za bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć.

139.

- Wiesz przecież, że nie czytam wierszy. Najpierw zabronił mi ich dotykać ojciec a teraz jedyna miłość mojego życia twierdzi, że z poezji biorą się czyraki.
Facet od Eliota splunął przed siebie, zupełnie nie przejmując się ludźmi tłoczącymi się wokół niego.
-Co za zgnilizna, chyba wrócę na wieś.
- I co tam będziesz robił?
Dokładnie nie wiedziałem, kto zadał to pytanie, ale nie powiem żeby mu się opłaciło. Krótki lewy prosty oderwał go od kieliszka na dłuższy czas.
W normalnej sytuacji pewnie wdałbym się w dyskusję, ale pewien pomysł przyszedł mi do głowy, więc pozostało mi tylko zapłacić, lecz takimi drobiazgami nikt się w tej budzie nie przejmował, więc wyszedłem i znowu mrok miasta przyjął mnie pod swoje opiekuńcze skrzydła.
Inez otworzyła drzwi, ale kiedy spostrzegła, kto w nich stoi natychmiast chciała je zamknąć. Oparłem się o framugę i zapaliłem. W końcu wyszła do mnie i wypuściła muchę trzymaną w zaciśniętej dłoni.
- Długo każesz na siebie czekać. W telewizji skończyły się ze cztery seriale.
- Jestem na służbie.
Wiewiórka usiłowała wskoczyć na drzewo w pobliżu miejsc gdzie staliśmy, ale nie udało się, więc znowu spróbowała. Z podobnym do poprzedniego rezultatem.
- Skąd do diabła drzewo przed drzwiami mieszkania? Nigdy przedtem go nie widziałam.
Skrzywiłem się, zbyt często punkt widzenia innych nie pokrywał się z moim.
- Widzimy tylko to, co chcemy. Także w najbliższych.
Wyminąłem ją, wszedłem, odnalazłem butelkę i troszeczkę sobie nalałem. Zatrzymała się kilka kroków za mną, niezdecydowana jak ma reagować. Wybrała najgorszą alternatywę z możliwych pytając, po co przyszedłem.
- Pobawić się twoimi piersiami.
Zamurowało ją, więc usiadłem, ale natychmiast, albo jeszcze szybciej, znalazła się przy m nie. Dosłownie parowała nienawiścią do wszystkich mężczyzn, którzy chodzili po tym padole pełnym kobiecych łez.
- A kiedy już będzie po wszystkim tak po prostu sobie pójdziesz.
Była w tym stwierdzeniu zawarta złość, ale także małość kobiety, która niczego nie jest pewna.
- Taka jest kolej rzeczy. Najpierw mężczyzna przychodzi, później odchodzi. Jak śmierć czy chociażby dur brzuszny. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.
Oparta o moje ramię nie przestawała nudzić.
- A dokąd pójdziesz?
- Poszukać twojego męża. Jest mi potrzebny na gwałt.
- Preferujesz dziwny sposób podniecania się. Dotykasz kobiety a mówisz o jej mężu.
Rozbierając się wypowiedziałem adres, pod którym Scott wynajmował mieszkanie. Nigdy o nim nie słyszała.

140.

W jakiś czas później nagi siedziałem w fotelu, szklanka była pusta a w żołądku czułem specyficzne podniecenie nadchodzące jedynie w wyjątkowych wypadkach. Na przykład, kiedy sprawa, którą się zajmowałem zbliżała się do rozwiązania.
- Tego właśnie było mi potrzeba - Powiedziałem nie patrząc na nią - Rozbierać się przed górą lodową - Sięgałem po skarpetki, kiedy znowu znalazła się przy mnie.
- Czasami nawet góra lodowa potrzebuje ciepła.
Zastanowiłem się, ale nie uważałem by była to prawda, ale nie odezwałem się, ponieważ nie wierzyłem jej, iż nie wie gdzie ukrywa się Scott.
Nie zważając na próby powstrzymania mnie wciągnąłem spodnie. Pewnie wyglądałem trochę komicznie, ale jakie miało to znaczenie?
- A teraz - Zażartowałem - Poproszę jak przed komisją w Kongresie, gdzie jest twój mąż?
Podała mi koszulę, ale jej nie włożyłem. Pół nagi czekałem, co odpowie. Chyba zdała sobie sprawę, iż już dłużej nie może się ze mną bawić w kotka i myszkę.
- Ojciec gdzieś go wysłał, nawet dokładnie nie wiem, dokąd.
Nie pytałem więcej, założyłem koszulę i wyszedłem. Ale zanim to nastąpiło klucze od jej mieszkania delikatnie położyłem na stole. W Skandynawii jest to podobno zabroniony przesąd i żaden szanujący się człowiek tego nie zrobi.
Drzwi pozostawiłem uchylone na wypadek gdyby chciała za mną wybiec, ale nic takiego nie miało miejsca. Wsiadłem do samochodu, zapaliłem i zastanowiłem się, dokąd mam jechać. Możliwości było kilka, ale żadna mi nie odpowiadała, więc podjechałem pod najbliższą budkę telefoniczną i z dziesięć minut czekałem, aż pewien wyleniały Murzyn wypłacze swoje niekończące się żale, lecz kiedy na nowo zaczął wszystko od początku nie wytrzymałem, wyrwałem mu słuchawkę z dłoni.
- Kiedyś na pewno zabraknie ci zmarnowanego dzisiaj czasu - Nie wiem, po co tak pieprzyłem, ale nawet na mnie nie spojrzał.
- Z nikim nie rozmawiałem, jestem już w takiej nędzy, że nawet nie mam, do kogo zadzwonić. By nie zwariować mówię wyłącznie do siebie.
Zmarszczył się i odszedł. Pozostał smród jak po palonym asfalcie i mglista nadzieja, iż na następnym ze światów telefonowanie będzie zabronione, jak i granie w golfa.
O dziwo Harrison osobiście podniósł słuchawkę. Zapytałem go czy chce się spotkać z Whitem. Zaniemówił, ale po chwili znowu był sobą.
-Dlaczego nie, ale pod warunkiem, że ma coś interesującego do powiedzenia.
- Nie wiem, co cię zaciekawi? Przecież wynająłeś mnie tylko po to bym go odnalazł. A kiedy tak się stało wzbraniasz się by go zobaczyć.
W słuchawce na chwilę zapadła cisza.
- Tego nie powiedziałem, ale nie przepadam za ludźmi, którzy cuchną.
Nie wytrzymałem i wypaliłem.

141.

- Twoimi córkami.
Byłem przekonany, iż rzuci słuchawką, ale w zamian zapytał, czy mogę o północy pojawić się w Hawanie. Mogłem. Więcej pytań nie miał, co nie wydawało mi się takie dziwne. Wszyscy zamieszani w tę sprawę jakoś nic nie chcieli wiedzieć. Zupełnie wystarczało im, że ja coś tam wiem. I tylko tyle.
Popatrzyłem na zegarek. Miałem ponad trzy godziny do tego spotkania, dom nie wywoływał żadnego pozytywnego skojarzenia, pić w samotności nie chciałem, więc raczej z bezsensu niż z potrzeby zobaczenia jej pojechałem w stronę mieszkania Roselin.
Przywitała mnie jak Inez, czyli ozięble, ale tym razem nie musiałem robić z siebie golasa. Usadziła mnie w fotelu, dała do potrzymania fioletową rybkę a sama znikła na kilka długich minut. Kiedy się na nowo pojawiła miała na sobie przeźroczystą sukienkę, we włosach przeciwsłoneczne okulary, a w ręce zdjęcie Carlucciego oprawione w złotą ramkę.
Zdjąłem jej okulary, delikatnie wyjąłem zdjęcie i wszystkie te przedmioty wyleciały przez okno.
- Żyj teraźniejszością - Poprosiłem.
- Nie wiem, co to znaczy - Odpowiedziała z rozbrajającą szczerością - Czy to może to samo, co melancholia?
Poprosiłem o kielicha, a kiedy go otrzymałem wypiłem w sekundzie. Nie przypuszczałem, że aż tak bardzo byłem spragniony.
- Boję się kobiet, no, może nie do końca, ale na tyle wystarczająco by wstawać nad ranem i jeździć bez celu po mieście.
- Pytałem, o co innego - W końcu uwolniła mnie od fioletowej rybki, ale nadal czułem się jakbym trzymał ją w dłoniach - Chciałam wiedzieć, czy...
Zadzwonił telefon i przestraszona popatrzyła w moim kierunku. Wstałem i przeszedłem do kuchni, pobawiłem się talerzami, jeden z nich znalazł się na podłodze, zajrzałem do lodówki, ale nie było w niej piwa aż w końcu usłyszałem swoje imię. Zdziwiłem się. Od czasów dzieciństwa nikt tak czule się do mnie nie zwracał.
- To był Scott - Powiedziała blada - Jutro chce się ze mną spotkać.
- Gdzie?
Nie odpowiedziała od razu. Widocznie zastanawiała się, czy powiedzieć mi prawdę.
- Nie wiem. Koło jedenastej za zadzwonić jeszcze raz. Podobno ma dowód, że to Carlucci zamordował własną żonę. Ale on kłamie!
Wpadła, jak to kobieta, w lekką histerię, więc wlałem jej do gardła kilka kropel koniaku nie natrafiając na większy opór. Później papieros i różne takie duperele.
- Obiecałam nie brać do ust alkoholu.
Roześmiałem się, może przypomniałem sobie jak nagi stałem przed Inez? Nalałem jej jeszcze kilka kropel.
- Och przestań - wymamrotała - chociaż raz chciałabym dotrzymać danego

142.

sobie słowa.
-Dlaczego akurat spotyka to mnie? Jestem ostatnim, któremu powinno się to przytrafić. Jakbym motyką zamachnął się na słonia.
Nie rozumiałem sam siebie, zresztą nie po raz ostatni. By ukryć zmieszanie zasłoniłem się szklanką.
- Po co przyszedłeś? - Kobiety, kiedy nie wiedzą jak się mają zachować wracają do podstaw, czyli pytań.
- Sam nie wiem - Tym razem przynajmniej nie kłamałem - O północy mam się spotkać z Harrisonem, Harrisonem nie chciało mi się wracać do siebie.
- Myślałam, że chciałeś sobie popier...
Nagle urwała, odwróciła się, zdjęła przeźroczystą sukienkę a ja wstałem i nie wiem, po co zasłoniłem okno.
- Od dłuższego czasu jakiś typ fotografuje nas z naprzeciwka - Skłamałem.
- Mam go gdzieś, i ciebie także.
Położyła się na łóżku a ja zapaliłem, długo się jej przyglądałem, ale w końcu zwyciężył rozsądek. Wyszedłem. Po drodze zdążyłem tylko na drzwiach napisać, że jutro przed jedenastą znowu się pojawię by odpowiedzieć na telefon Scotta, chociaż byłem przekonany, że żadnego telefonu nie będzie.
Było ciemno, ale jakoś dobrnąłem do samochodu. Kiedy usiłowałem zapalić poproszono bym się nie odwracał. Głos wydawał mi się znajomy, lecz nie byłem pewien, do której twarzy można by go dokleić.
- Znowu się spotykamy - Usłyszałem za uchem.
- Jak na mój gust za dużo dialogu. Czuję się jak wepchnięty w radiowe słuchowisko i...
- Sam sobie jesteś winien. Powinieneś pisać prościej albo wyjechać. Lub przynajmniej nie wpieprzać się w nie swoje sprawy.
Zapaliłem i o dziwo nie przeszkodzono mi w tym. Gość był amatorem. Żaden szanujący się zawodowiec nie poszedłby na taki numer.
- Nie wiem, czym zasłużyłem sobie na taki zaszczyt? - Zachowywałem się jak stara aktora podczas ostatniego przedstawienia.
Przez chwilę miałem wrażenie, że rozmawiam sam z sobą, ale nagle zapach jedzonego jabłka wypełnił wnętrze samochodu.
- Przyjąłeś sprawę mężczyzny, który wychodząc z domu bez pozwolenia żony kurczy się. Prawda?
Odetchnąłem, miałem do czynienia z wariatem a nie z mordercą, chociaż granica między nimi jest tak samo delikatna jak pomiędzy miłością a nienawiścią.
- Przesłyszałeś się, jestem za delikatny na babranie się gównami.
- Naprawdę?
Potwierdziłem opisując zdarzenie przeczytane w jakiejś książce SF, której tytułu zapomniałem, opowiadające o kieszonkowcu, który nigdy nie okradł kaleki.
-Co do cholery ma to wspólnego ze mną? - Krzyczał gość za mną.

143.

Na taki moment właśnie czekałem. Błyskawicznie odwróciłem się i kiedy wzburzenie jeszcze go nie opuściło złapałem go jedną ręką za gardło a drugą na prawy przegub i wypchnąłem z samochodu prosząc, by kurczył się dalej, a kiedy już dojdzie do dziewięćdziesięciu centymetrów może zwrócić się o pomoc do urzędu do spraw niepełnosprawnych.
Odjechałem kilka metrów, zgasiłem papierosa i nagle zdałem sobie sprawę, że ktoś bardzo dokładnie wie gdzie w danej chwili się znajduję. Telefon do Roselin niby od Scotta był tylko tego potwierdzeniem, chociaż najprawdopodobniej Scott o jej istnieniu nigdy nie słyszał. Musiał to być ktoś, kto był bardzo blisko Carlucciego, czyli...?
Z niechęcią, ale jednak pojechałem do domu. Miś sam z sobą grał w szachy, rachunki i reklamy przelewały się z przepełnionego kosza, nie napoczęta butelka zapraszała do dotrzymania jej towarzystwa, więc jak miałem się zachować?
Chyba się zdrzemnąłem, ponieważ kiedy otworzyłem oczy zegar wskazywał kilka minut przed dwunastą. Szybko nałożyłem świeżą koszulę, popatrzyłem na butelkę, ale przecząco pokiwała do mnie, więc dostosowałem się do jej oczekiwań, krawat zawiązałem w samochodzie. Dopiero po kilku minutach jazdy uprzytomniłem sobie, iż nie wiem, dokąd jadę. Zwolniłem, nie wiem, dlaczego przejechałem dłonią po policzkach, jakbym się bał własnego zarostu.
Miasto spało, ja także. Tak w skrócie można podsumować moje postępowanie przez kilka ostatnich dni. Śpiący w mieście. Całkiem dobry tytuł. Tylko, do czego? Tragikomedii, czy może farsy z optymistycznym zakończeniem?
Chociaż byłem już spóźniony na spotkanie z Harrisonem zatrzymałem się przed jakimś obskurnym barem. Potrzebowałem się rozluźnić, a to oznaczało szklaneczkę albo dwie.
Wewnątrz było pusto, pachniało zgniłymi pomidorami a na środku Sali królowało olbrzymie babsko pokazujące każdemu, kto tylko obok niej przeszedł swoje wnętrze.
- Może zaglądniesz? To nic nie kosztuje. Ostatni mąż...
Zagadnąłem barmana, dlaczego ją wpuszczają, poza tym zamówiłem, co zwykle.
- Niby jest demokracja, każdy może pokazywać, co zechce, byle tylko nie agitował za komunizmem. Czy masz coś przeciwko?
Nie miałem, lecz nie odezwałem się więcej. Spokojnie popijałem starając się nie zwracać uwagi na kobietę, które jednak powoli zbliżało się w moją stronę. By uprzedzić sytuację podszedłem do niej i wyszeptałem do ucha jak najbardziej lubię się kochać.
- To także i moje specjalność, szczególnie, kiedy ten drugi chłopczyk nie ma więcej jak szesnaście lat.
Nie było na nią siły. Musiałem, więc użyć argumentu ostatecznego. Wyjąłem zdjęcie powszechnie znanej świętości i babsko padło na kolana wrzeszcząc, że wszystko, tylko nie ten. W chwilę później znikła za drzwiami.

144.

Odetchnąłem, samotność została uratowana. Ze szczęścia wypiłem jeszcze jedną szklaneczkę. Kiedy wyszedłem babsko było rozpłaszczone na ścianie sąsiedniej kamienicy, lecz jej resztki niebezpiecznie długo spływały w stronę chodnika, więc czym prędzej się stamtąd zmyłem.
Parking przed Hawaną świecił pustkami. Wybrałem pierwsze, wolne miejsce, zapaliłem i poczułem, iż nie mam najmniejszej ochoty na spotkanie z panem Harrisonem. Ale, kiedy powiedziało się a należy wymówić, b, a czasami nawet c.
Przy szatni stał facet z polakierowanym wąsem i majestatycznie kiwał się to w jedną, to w drugą stronę. Portier powiedział mi w wielkiej tajemnicy, że pijaczek od godziny nie może zdecydować się czy pójść do domu, czy zupełnie inną stronę.
Podszedłem do niego, delikatnie dotknąłem i facet runął na ziemię. Z kieszeni spodni wyskoczyło lusterko i poturlało się po dywanie jak babcia, kiedy dziadek przegra na wyścigach.
By nie psuć dobrego wrażenia, które może wywarłem swoim wejściem podniosłem pijaczka i oparłem o ścianę. Natychmiast zaczął bełkotać coś o miłości, więc by równowaga w przyrodzie została zachowana przestałem się nim opiekować i w chwilę później znalazłem się przy barze.
Nawet nie zdążyłem zamaczać ust w zamówionym trunku jak wyłowił mnie kierownik Sali informując, że piętro wyżej czeka pan Harrison.
Przyjąłem tę wiadomość dość spokojnie, dopiłem, co moje i z niechęcią powlokłem się we wskazanym kierunku.
Był sam i nie wiem, dlaczego gumowe rękawiczki zakrywały mu dłonie. Może nie chciał się ubrudzić rozmawiając ze mną?
Usiadłem na wprost niego, skinąłem na kelnera, ale znowu składając zamówienie nie byłem zbyt oryginalny.
- Chciałeś się ze mną zobaczyć? - Zaczął jak kurwa, która niby przypadkiem spotkała swojego alfonsa.
Poczekałem aż kelner postawi przede mną dymiący talerz zupy, czyli szklaneczkę szkockiej.
- White śpi znarkotyzowany, skuty kajdankami i pewnie chce mu się lać - Zwracałem się bardziej do szklanki niż Harrisona.
Zanim zareagował rozejrzał się, jakby się obawiał czy ktoś niepowołany nie przyłoży ucha do tej rozmowy.
- Dzisiaj White nie jest dla mnie watr więcej, niż wynosi twoja stawka. Plus premia. Przepadam za ludźmi wywiązującymi się ze swoich zadań.
Był dla mnie jak powietrze, do tego zepsute. I nie omieszkałem dać mu to odczuć.
- Stanowisko gubernatora jest ważniejsze niż prawda.
Popatrzył mi głęboko w oczy zanim sięgnął po swój kieliszek.
-Jaka prawda? Na przykład, kto zabił moją córkę?
Odczekałem chwilę zanim wypaliłem, W tym czasie pewnie wydarzyło się mnóstwo ciekawych rzeczy, ale mnie nie dane było się nimi cieszyć.
- Akurat to wiem. Nie było takie trudne dojść, kto to zrobił. Znacznie ciekawsze będzie dowiedzieć się, dlaczego, oraz jaką w tym wszystkim rolę grałeś?
Stara kobieta, ubrana jak marynarz tak po prostu odpadła od sąsiedniego stolika i nie potrafiła pozbierać się z podłogi. Towarzystwo, które z nią przyszło spoglądało na ten śmieć z dezaprobatą, a brodaty mężczyzna strzepnął na nią popiół z papierosa.
- Musisz to wiedzieć? - Był szybki, przynajmniej, jeżeli szło o zachowanie twarzy.
- Każda zbrodnia jest odrażająca, płaska, prymitywna. Znacznie ciekawsze od niej są motywy, oraz - czasami - zachowanie osób trzecich. Drugich - Poprawiłem się po chwili przewlekłego milczenia, zauważając jak zaczyna się pocić.
-Co będziesz z tego miał? - Skinął na kelnera i coś długo i zawile szeptał mu na ucho.
Zastanowiłem się. W szklance pokazało się dno, ale nie miałem najmniejszej ochoty by znowu została napełniona. Przynajmniej w tym towarzystwie.
- Nic.
- A widzisz! - Triumfował, a ja brnąłem dalej.
- Ja nic, ale tak zwana sprawiedliwość - Na dźwięk tego słowa zaczął się śmiać, ja także miałem taki zamiar, ale ostatnim wysiłkiem powstrzymałem się - Będzie górą.
- Czyja sprawiedliwość? - Zapytał i muszę przyznać, iż pogrywał całkiem nieźle.
Nie wytrzymałem, przywołałem kelnera i poprosiłem o to samo, co poprzednio. Widać przewidział taką możliwość, gdyż dosłownie po sekundzie trzymałem w dłoni grube szkło.
- Nas wszystkich, czyli takich, którzy goląc się mogą bez obrzydzenia spojrzeć sobie w twarz.
- Lepiej ożeń się, z Vivian i przestań pieprzyć głupstwa.
Vivian niedowierzaniem poprosiłem by powtórzył, a gdy to uczynił pociągnąłem solidny łyk zanim odpowiedziałem. Przy stoliku obok kobieta znowu siedziała przy stole, usiłowała na widelec nabić tłustego ślimaka, ale za żadne skarby nie potrafiła tego dokonać. Zaproponowała przekupić kelnera by jej pomógł, ale towarzystwo się nie zgodziło.
- Jesteś pewien, co mówisz?
Trochę się zmieszał, ale starannie to zamaskował. Kolorowy balonik pojawił się na stole, myszka oraz miniaturowe wydanie wszystkich dzieł Szekspira.
- Tylko jednego w tym wszystkim nie rozumiem, dlaczego musiała zginąć żona Whita? Nie znałem jej zbyt dobrze, takie przelotne obmacywanie. Trafiłem na nią w jakimś zapluskwionym barze na kilka dni przed znalezieniem Vivian i...
- Chciałeś powiedzieć Dorotei - poprawił mnie.
- Możliwe, a wracając do Katii, nie jestem pewien czy wiesz, że podawała się za niańkę twoich dzieci. Nawet numer telefonu, który mi zostawiła był twój.

Nie odpowiedział od razu. Widać zastanawiał się, na co może jeszcze dam się nabrać. W końcu chyba jednak zrezygnował, ponieważ wydusił.
- Bywa tak, kiedy człowiek angażuje za dużo służby.
Natychmiast wpadłem mu w słowo.
- Dość specyficznej. Katia, Carlucci, White i Scott. Nimi chcesz wygrać wybory?
Kobieta przy sąsiednim stoliku znowu leżała na podłodze, co dla jej towarzystwa było już za wiele. Wynieśli się bez słowa zostawiając ją z niezapłaconym rachunkiem.
- Masz coś przeciwko?
- Dość mam wyłącznie siebie.
Wiekopańskim gestem przywołał kelnera i poprosił o rachunek. Wtrąciłem swoje trzy grosze i poprosiłem, by dopisał do niego jeszcze jedną szklankę.
- Wysączę ją w samotności. Za zdrowie wszystkich, których przed chwilą wymieniłem.
Trochę się zdenerwował, ale na szczęście dla mnie byliśmy na neutralnym gruncie i nic nie mógł mi zrobić.
- Chyba w twojej głupiej łepetynie nie zalęgło się coś na kształt myśli, że to ja za to wszystko odpowiadam?
Pocieszyłem go równie szybko.
- Na to jesteś za inteligentny, ale wspaniale potrafisz wykorzystywać sytuacje i ludzi. I wygrywać ich przeciwko sobie.
- Masz na to dowody? - Już stał, ale jeszcze nie odchodził od stolika, więc w nieskończoność przedłużałem moment zapalenia papierosa, lecz niestety w niczym nie zmąciło to jego spokoju.
- Mała torebka ze złotym łańcuchem, podszewka z fioletowego atłasu.
- Chyba jesteś chory! - Machnął mi ręką przed nosem i odszedł, ale byłem dziwnie pewny, iż niebawem wróci. I tak się stało, lecz razem z nim pojawił się kelner z tacą alkoholu.
- Napiję się - Oznajmił roześmiany pan Harrison - W przyjemnym towarzystwie to żaden wstyd.
Nie miałem wyrobionego zdania na ten temat, po prostu czasami było mi zupełnie obojętnie w czyim towarzystwie alkohol przepływa mi przez gardło.
Jak przypuszczałem Harrison wrócił wyłącznie by dowiedzieć się, w jaki sposób mam zamiar sprawę zakończyć.
Rozczarowałem go.
- W najprostszy. Do jutrzejszego wieczora jeszcze jestem policjantem, więc prawie wszystko odbędzie się według przepisów.
Nie za bardzo wierzyłem w to, co mówiłem, ale przecież nigdzie nie jest zabronione oszukiwać samego siebie.
- Nie da się ominąć całej tej procedury? - Myślałem, iż sformułuje to bardziej zawile, ale widać nie znosił szarad.
Siedzący pod oknem wyfraczeni bankierzy i podmalowane kurtyzany nagle

147.

zaczęli na siebie krzyczeć. Z daleka wyglądali jak kury niemogące znieść wspólnej grzędy, aż kierownik sali zmuszony był polać ich wodą z wiaderka na szampana. Momentalnie mężczyźni powrócili do wykwintnych manier, a panienki przeliczania zysków.
- Może by się i dało - Zaryzykowałem - Ale co będę z tego miał?
W sekundzie cały zrobił się czerwony, po chwili blady. I tak na przemian aż złapałem go za puls. Miał tylko lekko podwyższony.
-Jaka jest twoja cena?
- Nie wystartujesz w wyborach.
Długo ważył wszystkie za i przeciw, ale widać doszedł do wniosku, iż lepiej będzie zapytać.
-Ale za cztery lata będę mógł?
- Naturalnie. Pamięć ludzka nie jest zbyt trwała.
Poderwał się, z siłą i radością nastolatka uścisnął mi dłoń mówiąc, iż natychmiast wyjeżdża do Europy, stojąc dopił drinka i znikł. Zostałem sam jak kochanek, którego odtrącono.
Skinąłem na kelnera, poprosiłem o przyniesienie telefonu i wykręciłem numer Inez. Jeszcze nie zdążyłem wykręcić ostatniej cyfry a już słyszałem jej głos i pytania: gdzie jestem, kiedy się pojawię itp. Nie odpowiedziałem na żadne z nich, Poprosiłem, by tylko dała znać ojcu, iż pan Harrison właśnie wycofał swoją kandydaturę. Odłożyłem słuchawkę, dług został spłacony. Teraz pozostawała już tylko najbardziej nieprzyjemna sprawa, w imieniu Carlucciego wyrównać rachunki.
Wychodząc z Hawany czułem się jakbym opuszczał tonący okręt. Obiecałem sobie już nigdy w życiu nie przekroczyć jej progu. Następne z postanowień, które nigdy nie zostało dotrzymane.
Nie przejechałem więcej jak trzy mile, gdy musiałem się zatrzymać. Jakiś dziadek bił laską młodą kobietę. Wysiadłem, wyrwałem mu laskę i zapytałem, czy nie czytał kodeksu postępowania z młodzieżą.
- Jeszcze nie zdążyliśmy pójść do łóżka a już nie podoba się jej sposób, w jaki na nią patrzę.
Laskę i kobietę zabrałem ze sobą. Dziadka poszczułem urzędem emigracyjnym i czymś tam jeszcze, więc spłynął szybciej niż niejeden owad. Kobieta zaczęła się śmiać, miała za bardzo, jak na mój gust umalowane usta, ale o dziwo tym razem mi to nie przeszkadzało. Podałem jej laskę pytając, dlaczego akurat w ten sposób zarabia na życie.
- Nudzi mi się. Męża bardziej interesuję bakterie niż ja. Całe dnie spędza w laboratorium, a jak zapewne wiesz nudząca się piękność to gorsze niż tajfun.
Trochę z tą pięknością przesadziła, ale o trzeciej nad ranem nie ma zbyt wielkiego wyboru. Zaprosiłem ją na jednego, ale ona w zamian zaproponowała swoje mieszkanie. Pod warunkiem, iż najpierw zamkniemy laboratorium - a w nim jej męża - na kłódkę. Nie było to znowu takie trudne. Zaparkowaliśmy ze dwie przecznice od jego rudery, podkradliśmy się pod drzwi, z pod sterty liści

148.

wydobyła solidną kłódkę i w sekundzie znowu stała się panną. Przynajmniej do ósmej rano, gdyż jak twierdziła, o tej godzinie mają w zwyczaju pojawiać się pierwsi współpracownicy męża.
- Często go tak zamykasz? - Zapytałem, kiedy jechaliśmy w kierunku jej domu.
- Za ciekawość płaci się podwójnie - Trzymała mnie za przegub prawej dłoni, przez co nie mogłem zmieniać biegów.
- Nie powiesz chyba, że kłódka znalazła się tam przez przypadek?
- Nie powiem.
Więcej słów nie zamieniliśmy zanim nie znaleźliśmy się w jej pokoju. Ot, takie sobie coś, czyli jak kobiety wyobrażają sobie szczęśliwe gniazdko.
Zdjąłem marynarkę i poprosiłem o alkohol. Z sąsiedniego pokoju dochodził przyjemny zapach duszonych śliwek.
- Ja piję zawsze po tym - Powiedziała rozczarowana.
- A ja piję wyłącznie przed, później już tylko śpię.
- Śpisz? Jak tak można, kiedy tyle rzeczy jest jeszcze do zrobienia. Na przykład wypada wsunąć głowę pomiędzy...
Wstałem, ubrałem się i wyszedłem. W jakiś czas później przy użyciu obcęgów oderwałem kłódkę od drzwi i trawiony ciekawością wszedłem do środka. W laboratorium nie było nikogo. Zwyczajny pokój z maszyną do pisania i wieszakiem. Żadnych przyrządów czy aparatury nie znalazłem, więc tylko uśmiechnąłem się, zapaliłem i nie byłem pewien, czy wszystko to nie jest snem.
Za to szachownica w domu była prawdziwa. Ze szklanką mleka w ręku grałem sam ze sobą jeszcze z pół godziny. Miś spał. Moje myśli także i tego właśnie było mi najbardziej potrzeba.

 

XIV.

 

Nie spałem więcej jak trzy godziny, ale obudziłem się wypoczęty. Miś siedział w fotelu i bezmyślnie patrzył przed siebie. Przykryłem go gazetą, ogoliłem się, nawet nie wypiłem filiżanki kawy i już byłem w drodze do Whita.

Siedział w kucki oparty o ścianę i zupełnie nie chciał ze mną rozmawiać. Miałem go gdzieś, więc tylko odczekałem, gdy zniknął w toalecie a później na nowo przykułem go do poręczy łóżka.

- To nie potrwa już długo - Powiedziałem, chociaż bardziej wolałbym rozmawiać ze ścianą - Przed wieczorem zgłosi się po ciebie dwóch raczej smutnych panów. Odpocznij, czeka cię ciężka noc. Być przesłuchiwanym w związku z zatajaniem prawdy w przypadku potrójnego morderstwa to nie przelewki.

Dalej się nie odzywał, ale by mieć go z głowy przysunąłem krzesło do łóżka i jak panienka na spowiedzi:

- Grozi ci kilka lat pudła. Chyba, że Harrison wynajmie dobrego adwokata, ale na to nie możesz liczyć. Właśnie jest w drodze do Europy i nie wróci zanim

smród wokół niego nie osiądzie trochę poniżej poziomu brukowych gazet.

Zapaliłem, Whaitowi krople potu spływały po policzku i w końcu zapytał, czy nie mógłbym poczęstować go czymś mokrym.

- Żadnych narkotyków, jestem na służbie - Ale w zamian wetknąłem mu w usta papierosa. Zaciągnął się jak skazaniec na chwilę przed egzekucją.

- Nie umrzesz normalnie - Wycedził przez zęby i papierosa.

Roześmiałem się, ponieważ własna śmierć interesowała mnie jak UFO czy góry lodowe na oceanach.

- Nie interesuje mnie ile płacił ci Harrison, ani dlaczego dla niego pracowałeś. Wiem tylko, że popełniłeś przynajmniej jeden błąd. Kiedy nad ranem spotkaliśmy się przy zwłokach Dorotei zupełnie niepotrzebnie powiedziałeś otruta , chociaż jako lekarz policyjny, który dopiero, co pojawił się na miejscu znalezienia zwłok nie mogłeś tego wiedzieć. Wytłumaczenie było tylko jedno. Została otruta dużo wcześniej, a ty jako zaprzyjaźniony z rodziną lekarz potwierdziłeś to, ponieważ miałeś możliwość, i czas, stwierdzić jak umarła. W kilka godzin później już tylko grałeś rolę policyjnego lekarza. Ale niestety dla Harrisonów niedokładnie.

Niedopałek wypadł mu z ust i po chwili poduszka zaczęła się tlić, lecz nie zważałem na to. Było mi zupełnie obojętne, co się z Whitem stanie.

- Z jakiś powodów byłeś całkowicie uzależniony od Harrisona i gotowy zrobić wszystko, o co cię tylko poprosi. To jeszcze mogę zrozumieć, mendy kochają swoich panów, ale dlaczego nie zareagowałeś jak załatwili, Katię? Przecież była twoją żoną, jeżeli dla ciebie coś to znaczy.

Cały zaczął się trząść, jego oczy, co chwilę zmieniały kolor, więc, by nie stać się mimowolnym sprawcą jeszcze jednego nieszczęścia podałem mu trochę jego lekarstwa. W sekundzie stał się zupełnie innym człowiekiem, radosnym, podnieconym, nawet zaczął budować zdania.

- Za dużo mówiła - Pewnie miał na myśli swoją żonę - Chciała także należeć do tej samej, co oni sfery, ale nie miała na to żadnych szans. Czasami podawała się za jedną z Harrisonów, czasami za niańkę ich dzieci. Kiedy za bardzo przeholuję z narkotykami staję się gadatliwy. Pewnie od mnie dowiedziała się o Dorotei. I zaczęła o tym paplać, chociaż nikt nie pytał jej o zdanie.

Wstałem i otworzyłem okno. Wpadło trochę bladego słońca i kilka nieproszonych much.

- Sam zniknąłeś, ponieważ poprosił cię o to Harrison? - Nie musiałem o to pytać, ale czasami bywam nadto dociekliwy.

Nie odpowiedział od razu. Popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem, czy pozwolę mu na jeszcze trochę zażyć. Odwróciłem głowę by na to nie patrzeć.

- Poprosił mnie o to osobiście Gdy sprawa miała zawędrować między akta miałem wyprowadzić się do Meksyku, naturalnie zaopatrzony w odpowiednie środki do życia.

Zamknąłem okno, muchy wygoniłem do drugiego pokoju, sprawdziłem czy kajdanki są nałożone prawidłowo i wyszedłem.

Dochodziła dziesiąta i ruch zrobił się nie do wytrzymania, ale jakoś udało mi się dojechać do mieszkania Roselin.

Zadzwoniłem do drzwi, po chwili jeszcze raz, ale ponieważ nikt nie odpowiadał delikatnie podważyłem zamek i jednocześnie pchnąłem je. Były zabezpieczone tak marnie, jak człowiek przed niespodziewanym zaproszeniem do baru.

Na stoliku przy telefonie leżała kartka papieru, na której było napisane, iż właścicielka mieszkania nie chce więcej widzieć mnie na oczy.

Zanim telefon lekki brzęczeniem przywołał mnie do życia napisałem na jej odwrocie, kiedy został stworzony świat, czyli o godzinie 9 rano czasu babilońskiego, i tak dalej. Słuchawkę podniosłem po trzecim sygnale i nie dopuszczając osoby dzwoniącej do głosu zaproponowałem, by spotkać się o mnie o drugiej.

- Ależ proszę pana! - Męski głos był wyraźnie wzbudzony - Wykonuję tylko polecenia zleceniodawcy.

-Czyli pijawka, która jak mgławica Andromedy...

Przerwano mi. W bardzo przyjemny sposób, czyli odłożono słuchawkę. Nie pozostało mi nic innego jak tylko cicho zamknąć za sobą drzwi.

W kilkadziesiąt minut później odwiedziłem gmach policji, w którym na biurku Sharpa położyłem legitymację, oznakę oraz kukurydzę w puszcze, którą nie wiadomo, po co kupiłem od ulicznego sprzedawcy. Następnie wybrałem się do Inez i bez ceregieli poprosiłem by połączyła mnie ze swoim ojcem. Ociągała się, ale po chwili usłyszałem jego miękki głos.

Powiedziałem, co o nim myślę. Krótko i zwięźle, szczególnie, kiedy wspomniałem o ukryciu Scotta.

- Ukrywasz prawdę - Zażartowałem w pewnym momencie - Ponieważ dla własnych planów było ci to na rękę. Im więcej zamieszania wokół Harrisona tym lepiej. Pewnie dobrze wiedziałeś, że Scott jest kochankiem jego córki i z zimną krwią czekałeś na okazję Dobro własnej, której jakby nie było Scott jest mężem zupełnie cię nie interesowało, czyli macie z Harrisonem wiele wspólnych cech. Pierwsza...

Coś tam jeszcze brzęczał, ale rzuciłem słuchawkę na podłogę. Wyglądała jak ryba, która nie wie, dlaczego nagle pozbawiono ją wody.

- Zadowolony? - Zapytała Inez.

Miałem zamiar objąć ją i pocałować, ale w zamian poprosiłem by nie zapomniała zmienić pościeli, kiedy Scott wróci do domu.

- To wszystko, na co cię stać? - Rozczarowanie poplątane z nadzieją bywa mieszanką wybuchową dużo groźniejszą od trotylu.

- Podobno nieźle gram w fosforyzujące kręgle.

Odwróciła się na pięcie i odeszła w głąb mieszkania a ja zamknąłem za sobą drzwi, zapaliłem, jakoś uruchomiłem grata i podjechałem pod budynek, w którym pracował mój przyjaciel a na adres, którego wysłałem list z kluczykiem od automatycznej skrzynki w metrze.

Był na konferencji, ale jego naburmuszona sekretarka pochodzenia kobiecego łaskawie zgodziła się otworzyć lewą, górną szufladę jego biurka, w której według wszelkich znaków na niebie powinien trzymać kopertę z moim nazwiskiem.

Wszystko się zgadzało i po chwili trzymałem kluczyk w ręku, lecz sekretarka zamieniła się w strażnika i za nic nie chciała wypuścić mnie z pokoju, dopiero, gdy zaprosiłem ja na kolację ustąpiła.

- Jadam wyłącznie krewetki - Odprowadzała mnie do wyjścia, jakby bała się, iż jeszcze coś zniknie.

Na końcu języka miałem odwieczne pytanie, które zadaję w podobnych sytuacjach, czyli jak lubi być poniżana, ale dałem spokój.

- Proszę się tylko nie spóźnić, nie mam w zwyczaju czekać dłużej niż dwa lata.

Kiedy na stacji metra otworzyłem skrytkę, której kombinacja cyfr odpowiadała dacie rozwodu rodziców zbaraniałem, ponieważ ta okazała się pusta, ale uprzejmy pracownik, odpowiedzialny za ten rodzaju usługi poinformował mnie, iż taryfę opłaciłem tylko za tydzień i teraz muszę zapłacić podwójnie za każdy dzień zwłoki.

Nie protestowałem, zapłaciłem, chociaż nie przepadam za bezmyślnym pozbywaniem się pieniędzy, następnie prawie godzinę przesiedziałem w pobliskim barze nad pustą butelką piwa pozostawioną przez kędzierzawego Koreańczyka, zastanawiając się, po co tym gównem w dalszym ciągu się zajmuję, nagle poderwałem się, pojechałem do domu, trochę się po nim pokręciłem, posprzątałem, misia wepchnąłem do szafy a torebkę ze złotym łańcuchem i okulary wrzuciłem do biurka, rozłożyłem szachownicę i do za pięć druga rozgrywałem bardzo skomplikowaną partię, która w 1936 roku jednemu z pretendentów przyniosła mistrzostwo świata.

Jak przypuszczałem zjawiła się punktualnie, lekko zdenerwowana, widać ojciec przed wyjazdem do Europy musiał powiedzieć jej, iż odnalazłem Whita.

- Chciałeś się ze mną zobaczyć - Nie było to ani pytanie, ani stwierdzenie. Po prostu takie sobie, niezbyt wymyślne nic.

Usiadła na krześle, założyła nogę na nogę i zaczęła mi się przyglądać jakby z rosnącą intensywnością.

- Nie wszystkich Dorotea da się przekupić - Z kuchni przyniosłem butelkę whisky i jedną szklankę, trochę do niej nalałem, wypiłem, podszedłem do biurka i wyjąłem torebkę i okulary.

- Te dwie rzeczy zdradziły cię - Powiedziałem cichym głosem, chociaż wcale nie musiałem tego robić. Było po niej poznać, iż wie, że ja wiem.

Wyjęła mi szklankę z ręki, kilka kropel uleciało w pustą przestrzeń, ale jakoś nie trafiły z powrotem do szklanki.

- Ostatecznie mogę posłuchać - Przyłożyła pustą szklankę do ust i piła jakby właśnie grała w starym, dobrym, niemym filmie.

- Nie ma nic do słuchania, wszystko jest banalne jak tylko życie być potrafi. Jest ojciec, który za wszelką cenę chce zostać gubernatorem. Są dwie siostry bliźniaczki. I facet pieprzący je na przemian, a na dodatek pojawia się bogu ducha winny mąż jednej z nich. Jakby tego było za mało wokół was kręci się znarkotyzowany lekarz z ambitną żoną. Towarzystwo jak we francuskiej farsie.

Zapaliłem, krzesło, na którym siedziałem przesunąłem kilka milimetrów w lewo, zresztą nie wiem, dlaczego.

- Wszystko tak banalne, że człowiek zaczyna odczuwać irracjonalny niepokój. Nagle spostrzegasz, że jesteś w ciąży, lecz nie możesz pójść na zabieg, ponieważ przy poprzednim coś tam spieprzono, niestety, ale się zdarza. I wszystko byłoby cacy, tylko ojciec twojego dziecka woli twoją siostrę. A tego, jak na ciebie jest za wiele i Vivian musi zniknąć. I tak się dzieje, trucizna to nic nowego. Carlucci i White pomagają ci wywieźć zwłoki siostry z domu i porzucić w rynsztoku na przedmieściu. Jeden jest przecież twoim mężem, a drugi robi to dla pieniędzy i by wkupić się w łaski twojej rodziny. Tylko niestety później w mężu budzą się wyrzuty sumienia, a White w narkotycznym transie wypaplał wszystko przed własną żoną, więc po raz drugi i trzeci nie masz wyboru. Cały czas zastanawiało mnie, dlaczego przy zwłokach, na które niechcący się natknąłem były okulary? Przecież w nocy nikt ich nie używa, więc wniosek niejako nasuwał się sam. Przewieźliście je wczesnym wieczorem, kiedy słońce jeszcze świeci. Niestety White po raz kolejny sfuszerował swoją robotę, ponieważ Vivian jeszcze żyła, gdy zostawiliście ją wepchniętą w krawężnik, a kiedy ją odnalazłem nie zdołała powiedzieć ani słowa, ale wskazała głową na torebkę i ona - pośrednio - doprowadziła mnie do ciebie. Scott był na tyle uczciwy, że na pieprzenie każdej z was miał oddzielne mieszkanie. I w jednym z tych mieszkań przy łóżku stoi zdjęcie, przedstawia ciebie z tą właśnie torebką.

- I co w tym dziwnego? - Zapytała nie swoim głosem.

- Nic. Tylko na tym zdjęciu twoja lewa ręka jest lekko przekręcona i widać znamię, kiedy jest zupełnie niewidoczne, kiedy rękę trzymasz normalnie, albo, jeżeli masz na sobie bluzkę lub sweter.

Podszedłem do niej i podniosłem rękaw swetra. Coś trochę większego od pieprza znajdowało się pomiędzy łokciem a nadgarstkiem.

- I to ma być dowód?

Kilka kropel wlałem sobie prosto do gardła, następnie otworzyłem okno. Dla mnie sprawa była skończona.

- To sprawa sądu. Jest jeszcze White, a tylko ja wiem gdzie się teraz znajduje.

Przez chwilę milczała zanim się znowu odezwała. A kiedy to zrobiła nie była już kobietą, którą znałem.

- Możemy dojść do porozumienia.

- Bardzo chętnie. W gruncie rzeczy nienawidzę policji i możesz się u nich zgłosić sama. W niektórych przypadkach może to być poczytane jako okoliczność łagodząca. Za trzy morderstwa odsiedzisz jedno dożywocie, ale za to do końca.

Miała zamiar jeszcze coś powiedzieć, nawet wykonała krok w moim kierunku, ale zrezygnowała. W zamian zapytała, skąd wiem, że jest w ciąży?

Nie odpowiedziałem, każdy ma przecież swoje tajemnice. Gdy wyszła wywietrzyłem mieszkanie jak po zaraźliwej chorobie, wszedłem pod prysznic, później nastawiłem ekspres i akurat w tym momencie specjalny posłaniec przyniósł mi czek od pana Harrisona.

Nie zaglądając do koperty wrzuciłem ja do torby, dołożyłem kilka sztuk bielizny - ale bez przesady - przybory toaletowe, mapę samochodową i zszedłem do Ondraszka.

Za barem królowała nieznana mi kobieta. Podszedłem do niej i zapytałem o -właściciela.

- Zwiał wczoraj wieczorem, jakiś szaleniec, albo idiota, zostawił mu na przechowanie czterdzieści tysięcy. W pierwszy wieczór Ondraszek otworzył paczkę, ponieważ słowo honory znaczyło dla niego tyle, co dla mnie małżeństwo, i przez wszystkie następne dni walczył ze sobą. Ale wczoraj wieczorem widać nie wytrzymał, wpadł do domu, porwał pieniądze i zniknął.

Zamówiłem jajka na bekonie, dzbanek kawy i paczkę papierosów. Usiadłem pod oknem i przez dłuższą chwilę nie wiedziałem, co mam z sobą począć.

Popatrzyłem na kobietę krzątającą się za ladą i ta - gdy znalazła chwilę czasu - podeszła do mnie.

- Przypadkiem nie byłeś właścicielem tych pieniędzy? Jeżeli tak to oboje przegraliśmy, co tylko może nas zbliżyć.

Stanowczo zaprzeczyłem, wróciłem do domu i rozpakowałem torbę. Czek od Harrisona opiewał na zawrotną sumę ośmiu dolarów. Do czeku dołączona była kartka informująca, iż za resztę zapłacił rachunek w Hawanie .

Rozłożyłem szachy i zacząłem grać. Po dłuższej chwili telefon dał znać o sobie, ale, ponieważ słyszalność była kiepska dokładnie nie wiedziałem, z kim rozmawiam. Przypuszczam, że była to kobieta, która poinformowała mnie, iż wraca pojutrze.

 

koniec

galeria sztukpuk | wydarzenia | galerie | forum-teksty | recenzje | archiwum | linki | kontakt


Copyright by "SZTUK PUK" 2001 - 2005 Kraków , Ryszard Bobek, Filip Konieczny